- Co tydzień musimy płacić na rzecz banku kilkadziesiąt tysięcy złotych - przyznaje Izabela Nowicka, współwłaścicielka firmy handlowej Terre Di Passione ze Strzegomia. - W sumie, zanim ten kontrakt wygaśnie, mamy do zapłacenia kilka milionów złotych. Przy zawieraniu umowy nikt nas nie ostrzegł o skali ryzyka, wręcz przeciwnie bankowe prognozy mówiły o dalszym umacnianiu się złotówki. Chcieliśmy się przed tym zabezpieczyć, a wciśnięto nam niezwykle ryzykowny instrument.
Jacek Kawczyński z kancelarii prawnej Lorica Juris we Wrocławiu mówi, że w imieniu swojego klienta zerwał umowę na opcję walutową z bankiem. Umowę podpisano w kwietniu 2008 roku. Ustalono kurs wyjściowy na 3,28 złotego za euro. Jeśli złotówka umocniłaby się do poziomu 3,16 zł za euro, wówczas bank już wychodził z tej gry. Z drugiej jednak strony, nie wprowadzono żadnego ograniczenia ryzyka dla klienta: złotówka mogła się osłabić w dowolnym stopniu, a konsekwencje tego miał ponosić przedsiębiorca. Musi on teraz wymieniać co najmniej 100 tys. euro raz w tygodniu. Różnica pomiędzy 3,28 zł a obecnym kursem, np. 4,7 złotych, jest jego stratą. Przy kwocie 100 tys. euro wynosi ona 142 tys. zł w skali tygodnia.
Ponieważ zerwano umowę z bankiem, ten naliczył całą wartość kontraktu na swoją korzyść w wysokości 7 mln złotych. Jej zapłacenie oznacza dla firmy bankructwo. Kilkaset osób może stracić pracę. Bank może zamienić tę sumę na kredyt na 8 lat, oczywiście odpowiednio oprocentowany. Takie samo rozwiązanie zaproponowano innemu dolnośląskiemu przedsiębiorcy z branży meblarskiej, który zatrudnia ponad 100 osób. Nie zgodził się on jednak na ujawnienie swojego nazwiska.
- Taki kredyt, z którego i tak bym nic nie miał, stanowiłby ogromne obciążenie dla firmy - mówi. - Nawet gdybym go dał radę spłacić, to wówczas nie zapłaciłbym przez np. 15 lat ani grosza podatku dochodowego do budżetu państwa. A rocznie płacę w granicach 200-300 tys. złotych. Takie byłyby straty dla budżetu państwa.
Przedsiębiorca nie chce płacić za opcje. Sprawa trafiła do sądu. - Bank co tydzień dolicza mi ogromne sumy - mówi przedsiębiorca. - Opcję zawarto tylko na podstawie telefonicznej rozmowy z moim wspólnikiem. Nie została podpisana żadna umowa. Nie było też tzw. ustnego oświadczenia woli z naszej strony w stosunku do upoważnionego przedstawiciela banku. Na tej podstawie skierowaliśmy sprawę do sądu.
Przedsiębiorcy muszą podnieść głowy Z dr. Mariuszem Andrzejewskim z Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie, rozmawia Ryszard Żabiński.
Pan jako pierwszy w Polsce w swoim raporcie ujawnił kulisy transakcji opcjami walutowymi. Co Pan chciał osiągnąć, publikując raport?
Głównym celem było rozpoznanie struktury instrumentów pochodnych, które potocznie określa się jako opcje walutowe, i stwierdzenie, czy ich konstrukcja była zgodna z zasadami ekonomii. W raporcie podjęto też próbę określenia mechanizmu działania międzynarodowych instytucji finansowych, które można byłoby określić mianem międzynarodowej makroekonomicznej spekulacji.
Na Dolnym Śląsku doszło do tragedii. Jeden ze współwłaścicieli dużej firmy, prawdopodobnie z powodu opcji, popełnił samobójstwo.
Nie znam tej sprawy, ogólnie jednak mogę powiedzieć, że są to tragedie niepotrzebne. Chciałbym powiedzieć wszystkim przedsiębiorcom: nie bójcie się i nie wstydźcie, podnieście głowy i przyznajcie do tych transakcji. Eksporterzy w sytuacji rosnącego kursu złotówki po prostu chcieli się zabezpieczyć przed jego dalszym wzrostem. Do tego zresztą ten instrument służy. Tymczasem w transakcjach nie doszło do prawidłowej wyceny ryzyka. Co więcej, w wielu przypadkach banki nie ujawniły wprost tego ryzyka. Instrument pochodny, który banki określały jako zerokosztowy i zabezpieczający, jest de facto instrumentem spekulacyjnym, niosącym w sobie nieograniczone ryzyko poniesienia straty przez eksporterów. Codziennie z naszego kraju wywożone są ogromne ilości pieniędzy za granicę, właśnie za sprawą tych transakcji. Trzeba to jak najszybciej przerwać. Skala zjawiska jest bowiem ogromna. Mówi się o tysiącu firm, które zawarły takie transakcje i o 40 miliardach złotych strat. A jeśli tych firm było znacznie więcej? Trudno sobie nawet wyobrazić, jak katastrofalny wpływ może to mieć na gospodarkę.
POLSKA Gazeta Wrocławska
Ryszard Żabiński


























































