Zjawili się nagle, o szóstej, w sobotni poranek. Stanęli na dziedzińcu rzeźni w Zagłębiu Ruhry – z nożami w rękach, odziani w nowe fartuchy. André Sydow (32) z Oldenburga od razu wiedział, co się święci: przyszli Polacy, a on zaraz straci pracę. I rzeczywiście, szef powiedział: „Oni teraz tutaj pracują, pokaż im wszystko, a potem masz wolne”.
Takie sytuacje napawają Niemców coraz większym lękiem. Dwa lata po uroczystym rozszerzeniu Unii Europejskiej na Wschód widać, że to historyczne wydarzenie ma także swoją ciemną stronę. Do Niemiec napływa więcej niż poprzednio taniej siły roboczej, a niemieccy rzeźnicy, rzemieślnicy i robotnicy budowlani przechodzą na niższe wynagrodzenia lub idą na bruk.
W tej sytuacji nawet gromka retoryka nie ukryje bezradności polityków. – Stwórzcie wreszcie miejsca pracy! – wzywał przedsiębiorców na łamach „Bild am Sonntag” Gerhard Schröder, ówczesny kanclerz RFN.
Ale czyż wszyscy nie korzystają z niskich cen? Kto mógłby sobie jeszcze pozwolić na szparagi, gdyby od dawna nie zbierali ich robotnicy sezonowi ze Wschodu? I któż z Niemców nie narzekał na rodzimych fachowców i nie kładł glazury na czarno? Teraz robi to im Polak: w majestacie prawa i za pół ceny.
Od dnia rozszerzenia UE obywatele nowych krajów członkowskich mogą zarejestrować działalność gospodarczą w starej Unii. I chętnie z tego korzystają. Jak Niemcy długie i szerokie, izby rzemieślnicze przeżywają prawdziwy wysyp jednoosobowych firm. Najbardziej popularne jest kładzenie glazury i sprzątanie, bo przy tej działalności nie ma wymogu posiadania dyplomu. Wschodni Europejczycy założyli szczególnie dużo firm np. w okolicy Monachium. O ile przed rozszerzeniem Unii miesięcznie rejestrowano ich tam osiem, to w końcu 2004 r. liczba ta wzrosła do 999. Natomiast w Berlinie tylko w pierwszym kwartale 2005 r. zarejestrowało się 518 nowych rzemieślników z samej tylko Polski.
Obok polskiej misji katolickiej w kościele św. Jana w Neukölln działa berlińska giełda taniej pracy. W kafejkach i na latarniach wiszą oferty po polsku i niemiecku. Kobieta ze Szczecina szuka pracy jako „pani do sprzątania, ale bez seksu”. Młody Polak stara się o zajęcie „w branży laminaty i dom; bardzo uczciwy”. Cena? „VH” – do negocjacji. Inni piszą stawki: 5 – 10 euro za godzinę przy glazurze, 3 – 7 euro za sprzątanie.
Wiesław Radke z Gryfina jest jednym z 38 kierowców zatrudnionych przez berlińską firmę Fliegel, która oferuje hotelom usługi pralnicze z dostawą. – W Niemczech nikt nie mógłby sobie pozwolić na taki serwis i dlatego już od lat robimy to w Polsce – mówi szef firmy Franz-Josef Wiesemann.
Zatrudnia 380 ludzi w pralni w Nowym Czarnowie pod Szczecinem. Pierze się tu na okrągło, siedem dni w tygodniu, ludzie pracują w systemie zmianowym. Następnego ranka czysta bielizna wraca do Niemiec. Pracownik pralni zarabia 3 euro za godzinę. – W Niemczech za to samo płaci się do trzech razy więcej – ocenia Wiesemann. – A poza tym wątpię, czy ludzie mają tam taką motywację jak w Polsce.
Niskie płace i wysoka wydajność – oto powód, dla którego również plantator Heinrich Thiermann korzysta z pracy polskich robotników sezonowych. Na terenie jego fermy stoją 22 małe busy, a obok zdezelowane liniowe autokary – środki transportu dla prawie tysiąca zbieraczy szparagów z Europy Wschodniej. W 1997 r. Thiermann porównał wydajność pracowników polskich i niemieckich. Niemcy zbierali w godzinę po 3 kg szparagów, na Polaka przypadało ponad 7 kilo.
Najazdowi polskich pracowników miały przeciwdziałać przepisy. A dokładniej – wymóg ustalenia płacy minimalnej w umowach zbiorowych, zawartych między pracodawcami i związkami zawodowymi we wszystkich branżach. Po zatwierdzeniu jej przez rząd, płaca minimalna mogłaby się stać obowiązkowym minimum zarówno dla pracowników niemieckich, jak i obcokrajowców. Według ekspertów z Ministerstwa Gospodarki, położyłoby to kres dumpingowi płacowemu wymuszanemu przez przybyszów z Europy Środkowo-Wschodniej. Gdyby bowiem cudzoziemcy nie mogli zarabiać mniej niż przewiduje to niemiecka płaca minimalna, miejscowi pracobiorcy stawiliby wreszcie czoło konkurentom ze Wschodu. Stanie się to jednak dopiero wówczas, gdy strony umowy zbiorowej zawrą odpowiednie porozumienie płacowe i będą go przestrzegać.
Ale w tym właśnie tkwi nowy problem. Z międzynarodowych badań wynika, że ustawowa płaca minimalna nie szkodzi gospodarce dopóty, dopóki jest odpowiednio niska – jak np. w USA czy Wielkiej Brytanii, gdzie nie przekracza jednej trzeciej przeciętnej płacy. Jeśli jednak ustali się ją na zbyt wysokim poziomie, przyczynia się do likwidacji miejsc pracy, skłania pracodawców do zatrudniania na czarno i w efekcie szkodzi tym nisko wykwalifikowanym grupom społecznym, którym w założeniu miała pomóc. Na przykład we Francji ustawowa płaca minimalna wynosi ok. 1200 euro, czyli połowę przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia. Zwłaszcza gdy dotyczy stażystów, jest to często zbyt dużo i w rezultacie bezrobocie wśród młodzieży w Paryżu czy Lyonie przewyższa średnią europejską. Nic lepiej od doświadczeń niemieckiego budownictwa nie przekonuje, jak niewiele znaczy płaca minimalna w obliczu presji globalizacji. Już od dziesięciu lat branża walczy z tanią zagraniczną siłą roboczą za pomocą ustawy o delegowaniu pracowników i zapisanej w niej płacy minimalnej. I z roku na rok pogarsza się sytuacja na niemieckich budowach. 650 tys. niemieckich budowlańców straciło w tym czasie zajęcie, a co roku do RFN napływają tysiące zagranicznych murarzy.
A przecież broniąc płacy minimalnej, Republika Federalna pod naciskiem branży budowlanej i związków zawodowych prawie co roku przedstawia nowe inicjatywy, programy mające przeciwdziałać nielegalnemu zatrudnianiu. Podwyższano już grzywny, zaostrzano przepisy, wprowadzano obostrzenia w prawie podatkowym, zwiększano obsadę urzędów celnych.
Wszystko na nic. A od kiedy po rozszerzeniu Unii do Niemiec napływają usługodawcy działający na własny rachunek, śmieją się z płacy minimalnej, bo mogą przecież w RFN świadczyć usługi, posiadając własną firmę. Urzędnicy i politycy nie mają w walce z nimi żadnych atutów. Nikt nie zabroni przedsiębiorcom, by się sami wyzyskiwali.
– Dopóki w Europie będą ludzie, dla których stawka 5 – 6 euro za godzinę jest atrakcyjna, dopóty bezskuteczne okażą się wszelkie kontrole – mówi Peter Rauen, deputowany CDU i były przedsiębiorca budowlany.
Legalne, nielegalne, na poły legalne – granice są rozmyte, od kiedy podniosły się na nich szlabany. Jedni zabierają pracę drugim, a wszystko kręci się coraz szybciej. Globalizacja czyni bowiem coraz większe postępy. Jeszcze pod koniec lat 70. Niemcy uchodziły za wzorcowy przykład kraju, który wysoką wydajność godzi ze sprawiedliwością. Przez długi czas Republika Federalna radziła sobie ze zmianami strukturalnymi wymuszanymi przez wymogi światowego handlu. Przez ponad ćwierćwiecze niemiecki pracownik mógł być pewien, że jeżeli straci pracę choćby w rolnictwie lub górnictwie, ma wszelkie szanse na znalezienie posady w rozwijających się branżach, np. przemyśle samochodowym lub maszynowym. Niemiecka gospodarka dalece wyprzedzała konkurentów w Europie oraz USA.
Trudno więc dziś wyobrazić sobie głębszy upadek. Wzrost gospodarczy, dochód na obywatela, inwestycje – od pewnego czasu RFN pozostaje w tyle pod względem niemal wszystkich ważnych wskaźników ekonomicznych. Początkowo zjazd był powolny, potem coraz szybszy, a ostatnio coraz bardziej odczuwalny dla pracowników najemnych. Tendencja ta do głębi zaniepokoiła obywateli. Nasuwa też gorzkie pytania, które Hans-Werner Sinn – ekonomista z Monachium – nazwał ostatnio „niemiecką zagadką”. Jak to się bowiem dzieje, że RFN jest mistrzem świata w eksporcie, a zarazem wlecze się w ogonie Europy pod względem wzrostu gospodarczego? I właściwie dlaczego rekordowe zyski niemieckich koncernów oraz dominująca pozycja całych branż nie tworzą nowych miejsc pracy, a niemieckie firmy wolą zatrudniać ludzi za granicą?
Odpowiedź na te pytania jest dla Sinna oczywista. Upadek żelaznej kurtyny radykalnie zmienił warunki gospodarowania w RFN. Prawie z dnia na dzień przed firmami otworzył się, tuż za granicami kraju, ogromny rynek dobrze wykwalifikowanej siły roboczej. Pełen ludzi z wielką motywacją do pracy, pracowitych, zdyscyplinowanych, a nade wszystko – bezkonkurencyjnie tanich. Gdy godzina pracy robotnika wykwalifikowanego na zachodzie Niemiec kosztuje średnio ok. 27 euro, to w Polsce, Czechach lub na Węgrzech tylko 3 – 6 euro, w Rumunii – 2 euro, a na Ukrainie zaledwie 1 euro.
Doszło do tego, co się stać musiało: inwestycje i miejsca pracy popłynęły na Wschód. Początkowo przenoszono tylko poddostawców, później – całe linie produkcyjne i fabryki, a w końcu także związane z produkcją usługi, jak projektowanie i marketing. Niemcy, lokując w Europie Środkowo-Wschodniej ponad 4 mld euro rocznie, są tu największym inwestorem i wyprzedzają USA, Wielką Brytanię i Francję.
Ten ruch był dwukierunkowy, bo jednocześnie olbrzymia różnica w płacach ściągała miliony mieszkańców Europy Środkowo-Wschodniej na zachodni rynek pracy. Najpierw ruszyły setki tysięcy polskich i rumuńskich robotników budowlanych. Potem dołączyli żniwiarze i opiekunki z Czech oraz krajów nadbałtyckich. Teraz do europejskich metropolii przybywają tysiące rzekomo lub naprawdę samodzielnych rzemieślników i usługodawców.
Na transferze ludzi i kapitału skorzystało wielu. Mieszkańcy Europy Wschodniej po 50 latach komunistycznej gospodarki niedoboru mogli wreszcie radować się wzrostem stopy życiowej. Niemieckie firmy, dzięki tanim robotnikom z Polski i Czech, były w stanie obniżać koszty produkcji, a konsumenci na sytym Zachodzie zaczęli się cieszyć niższymi cenami.
Tylko jedna grupa nie odniosła żadnych korzyści – niemieccy pracownicy najemni. Według obliczeń monachijskiego instytutu Ifo, od połowy lat 90. przemysł w RFN zlikwidował prawie 1,3 mln miejsc pracy. W samym budownictwie zwolniono setki tysięcy ludzi. Nie byłoby to może aż takie złe, gdyby zwolnieni pracownicy znajdowali zatrudnienie w nowych, perspektywicznych usługach i branżach pracujących na eksport. Ale – jak wynika z opracowania Ifo – tak się nie dzieje. Zredukowani przechodzili z reguły na wcześniejsze emerytury, renty i zasiłki dla bezrobotnych i wypadali z rynku pracy.
Ten kryzys miał szczególnie ostry przebieg we wschodnich Niemczech. W atmosferze zjednoczeniowego entuzjazmu, nie patrząc na różnice w wydajności, politycy i strony układów zbiorowych pospiesznie dostosowali zarobki do płac w zachodnich landach. W ten sposób nowe landy znalazły się szybko w prawdziwych kleszczach. Przemysł pozostał na zachodzie Niemiec, tania robocizna – w krajach Europy Środkowo-Wschodniej. Przedsiębiorcy powszechnie pytali, dlaczego mają inwestować w Dreźnie lub Rostocku, skoro w Bratysławie lub Budapeszcie znajdą znacznie lepsze warunki?
Kto jeszcze dzisiaj ma dobrze płatną i konkurencyjną pracę, nie może być pewny, że jutro jego posada nie powędruje do Indii lub na Ukrainę. Dotyczy to także zatrudnionych w tradycyjnych i renomowanych niemieckich firmach.
Na przykład Siemens i SAP poinformowały, że zamierzają stworzyć w Indiach setki miejsc pracy dla wykwalifikowanych programistów. Kraj ten staje się globalną fabryką myśli, podczas gdy sprzęt komputerowy produkuje się coraz częściej w Chinach. Oba państwa znajdują się na najlepszej drodze, by zostać mocarstwami gospodarczymi.
W tej globalnej ruletce stan posiadania niemieckich pracobiorców kurczy się pod narastającą presją. Istnieje niebezpieczeństwo, że standardowy stosunek pracy, zakotwiczony w układzie zbiorowym, oparty na 35-godzinnym tygodniu pracy i ubezpieczeniach społecznych, stanie się wyjątkiem. Siemens, DaimlerChrysler czy BASF już dziś coraz więcej zadań zlecają zatrudnionym na czas określony i wykonawcom umów cywilnoprawnych. Nawet w przemyśle metalowym, który ma najlepiej zorganizowany związek zawodowy, zapisy układu zbiorowego często pozostają tylko martwą literą. Ponad jedna trzecia zakładów branży pożegnała się już z członkostwem w stowarzyszeniach pracodawców i tym samym – z układem zbiorowym. Zaś te, które pozostają jeszcze w jego ramach, próbują wykorzystać różne furtki i luki. Tylko w 2004 r. – jak wynika ze statystyk niemieckiego związkowego Instytutu Gospodarki i Spraw Społecznych (WSI) – 400 zakładów metalowych wynegocjowało porozumienia poza umową zbiorową; w 70 proc. były to zmiany na gorsze.
W zakładach Siemensa w Bocholt i Kamp-Lintfort, gdzie produkuje się telefony komórkowe, kierownictwo przeforsowało powrót do 40-godzinnego tygodnia pracy, i to bez podwyżki pensji. W zakładach DaimlerChrysler wynagrodzenia nowych pracowników z początkiem 2005 r. spadły o 8 procent. Szef kadr Volkswagena Peter Hartz chce do 2009 r. ściąć koszty osobowe o 30 procent. Uzasadniając swe działania, firmy powołują się na niższe koszty pracy za granicą. Stawiają związkowców przed alternatywą: zgadzacie się na ustępstwa albo kolejne tysiące miejsc pracy wywędrują do Europy Wschodniej. Przed takimi żądaniami ustępował z reguły nawet zaprawiony w bojach związek zawodowy IG Metall. Po początkowych protestach, konflikty płacowe prawie zawsze kończyły się klęską związkowców. Zakres cięć ujawnia statystyka dochodów z 2004 roku. Zgodnie z umowami, zarobki brutto miały wzrosnąć o 2 proc., ale zwiększyły się tylko o 0,1 procent.
Wyczerpał się też tradycyjny niemiecki model gospodarczy, który dzięki gęstej sieci wzajemnych zależności, także personalnych, integrował koncerny produkcyjne i finansowe, broniąc ich np. przed wrogimi przejęciami. Jeszcze w 1991 r. banki zapobiegły przechwyceniu producenta opon Continental przez włoskiego rywala – firmę Pirelli. Ale w 2000 r. nikomu nie drgnęła ręka, gdy Vodafone połykał Mannesmanna, choć Deutsche Bank, który niegdyś bronił Conti, był reprezentowany w radzie nadzorczej. Co się więc stało?
Banki zmieniły politykę. Coraz bardziej wzorują się na amerykańskiej bankowości inwestycyjnej, która przynosi większe zyski niż tradycyjna działalność kredytowa. Udziały w firmach stanowiły tylko przeszkodę i dlatego banki stopniowo się ich wyzbywały. Bez tego parasola ochronnego koncerny nadal jednak muszą osiągać zyski, jakich oczekuje od nich rynek międzynarodowy. Kto we współczesnym kapitalizmie jest za mało rentowny, tego rynek finansowy karze, przykręcając kurek z kapitałem.
W efekcie kurs akcji takiej firmy spada i tym samym niższa jest cena, jaką musi za nią zapłacić nabywca. I nawet tak potężny niegdyś Deutsche Bank może stać się ofiarą przejęcia. Jego szef, Josef Ackermann, podejmuje rozpaczliwe zabiegi, by dopracować się stopy zysku z kapitału własnego na poziomie 25 proc., co zwiększyłoby wartości akcji. Uważa, że tylko w taki sposób bank przetrwa jako samodzielna instytucja finansowa.
Choć zyski DB w 2004 r. wzrosły do prawie 2,5 mld euro, jego szef zapowiedział redukcję personelu o kolejnych 6400 pracowników na całym świecie. 30 niemieckich koncernów notowanych w indeksie DAX w 2004 r. zwiększyło zyski łącznie o 88 procent. Niektóre, jak BMW, Continental czy BASF, przyniosły rekordowe wyniki. Na walnych zgromadzeniach prezentowano akcjonariuszom „złote bilanse” (wg określenia „Börse-Zeitung”). Zarazem jednak wiele z tych firm redukowało liczbę zatrudnionych, zwłaszcza w Niemczech. Choćby Continental. Gdy jego szefa, Manfreda Wennemera, zapytano, czy producent opon jest beneficjentem globalizacji, bez wahania przytaknął. – Globalizacja przyniosła firmie Conti wiele korzyści – uznał.
A jeszcze w 2001 r. ta firma przynosiła straty. Prezes zamk- nął niedochodowe zakłady, przeniósł część produkcji do krajów taniej siły roboczej i wynegocjował z radami zakładowymi w hanowerskim mateczniku, że załoga musi dłużej pracować za tę samą pensję. I niebawem przedstawił akcjonariuszom, którzy już od dwóch lat cieszyli się ze wzrostu kursu, rekordowe wyniki. W roku 2004 – 314 mln euro zysku netto (skonsolidowanego), zaś w roku 2005 – aż 674 mln euro. Fabryki są w pełni obciążone, firma nie jest w stanie produkować tyle opon, ile mogłaby sprzedać. Dlatego prezes zamierza zatrudnić nowych ludzi, ale… tylko w krajach Europy Wschodniej, Azji i Ameryki Południowej. Tymczasem w Niemczech zlikwiduje kolejne etaty.
Wennemer znajduje się pod presją. Wielcy odbiorcy i przemysł samochodowy domagają się co roku obniżek cen. Gdy opony wytwarza się w Europie Zachodniej, płace stanowią 30 proc. wszystkich kosztów, gdy w Rumunii – tylko 10 procent. Tak więc przenosi się tę działalność za granicę. Natomiast produkty z mniejszym udziałem kosztów pracy, jak np. system ESP, pozostają w Niemczech.
Ale niemieckie Zakłady Conti i ich pracownicy są nie tylko przegranymi, lecz po części także beneficjentami globalizacji. Fabryki koncernu w Europie Wschodniej dają też zatrudnienie w Niemczech. Na przykład produkcję systemu ESP podzielono: maszynowa odbywa się w RFN, montaż – w Czechach. – Tylko dzięki takiej symbiozie byliśmy w stanie utrzymać miejsca pracy w Gifhorn – mówi prezes Wennemer.
Inny przykład globalnej firmy to Adidas. Wprawdzie miasto Herzogenaurach, gdzie narodziła się marka, nadal jest i wg prezesa Herberta Hainera pozostanie siedzibą koncernu, ale do działu zakupów trzeba się będzie udawać do Hongkongu, marketing trafi do Amsterdamu, zarządzanie produktami – do Portland, a projektanci mają pracować np. w Tokio i Nowym Jorku. Skoro i tak już 95 proc. produkcji sportowych butów przypada na Azję...
Szef Adidasa narzeka na wysokie płace i krótki tydzień pracy w RFN. – Będziemy musieli znowu więcej pracować – mówi Hainer. – Przy sześciotygodniowym urlopie, 14 dniach świąt i 35-godzinnym tygodniu pracy nie jesteśmy konkurencyjni. Ale gdyby nawet urlop trwał cztery tygodnie, a tydzień pracy liczył 45 godzin, także nie otworzyłby produkcji w Niemczech. Po prostu – niemiecki robotnik nie jest w stanie konkurować z chińskimi płacami i tamtejszym czasem pracy. Mimo to Hainer dowodzi, że globalny gracz z siedzibą w Niemczech może na ojczystym gruncie tworzyć nowe stanowiska, gdy firmie dobrze się wiedzie. W latach 1994 – 2005 Adidas zwiększył zatrudnienie w RFN z 1200 do 2730 pracowników.
Około 200 lat temu David Ricardo sformułował tezę o przewadze komparatywnej w wymianie handlowej. Jeśli dwa kraje oferują dwa dobra – to obu opłaca się skoncentrować na produkcji tylko tego wyrobu, który da się wytworzyć w danym państwie najkorzystniej, a następnie wymieniać się towarem. Dzięki temu wzrośnie dobrobyt w obu tych krajach. W 2004 r. laureat Nagrody Nobla Paul Samuelson (89) wzbudził światową sensację, gdy zakwestionował dotychczas bezsporną teorię Davida Ricardo. Stwierdził, że w przyszłości bynajmniej nie wszystkie kraje skorzystają na globalizacji, gdyż państwa taniej robocizny, jak np. Chiny, odrabiają opóźnienia technologiczne i są w stanie konkurować z krajami uprzemysłowionymi także w produkcji wyrobów wysokiej jakości. Obniża to ceny tych ostatnich i zmniejsza korzyści handlowe państw rozwiniętych.
W Niemczech poparł tę tezę Hans-Werner Sinn, szef Ifo. Powiedział, że podręcznikowe modele ekonomiczne, mówiące o korzyściach ze specjalizacji w handlu, nie uwzględniają bezrobocia. Zakładają za to całkowitą elastyczność wynagrodzeń. Uważa więc za konieczne, by płace w RFN malały, zaś w Europie Wschodniej rosły. Im bardziej proces ten będzie hamowany, tym większe będzie bezrobocie w Niemczech.
– Globalizacja tworzy jednolity rynek pracy, a zarobki się wyrównują – uważa Sinn. – Polityka jest tu bezradna. – Zubożejemy, jeśli zechcemy przyjąć azjatyckie standardy – sprzeciwia się Wendelin Wiedeking, szef Porsche. – Skąd niemiecki pracownik będzie miał pieniądze na konsumpcję?
Rację mają… obaj, pomijając fakt, że Wiedeking produkuje rynkowy przebój – samochód cayenne – głównie w Bratysławie. Ale wyroby, które, jak auta Porsche, bazują na jakości i wyrafinowanej technice, osiągają takie ceny, że koszty pracy nie stanowią problemu. Właśnie w Badenii-Wirtembergii – landzie o najwyższych chyba płacach – działa najwięcej firm sukcesu.
Przykładem jest choćby producent maszyn Trumpf. Kiedy Berthold Leibinger, obecny szef firmy, objął pod koniec lat 60. jej dział projektowy, spółka zatrudniała 180 osób, a teraz ma ich sześć tysięcy. Projektują i wytwarzają obrabiarki oraz systemy laserowe dla przemysłu maszynowego.
– Podstawą naszego istnienia jest innowacja – mówi Leibinger. – Musimy być o tyle lepsi, o ile jesteśmy drożsi. To chyba najlepszy pomysł na obecne kłopoty RFN. Ale czy Niemcy zdążą z niego skorzystać przed konkurencją?
Christine Böhringer, Dinah Deckstein, Dietmar Hawranek, Henryk Hielscher, Armin Mahler, Claas Pieper, Michael Sauga





























































