Według dziennika tylko nadzwyczajne środki bezpieczeństwa uratowały reputację największej polskiej grupy zbrojeniowej i kontrakt wart około 380 milionów dolarów. Chodzi o eksport 48 czołgów, sześciu wozów zabezpieczenia technicznego, pięciu mostów samobieżnych i trzech wozów inżynieryjnych, które polska grupa zbrojeniowa Bumar ma dostarczyć Malezji.
Problemy z realizacją kontraktu zaczęły się podczas prób prototypu czołgu jesienią 2005 roku - pisze "Życie Warszawy". W maszynie, która bez zarzutu spisywała się w Polsce, w Malezji zawiodło niemal wszystko: silnik, łączność, a nawet klimatyzacja. Rząd malezyjski dał Bumarowi rok na usunięcie stwierdzonych awarii.
W zeszłym roku ponownie pojawiły się poważne problemy. Po sprawdzeniu okazało się, że zostało zmienione ustawienie pompy paliwowej. Ponieważ technicy wykluczyli przypadek, ówczesny prezes Bumaru Roman Baczyński nabrał podejrzeń i zlecił analizę wcześniejszych problemów z czołgiem. Okazało się, że prawdopodobnie także one były spowodowane przez osoby trzecie. Prezes Baczyński informację o swoich podejrzeniach przekazał Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Ze swej strony Bumar wynajął kilku byłych funkcjonariuszy Biura Ochrony Rządu, którzy nie spuszczali czołgu z oka przez całą dobę, a w hali, w której stał, zainstalowano kamery i czujniki ruchu - czytamy w "Życiu Warszawy".
"Życie Warszawy"/dabr
Źródło:IAR





























































