Banki, firmy ubezpieczeniowe, fundusze inwestycyjne ukrywały, jak długo się dało, swoją prawdziwą sytuację. Teraz wiemy o niej więcej. Niewykluczone jednak, że nie wszystko. Trzeba być przygotowanym na kolejne przykre niespodzianki. To musi się przenieść na realną gospodarkę, czyli tę jej część, która nie żyje z obrotów kapitałem i spekulacji, tylko z produkcji i świadczenia usług. Trzeba być niepoprawnym optymistą, żeby twierdzić, iż Polsce uda się bezboleśnie przejść przez światowy kryzys. A tak zachowuje się minister finansów Jan Vincent Rostowski.
Rząd zapisał w projekcie budżetu, że produkt krajowy brutto wzrośnie w roku przyszłym o 4,8 proc. rok do roku. Nikt już teraz w to nie wierzy. Analitycy JP Morgan szacują, że 4 proc. wzrostu PKB to wszystko, na co stać polską gospodarkę w roku przyszłym. BNP Paribas opublikował jeszcze mniej optymistyczną prognozę, według której mamy szansę co najwyżej na 3,5 proc. wzrostu. Nie trzeba jednak odwoływać się do opinii analityków, by przewidzieć, że spadną zamówienia na nasze produkty za granicą, że kredyty będą droższe i mniej dostępne oraz że przedsiębiorcy wstrzymają planowane inwestycje, bo nie wiedzą, co ich czeka. Gospodarka musi więc zwolnić. A co to oznacza dla budżetu? Mniejsze wpływy. Cała konstrukcja się zawali, jeżeli rząd nie znajdzie źródła, z którego mógłby uzyskać więcej pieniędzy. Albo więc będzie ciął wydatki (także socjalne), albo zwiększał podatki pośrednie. Albo jedno i drugie.
Zamki na piasku
Gospodarka ma zdrowe fundamenty, a system bankowy jest bezpieczny- twierdził w Sejmie minister finansów Jacek Rostowski. Oby tak było. - Projekt budżetu nie uwzględnia skutków kryzysu finansowego w USA, a jego założenia to zamki na piasku - powiedział natomiast przewodniczący klubu Lewicy Wojciech Olejniczak. W końcu szef resortu finansów też spuścił nieco z tonu, mówiąc, że być może w przyszłości korekta tych wskaźników będzie konieczna. Ale w jak odległej przyszłości? Wtedy, gdy się okaże, że wpływy są mniejsze niż zakładano? Czy rząd zdecyduje się wówczas na nowelizację budżetu, co byłoby dla niego kompromitujące? Czy będzie ciął pospiesznie wydatki, żeby bilans się zgadzał?
Trudno sobie wyobrazić, że dekoniunktura, a często nawet recesja, w Europie Zachodniej, która jest odbiorcą większości naszego eksportu, nie osłabi polskiej gospodarki. Że nie będą miały na nią wpływu trudności z pozyskaniem pieniędzy. Że tylko wielkie międzynarodowe koncerny będą ograniczać produkcję, co już zresztą zaczęły robić. Że podobną drogą nie pójdą przynajmniej niektóre polskie firmy. A co wówczas z zatrudnieniem? Czy na pewno będzie rosnąć, jak twierdzi Ministerstwo Finansów? A gdy się zmniejszy, to czym rząd zrekompensuje spadek wpływów z PIT i CIT oraz rosnące wydatki na zasiłki? Ma to być przecież budżet o deficycie zmniejszonym do 18,2 mld zł. Jednym z priorytetów - jak powiedział minister Rostowski - jest też obniżanie długu publicznego. To wszystko zasługuje na poparcie, ale nie w warunkach, w jakich przyszło nam obecnie żyć. Komisja Europejska nie wyklucza, że ograniczenia, jakie obowiązują kraje członkowskie w zakresie deficytu i długu publicznego, będą poluzowane. My pójdziemy w przeciwnym kierunku. A pamiętajmy, że na to wszystko nałoży się obniżenie stawek PIT do 18 i 32 proc. (zamiast 19, 30 i 40 proc.). Wpływy z tego tytułu do kasy państwa muszą więc zmaleć.
Więcej realizmu
Z wypowiedziami lewicowych posłów zadziwiająco współbrzmią opinie ekspertów. - W obliczu zawirowań na światowych rynkach konieczna jest już teraz korekta wskaźników makroekonomicznych, przyjętych w projekcie przyszłorocznego budżetu - uważa główny ekonomista Business Centre Club prof. Stanisław Gomułka, były wiceminister finansów. - Trzeba skorygować planowany wzrost PKB do 3-4 proc. Uspokoiłoby to inwestorów oraz obywateli, eliminując jednocześnie potencjalne ryzyko problemów z realizacją budżetu w przyszłym roku - dodaje ekonomista BCC.
Niepokojące dla prof. Gomułki jest przede wszystkim założenie bardzo wysokiego wzrostu dochodów z podatku od firm (CIT). - Mamy znaczną korektę w górę dochodów z tego tytułu, pomimo znacznej korekty w dół, jeżeli chodzi o wzrost gospodarczy - powiedział.
Członek Rady Polityki Pieniężnej Marian Noga wątpi natomiast w przyszłoroczne obniżenie inflacji do 2,9 proc. - Jest to niemożliwe do osiągnięcia - oświadczył w TVN CNBC Biznes. - Na koniec przyszłego roku ceny towarów i dóbr konsumpcyjnych wzrosną, według mnie, o 3,5 proc. rok do roku - stwierdził.
Minister Rostowski zastosował prawdopodobnie sztuczkę, która stworzy mu pewne pole manewru. Jeżeli inflacja będzie większa od zakładanej, automatycznie wzrosną wpływy z podatku VAT. Może załatają one budżetową dziurę, powstałą w wyniku, większego niż się spodziewa rząd, spowolnienia gospodarczego. Mimo to jednak założenia, dotyczące przyszłorocznych wpływów podatkowych, wydają się zbyt optymistyczne.
Na tych wzburzonych falach mamy też konsekwentnie płynąć do strefy euro, spełniając wszystkie warunki tak, aby w połowie 2011 roku osiągnąć gotowość przyjęcia wspólnej waluty. Ma ona znaleźć się w naszych portfelach 1 stycznia 2012 roku. Zdaniem ministra Rostowskiego wyznaczenie tej daty zwróci uwagę międzynarodowej opinii publicznej na pozycję naszej gospodarki na tle innych krajów, a z drugiej podkreśli determinację rządu, co pozwoli zminimalizować koszty trudnej sytuacji zewnętrznej. Prawdopodobnie rząd liczy, że nie osłabnie zainteresowanie firm zagranicznych inwestowaniem w Polsce. Żadna determinacja nie zastąpi jednak kapitału, którego w wyniku kryzysu finansowego będzie brakować i nie rozwieje wątpliwości inwestorów, którzy w czasie recesji nie nastawiają się przecież na rozwój produkcji.
Co zapisano w projekcie?
- Deficyt budżetu w 2009 roku wyniesie 18,2 mld zł, dochody ponad 303,5 mld zł, a wydatki około 321,7 mld zł.
- Rząd przewiduje, że inflacja w 2009 roku ukształtuje się na poziomie 2,9 proc., a PKB wzrośnie o 4,8 proc.
- Przychody z prywatyzacji w 2009 roku mają wynieść 12 mld zł, z czego wpływ netto do budżetu państwa to 6,76 mld zł. Pozostałe środki (5,24 mld zł) będą przeznaczone m.in. na: Fundusz Restrukturyzacji Przedsiębiorców czy tworzenie rezerwy na zaspokojenie roszczeń byłych właścicieli mienia przejętego przez Skarb Państwa.
- W projekcie uwzględniono wydatki na finansowanie inwestycji z udziałem środków UE w wysokości 44,1 mld zł.
- Zatrudnienie wzrośnie o 2 proc.
- Realny wzrost wynagrodzeń w gospodarce narodowej - 3,6 proc., wzrost spożycia ogółem - 4,5 proc.
Źródło: Ministerstwo Finansów
Czesław Rychlewski































































