2004-03-03 06:00 Źródło: Miesięcznik Bank
Obrona Nicei i wybory do RPP czyli kłopoty to nasza specjalność
Kłopoty to nasza specjalność i nie jest to tylko czcze samochwalstwo. Dowodów wokół aż nadto. Niedowiarkom wystarczy zaproponować przyjrzenie się tylko dwóm przypadkom: negocjacjom w Brukseli i wyborom nowej Rady Polityki Pieniężnej.
Na początku było buńczuczne hasło „Nicea albo śmierć”, do którego wyjątkowo jednomyślnie przywiązali się politycy wszystkich opcji. Wzmocniony tym chórem premier Miller miał wielką ochotę powtórzyć Kopenhagę i tym samym odwrócić chociaż na trochę ciągle spadającą akceptację tego rządu i SLD. Szybko się jednak okazało, że czeka nas mniej chwalebna alternatywa, czyli bardziej „Nicea albo nici”. A autorowi hasła jakiś złośliwiec mógłby przypomnieć stary tekst „Obiecało się, umierało się, gdzie trup?”. Tym bardziej że to właśnie z grona Platformy Obywatelskiej jednocześnie popłynął zupełnie inny sygnał w wykonaniu Andrzeja Olechowskiego. Jednym słowem od samego początku tego roku minister Cimoszewicz małymi kroczkami między gabinetami ministrów spraw zagranicznych najpotężniejszych krajów Unii będzie musiał teraz montować takie rozwiązanie, które uniemożliwi zupełną izolację Polski.
Nie mniej emocji towarzyszy od kilku miesięcy wyborom nowej Rady Polityki Pieniężnej. Pierwsze trzy osoby desygnowane przez Sejm spotkało co prawda wiele osobistych przykrości, ale prawdziwe walki zaczęły się dopiero wokół reprezentacji Senatu. W szranki stanęła aż jedenastoosobowa ekipa i pojawił się wcale nie udawany lęk przed nadmiernym upolitycznieniem tego ciała, co byłoby oczywistą sprzecznością z celami, jakim Rada ma służyć. Nie obyło się bez osobistej interwencji wicepremiera Hausnera i sprzeciwu Aleksandra Kwaśniewskiego. Ostateczny wybór przyjęty został z uczuciem ulgi, że nowi członkowie nie naruszają przede wszystkim merytorycznej równowagi. Ostatni ruch należy do prezydenta, który nazwiska swoich trzech kandydatów ma ogłosić w lutym. Zgodnie z zapowiedzią mają to być znawcy polityki finansowej z grona profesorskiego, wśród których rozważana jest też kandydatura jeszcze jednej kobiety. Oczywiścienowi członkowie i kandydaci natychmiast stali się przedmiotem przeróżnych zabiegów polityczno-marketingowych. Zaczęły się spekulacje o stopniu ugołębiowienia i ujastrzębiowienia, włącznie z opisami na wzór klasycznej macierzy Bostońskiej Grupy.
A priori przyjmuje się, że Leszek Balcerowicz będzie mógł liczyć jedynie na ekipę delegowaną przez prezydenta oraz Halinę Wasilewską-Trenkner. Do bałamutności takiego prognozowania nie warto nawet szukać specjalnych argumentów. Wystarczy przejrzeć historyczne dane o wynikach głosowania nad obniżkami stóp procentowych odchodzącej Rady. Wtedy dopiero widać, jak oskarżanie prezesa NBP o zachowawczość i blokowanie obniżek było nieuzasadnione i mocno podszyte niechęcią natury bardziej politycznej czy wręcz osobistej. Interesujące jest jednak, że w całym tym zgiełku polityczno-medialnym, jaki towarzyszył wymianie członków Rady, nie pojawił się nawet cień dyskusji o zasadności istnienia tego ciała. Przez jakiś czas rozważano jedynie zmniejszenie liczby członków Rady, ale szybko zinterpretowano, że to rozwiązanie należy traktować jako spóźniony odwet za dotychczasowe działania, a gwoździem do trumny był dowcip, że widocznie koalicja rządząca ma zbyt mało ekonomistów, aby zdołała obsadzić wszystkie miejsca. Jakoś nikt nie chciał pamiętać opinii, jaką, już po odejściu z Ministerstwa Finansów, opublikował prof. Marek Belka. Przyznał on wówczas, że za jeden z większych swoich błędów popełnionych do spółki z ministrem Grzegorzem Kołodką uważa koncepcję utworzenia Rady Polityki Pieniężnej. Podobnie jak osoba Alana Greenspana wystarcza do sterowania i ponoszenia odpowiedzialności za politykę monetarną w Stanach Zjednoczonych, tak zdaniem byłego wicepremiera, prof. Leszek Balcerowicz spokojnie by sobie z tą funkcja poradził. Wydaje się, że trudno nawet z taką oceną dyskutować. Właściwie w każdym aspekcie takie rozwiązanie mogłoby być korzystniejsze: dla finansów państwa (bo wysokie koszty funkcjonowania Rady), dla przejrzystości ponoszenia odpowiedzialności za podejmowane decyzje (bo prof Balcerowicz bywa obciążany za poglądy innych członków Rady), dla możliwości oddziaływania na rynek nie tylko stopami, ale właściwym komentarzem lub jego brakiem, tak jak to czyni z powodzeniem właśnie Greenspan. Zupełnie oddzielny, chociaż nie mniej ważny problem, to sprawa reagowania przez rynki finansowe na różnorodne zawirowania z Radą i wokół niej.
Zdaniem wielu obserwatorów, nowa Rada będzie musiała przede wszystkim powalczyć o zdobycie zaufania wśród analityków i inwestorów, aby Ministerstwo Finansów nie miało problemów z finansowaniem deficytu budżetowego. A nie będzie to łatwe w kontekście przewidywanego wzrostu inflacji i podaży pieniądza oraz dużej niepewności co do perspektyw finansów publicznych. Jednym słowem jest ogromne pole dla ważnej dyskusji, nie tylko na forum parlamentu, o tym, co wynika z dotychczasowej polityki Rady oraz jaka powinna być w przyszłości. Układanki personalne są może bardziej frapujące, ale dopiero wtedy, gdy polityka pieniężna jest nudna, co zdaniem Mervyna Kinga, głównego ekonomisty Banku Anglii, stanowi najlepszą miarą, że jest to dobra polityka. I pomyśleć, że już tak dawno temu niejaki Ockham (najwybitniejszy przedstawiciel oksfordzkiego krytycyzmu w XIV w.) wymyślił formułę o konieczności unikania tworzenia bytów ponad miarę, bo wtedy łatwo o efekt odwrotny do zamierzonego. Ale wydaje się, że bardziej niestety popularne jest u nas skojarzenie z brzytwą z perspektywy tonącego.
Zaprenumeruj BANK
Na początku było buńczuczne hasło „Nicea albo śmierć”, do którego wyjątkowo jednomyślnie przywiązali się politycy wszystkich opcji. Wzmocniony tym chórem premier Miller miał wielką ochotę powtórzyć Kopenhagę i tym samym odwrócić chociaż na trochę ciągle spadającą akceptację tego rządu i SLD. Szybko się jednak okazało, że czeka nas mniej chwalebna alternatywa, czyli bardziej „Nicea albo nici”. A autorowi hasła jakiś złośliwiec mógłby przypomnieć stary tekst „Obiecało się, umierało się, gdzie trup?”. Tym bardziej że to właśnie z grona Platformy Obywatelskiej jednocześnie popłynął zupełnie inny sygnał w wykonaniu Andrzeja Olechowskiego. Jednym słowem od samego początku tego roku minister Cimoszewicz małymi kroczkami między gabinetami ministrów spraw zagranicznych najpotężniejszych krajów Unii będzie musiał teraz montować takie rozwiązanie, które uniemożliwi zupełną izolację Polski.
Nie mniej emocji towarzyszy od kilku miesięcy wyborom nowej Rady Polityki Pieniężnej. Pierwsze trzy osoby desygnowane przez Sejm spotkało co prawda wiele osobistych przykrości, ale prawdziwe walki zaczęły się dopiero wokół reprezentacji Senatu. W szranki stanęła aż jedenastoosobowa ekipa i pojawił się wcale nie udawany lęk przed nadmiernym upolitycznieniem tego ciała, co byłoby oczywistą sprzecznością z celami, jakim Rada ma służyć. Nie obyło się bez osobistej interwencji wicepremiera Hausnera i sprzeciwu Aleksandra Kwaśniewskiego. Ostateczny wybór przyjęty został z uczuciem ulgi, że nowi członkowie nie naruszają przede wszystkim merytorycznej równowagi. Ostatni ruch należy do prezydenta, który nazwiska swoich trzech kandydatów ma ogłosić w lutym. Zgodnie z zapowiedzią mają to być znawcy polityki finansowej z grona profesorskiego, wśród których rozważana jest też kandydatura jeszcze jednej kobiety. Oczywiścienowi członkowie i kandydaci natychmiast stali się przedmiotem przeróżnych zabiegów polityczno-marketingowych. Zaczęły się spekulacje o stopniu ugołębiowienia i ujastrzębiowienia, włącznie z opisami na wzór klasycznej macierzy Bostońskiej Grupy.
A priori przyjmuje się, że Leszek Balcerowicz będzie mógł liczyć jedynie na ekipę delegowaną przez prezydenta oraz Halinę Wasilewską-Trenkner. Do bałamutności takiego prognozowania nie warto nawet szukać specjalnych argumentów. Wystarczy przejrzeć historyczne dane o wynikach głosowania nad obniżkami stóp procentowych odchodzącej Rady. Wtedy dopiero widać, jak oskarżanie prezesa NBP o zachowawczość i blokowanie obniżek było nieuzasadnione i mocno podszyte niechęcią natury bardziej politycznej czy wręcz osobistej. Interesujące jest jednak, że w całym tym zgiełku polityczno-medialnym, jaki towarzyszył wymianie członków Rady, nie pojawił się nawet cień dyskusji o zasadności istnienia tego ciała. Przez jakiś czas rozważano jedynie zmniejszenie liczby członków Rady, ale szybko zinterpretowano, że to rozwiązanie należy traktować jako spóźniony odwet za dotychczasowe działania, a gwoździem do trumny był dowcip, że widocznie koalicja rządząca ma zbyt mało ekonomistów, aby zdołała obsadzić wszystkie miejsca. Jakoś nikt nie chciał pamiętać opinii, jaką, już po odejściu z Ministerstwa Finansów, opublikował prof. Marek Belka. Przyznał on wówczas, że za jeden z większych swoich błędów popełnionych do spółki z ministrem Grzegorzem Kołodką uważa koncepcję utworzenia Rady Polityki Pieniężnej. Podobnie jak osoba Alana Greenspana wystarcza do sterowania i ponoszenia odpowiedzialności za politykę monetarną w Stanach Zjednoczonych, tak zdaniem byłego wicepremiera, prof. Leszek Balcerowicz spokojnie by sobie z tą funkcja poradził. Wydaje się, że trudno nawet z taką oceną dyskutować. Właściwie w każdym aspekcie takie rozwiązanie mogłoby być korzystniejsze: dla finansów państwa (bo wysokie koszty funkcjonowania Rady), dla przejrzystości ponoszenia odpowiedzialności za podejmowane decyzje (bo prof Balcerowicz bywa obciążany za poglądy innych członków Rady), dla możliwości oddziaływania na rynek nie tylko stopami, ale właściwym komentarzem lub jego brakiem, tak jak to czyni z powodzeniem właśnie Greenspan. Zupełnie oddzielny, chociaż nie mniej ważny problem, to sprawa reagowania przez rynki finansowe na różnorodne zawirowania z Radą i wokół niej.
Zdaniem wielu obserwatorów, nowa Rada będzie musiała przede wszystkim powalczyć o zdobycie zaufania wśród analityków i inwestorów, aby Ministerstwo Finansów nie miało problemów z finansowaniem deficytu budżetowego. A nie będzie to łatwe w kontekście przewidywanego wzrostu inflacji i podaży pieniądza oraz dużej niepewności co do perspektyw finansów publicznych. Jednym słowem jest ogromne pole dla ważnej dyskusji, nie tylko na forum parlamentu, o tym, co wynika z dotychczasowej polityki Rady oraz jaka powinna być w przyszłości. Układanki personalne są może bardziej frapujące, ale dopiero wtedy, gdy polityka pieniężna jest nudna, co zdaniem Mervyna Kinga, głównego ekonomisty Banku Anglii, stanowi najlepszą miarą, że jest to dobra polityka. I pomyśleć, że już tak dawno temu niejaki Ockham (najwybitniejszy przedstawiciel oksfordzkiego krytycyzmu w XIV w.) wymyślił formułę o konieczności unikania tworzenia bytów ponad miarę, bo wtedy łatwo o efekt odwrotny do zamierzonego. Ale wydaje się, że bardziej niestety popularne jest u nas skojarzenie z brzytwą z perspektywy tonącego.
Zaprenumeruj BANK



Dodaj komentarz