W swojej historii Rada Polityki Pieniężnej wielokrotnie stawała przed problemem reakcji na wzrost inflacji, który nie był spowodowany problemami popytowymi. Czyli innymi słowy, nie wynikał z tego, że Polacy rzucali się do kupowania dóbr i usług. I niestety nie zawsze najlepiej radziła sobie z tym problemem.
Czy podwyżka stóp procentowych, do której doszło w maju, także jest błędem? Błędy są rzeczą ludzką. Szczególnie wtedy, gdy nie ma się specjalnie dużo doświadczeń i dobrego opisu zjawisk.
Historia magistra vitae est
Największe wątpliwości można mieć do decyzji zacieśnienia polityki pieniężnej, która została podjęta na początku 2004 r. Stopy poszły w górę, bo RPP obawiała się wystąpienia tzw. efektów drugiego rzędu, czyli - najkrócej mówiąc - wzrostu inflacji w przyszłości na skutek decyzji konsumentów związanych z tym, że inflacja już rośnie. Nacisk na wzrost płac i zwiększony popyt w obawie przed dalszym wzrostem inflacji miał pchać ją rzeczywiście w górę. Problem w tym, że trudno o taki efekt w sytuacji, kiedy mamy do czynienia z 20-proc. bezrobociem. Skąd ma się wziąć istotny wzrost płac w takich realiach? Rada stopy jednak podniosła, co zaowocowało wyraźnym wyhamowaniem, niepotrzebnym zresztą, gospodarki. Niektórzy członkowie RPP, choć nieoficjalnie, sami zresztą później o tym wspominali.
Efekt placebo
Podwyżka stóp, do której doszło parę dni temu, nie była oczekiwana. Prognozy w kwestii stóp procentowych nie powinny być zgadywanką, ale opierać się na jakichś przesłankach. Skoro 90 proc. analityków nie spodziewało się zacieśnienia polityki monetarnej, to coś jest nie tak. Możemy oczywiście założyć, że nie znają się na rzeczy. Bardziej uprawnione jest jednak twierdzenie, że sygnały płynące z banku centralnego nie były wyraźne, co już samo w sobie nie jest dobrą sytuacją. Choć oczywiście można polemizować, czy sama decyzja nie jest słuszna. Apogeum inflacji mieliśmy w zeszłym roku. W zasadzie tłumaczenie władzy monetarnej ma sens: stopy zostały podniesione, potem czekano na efekty podwyżek. Osiągnęliśmy maksimum inflacji, CPI zaczął spadać, ale ponieważ nie spadał wystarczająco szybko, może nawet ustabilizował się w okolicach 4 proc. licząc rok do roku (dalej rok/rok), czyli wyraźnie powyżej celu inflacyjnego, to przyszedł czas na kolejne działania. Niby wszystko się zgadza. Jest jednak jedno „ale”. A właściwie przynajmniej dwa. Pierwsze to oczywiście przyczyny inflacji - w szczególności jej wzrostu w okolicę 5 proc. rok/rok w zeszłym roku.
| Skąd się bierze inflacja? |
![]() |
Hamowanie gospodarki
Minęło kilka miesięcy, inflacja nieco spadła, nadal jest jednak wysoka. Stąd decyzja: stopy znowu w górę. Wciąż jednak to nie zapędy konsumentów powodują, że CPI jest na tym poziomie, na którym jest. Pytanie zatem, czy dalsze aplikowanie aspiryny ma rzeczywiście sens? Tym bardziej, że wystąpił efekt drugi, czyli hamowanie gospodarki. O tym, że gospodarka będzie hamować, wiemy nie od dzisiaj. Nie jest to zaskoczeniem. Nie zmienia to jednak faktu, że owe hamowanie jest istotnym czynnikiem przeciwko zacieśnianiu polityki monetarnej. Tym bardziej, że towarzyszy mu zacieśnianie polityki fiskalnej. I to dość wyraźne. Inflacja z pewnością nie spadnie zdecydowanie w ciągu miesiąca czy dwóch. Choćby dlatego, że mamy mistrzostwa w piłce nożnej, a to oznacza pęd do wyższych zysków i wykorzystywanie okazji, czyli często chore wręcz ceny hoteli lub gastronomii, oraz faktycznie więcej konsumentów, którzy do Polski przyjadą. Potem jednak sytuacja powinna się wyraźnie poprawić. Oczywiście jeśli nie nastąpią kolejne nadzwyczajne wydarzenia i nie spowodują kolejnych szoków podażowych. Czy naprawdę nie można było poczekać z podwyżką stóp kilka miesięcy?
Cios w przedsiębiorców
Teoretycznie, matematycznie, 25 punktów bazowych niewiele zmienia. Jeśli jednak liczymy na to, że zwiększone inwestycje firm w drugiej połowie roku zrekompensują choć w części hamujące inwestycje infrastrukturalne, a na to liczymy, to czy nie zadaliśmy tym inwestycjom ciosu? Przedsiębiorcy nie liczyli się jeszcze do niedawna z wyższymi kosztami finansowania. Teraz muszą to brać pod uwagę, nie wiedzą bowiem, czy to ostatnia, czy pierwsza z serii podwyżka. Na rachunkach firm jest prawie 200 mld zł, ale inwestycja to wykorzystanie dźwigni, a zatem korzystanie z kredytów, które podrożały, a być może podrożeją jeszcze bardziej. A poza tym w kalkulacjach koszt pieniądza zawsze występuje, bez względu na to, czy jest to pieniądz własny, czy pożyczony. Rada Polityki Pieniężnej dała sygnał, że jest zdeterminowana w walce z za wysoką inflacją. Wydaje mi się jednak, że jesteśmy bliżej ruchu z 2004 r., choć oczywiście okoliczności są nieco inne. Pocieszające jest to, że jeśli dalszych podwyżek nie będzie, to skutki tego posunięcia będą z pewnością znacznie skromniejsze. Na szczęście zresztą.





























































