2009-01-17 07:30 Źródło: POLSKA Dziennik Łódzki
Łódź wygrała na kryzysie
Niemożliwe? A jednak. Jesienią baliśmy się, że Dell od nas ucieknie,
podobnie jak wcześniej zrobił to Philips. Nawet by nas taka niewdzięczność
specjalnie nie zdziwiła. Dell, owszem, okazał się niewdzięczny, ale... nie
dla nas.
Okazało się, że na kryzysie można też coś wygrać. Wielki amerykański koncern komputerowy przenosi swoją produkcję z irlandzkiego Limerick do Łodzi, gdzie od roku działa montownia komputerów. Teraz, oprócz notebooków, na Olechowie będą też powstawać desktopy i serwery. Obok trzech działających linii produkcyjnych powstanie czwarta, a może nawet piąta i szósta. I co najważniejsze - dramat tysiąca ośmiuset robotników zwalnianych przez Della na Zielonej Wyspie nie pójdzie na marne. Przynajmniej z perspektywy tysiąca ośmiuset kolegów stających co rano przy taśmie w Łodzi.
Jak w kalejdoskopie
O finansowych kłopotach Dell zaczął przebąkiwać w ubiegłym roku. Wtedy to łódzcy robotnicy czuli, że są na wylocie. Zwłaszcza kiedy zakład zaczęły przemierzać wycieczki skośnookich gości. Kontrahenci? A może nowi właściciele - zastanawiała się załoga. W tym czasie brytyjska prasa podała: Dell rozważa sprzedaż łódzkiej fabryki tajwańskiej firmie Foxcon. Też dużej, ale nie tak znanej. A co jest nieznane, jest groźne. Pojawiły się nawet spekulacje o zamknięciu fabryki, to znów o pojawieniu się taniej siły roboczej z Chin, która zastąpiłaby przy maszynach naszych rodaków.
Już wtedy było wiadomo, że redukując koszty Dell pozbędzie się jednej z dwóch fabryk w Europie. Prawdopodobnie kryzys sprawił, że wybrał tę droższą, w Irlandii. Wbrew wcześniejszym doniesieniom (a może plotkom) łódzki zakład dalej będzie działał pod logo Della, w dodatku zwiększając zatrudnienie. Jak dobrze pójdzie - nawet o 1200 osób.
Dell obiecał zwalnianym robotnikom z Limerick, że zostaną potraktowani w sposób szczególny. Dostali oni m.in. zbiorową propozycję pracy w Łodzi. Trudno oczywiście podejrzewać, że skorzystają z niej Irlandczycy. Co innego Polacy. A tych, według różnych szacunków, pracowało w Limerick od 400 do 500. W Łodzi, przy nowych liniach, mają być zatrudniani w pierwszej kolejności. Jak donosi "Irish Times", wielu zamierza skorzystać z oferty, niektórzy już nawet złożyli aplikacje.
- Nad powrotem do Polski zastanawiałem się od pół roku. Od kiedy Irlandię dopadł kryzys gospodarczy, znacznie wzrosły tam koszty życia. Zacząłem odkładać coraz mniej pieniędzy i praca na Zielonej Wyspie przestała mi się opłacać. Dlatego zamierzam zgłosić się do pracy w Łodzi. Najważniejsze, że nie stracę czasu na szukanie pracy. Zamknięcie fabryki w Limerick wyszło mi więc na dobre - opowiada Stefan, jeden z pracowników irlandzkiego Della.
Ilu ich będzie, kiedy zaczną pracę w Polsce? Ilu łodzian dostanie dodatkowo pracę?
- Najwcześniej powinniśmy to wiedzieć w kwietniu - mówi Rafał Branowski, rzecznik polskiego oddziału Della. - Do tego czasu będziemy planować uruchomienie nowych linii i reorganizację starych. Dużo będzie też zależeć od sytuacji na rynku. Trzeba pamiętać, że nasze komputery nie są produkowane dla sklepów, ale na konkretne zamówienia klientów. Nie ma zamówień, nie ma produkcji...
Załoga łódzkiego zakładu z nadzieją patrzy jednak w przyszłość.
- Do tej pory nie mogę uwierzyć, że Dell zostaje w Łodzi. Bardziej prawdopodobne wydawało mi się sprzedanie fabryki niż przeniesienie produkcji z Irlandii. Naprawdę odetchnęłam z ulgą. Jeśli będzie więcej pracy, to bardzo dobrze. Każda nadgodzina to kilka dodatkowych groszy. A jeśli ma się na utrzymaniu dwójkę dzieci, to każde 10 zł więcej liczy się do wypłaty - mówi jedna z pracownic Della.
Z sentymentu do blokowiska
Polacy zabierają nam pracę - gorączkują się Irlandczycy na forach internetowych, o przenosinach fabryki do Łodzi krzyczą tamtejsze media. Nic dziwnego. Dell wnosił 2 procent produktu krajowego brutto Irlandii, komputery wysyłane w świat z tutejszej fabryki stanowiły 5 procent eksportu Zielonej Wyspy. W samym Limerick od 19 lat życie kręciło się wokół Della. Fabryka zatrudniała 3 tysiące ludzi. W 100-tysięcznym mieście większość rodzin miała kogoś, kto pracował dla Amerykanów.
Łódź nie ma takich tradycji. Zakład działa tu zaledwie od listopada 2007 roku i choć jest znany, to trochę na uboczu wielkiego miasta. Czemu więc wygraliśmy? Oczywiście Dell nie wybrał nas z miłości do kraju nad Wisłą. Raczej z "sentymentu" do widzewskiego blokowiska, zagłębia taniej siły roboczej.
A mówiąc wprost, jak zawsze poszło o pieniądze. Jeden z pracowników łódzkiego zakładu, który szkolił się w Limerick, zdradził nam, że w Irlandii średnia pensja przy taśmie wynosi 2 tysiące euro. W Polsce też około 2 tysięcy, ale złotych. Oczywiście brutto.
Dell ogłosił, że na planie kryzysowym zamierza oszczędzić 3 miliardy dolarów (w grę wchodzi też przenoszenie produkcji do kooperantów na całym świecie i inne cięcia). Firma nie podaje jednak, o jaką perspektywę czasową chodzi. Z ostrożnych wyliczeń wynika, że na samych pensjach robotników z Limerick firma może oszczędzać 50 mln dolarów rocznie, zakładając, że większość ich obowiązków przejmą cztery razy tańsi pracownicy z Polski.
Są też inne, bardzo konkretne pieniądze, na które liczy Dell. To 216 mln zł pomocy publicznej, którą Amerykanom obiecał polski rząd. Wiadomo, że bez tych pieniędzy Della w ogóle nie byłoby w naszym kraju. Na razie jednak kwota ta nie wpłynęła na konto amerykańskiego koncernu i nie wiadomo, czy w ogóle wpłynie.
Ile Dell zarabia w tydzień
Nie można wykluczyć, że same pieniądze, jak i w ogóle inwestycja Della, stały się przedmiotem międzynarodowej polityki na najwyższych szczeblach.
Jak to bywa przy podobnych inwestycjach, Komisja Europejska postanowiła sprawdzić, czy Dellowi aby na pewno pomoc się należy. Jeśli KE uzna Della za monopolistę, nie pozwoli na przelanie pieniędzy. Coś takiego raczej nam nie grozi, jest za to ryzyko, że unijni urzędnicy nie zdążą na czas.
- Komisja Europejska postanowiła rozstrzygnąć sprawę za pomocą dłuższej niż zwykle, bardziej skomplikowanej procedury - mówi Jacek Saryusz-Wolski, łódzki eurodeputowany, przewodniczący Komisji Spraw Zagranicznych Parlamentu Europejskiego. - To grozi nam tym, że do czerwca nie zapadnie żadna decyzja. Tymczasem właśnie do czerwca mamy czas na udzielenie pomocy Dellowi. Nie jestem zwolennikiem spiskowej teorii dziejów, ale wiemy przecież, że jesienią Irlandczycy mają głosować w referendum nad przyjęciem Traktatu Lizbońskiego. To kluczowa sprawa dla całej Unii. Irlandczycy są niechętni traktatowi. Czy komisja nie chce im zrobić prezentu?
Nasz europarlamentarzysta złożył w tej sprawie interpelację, ale do wczoraj nie doczekał się odpowiedzi. Co zrobi Dell, gdy nie dostanie pieniędzy? Firma milczy na ten temat, podsycając tylko spekulacje. A Rafał Branowski zapytany, czy informacje, tudzież plotki o sprzedaży zakładu Foxconowi są na 100 procent fałszywe, takiej gwarancji Łodzi nie chce udzielić.
216 mln zł to pieniądze, za które można wybudować średniej wielkości fabrykę w dowolnym zakątku świata. Nic dziwnego, że Dell na nie liczy. Z drugiej strony warto zaznaczyć, że w działalności koncernu to kwota dość... marginalna. W 2008 roku tyle Dell zarabiał na czysto w... tydzień. W pierwszych trzech kwartałach obroty koncernu na świecie przekroczyły 47 miliardów dolarów (ok. 150 mld zł). Zysk netto sięgnął 2,7 miliarda dolarów...
Co na to inni
Według prof. Stefana Krajewskiego, ekonomisty z Uniwersytetu Łódzkiego, dotacja rządowa zatrzyma Della w Polsce na 4 do 5 lat.
- Łódź jest teraz punktem strategicznym dla Amerykanów. Jeśli w naszym mieście zwiększy się bezrobocie, to bez problemu będzie można znaleźć niedrogich pracowników. Jednak taka decyzja wcale nie musi oznaczać stabilizacji dla łódzkiej fabryki. To spokój na krótką metę. Kiedy minie kryzys, a płace znów zaczną rosnąć, Dell może przenieść produkcję na Wschód. Tam znajdzie tanią siłę roboczą - mówi profesor. Podkreśla przy tym, że Łódź już teraz powinna myśleć o tym, co może się stać za kilka lat.
- Jeśli chcemy zachować Della u siebie, potrzebne będzie naszemu miastu lotnisko cargo i autostrady - zaznacza prof. Krajewski. - Jeśli mimo to koncern się wyniesie, to na bazie Della powinniśmy zbudować coś trwałego. Zostaną nam m.in. inżynierowie i informatycy. Dlatego warto pomyśleć o stworzeniu w Łodzi ośrodka badawczo-rozwojowego.
Niestety, na razie Dell nie mówi o przenosinach swojego centrum badawczego do Łodzi, ono wciąż będzie pracować w Limerick. A szkoda, bo tylko takie jednostki są trwałymi inwestycjami w dzisiejszym biznesie, poza tym gwarantują one dobrze płatne miejsca pracy dla najlepiej wykształconych inżynierów.
Inwestycja Della zrobiła reklamę Łodzi na całym świecie. Czy podobnie będzie tym razem? Czy jest szansa, że inne koncerny, choćby już te działające w Łodzi, zaczną do nas przenosić produkcję?
- Myślę, że w tej chwili przede wszystkim należy się cieszyć z kilkuset miejsc pracy, z tego, że ktoś w Łodzi będzie zatrudniał, a nie zwalniał - mówi prof. Witold Orłowski, ekonomista. I dodaje: - W 2009 roku częściej będziemy słyszeć o inwestycjach, które mogliśmy mieć, ale ktoś się z nich wycofał. Choć z drugiej strony kryzys nie tylko wstrzymuje nowe projekty, ale też może przyspieszać przygotowywane od dawna decyzje o przenosinach produkcji z Zachodu do Europy Środkowo-Wschodniej.
W Łodzi mamy fabryki Boscha, Indesitu. One produkują sprzęt AGD. To tak zwane białe dobra, które często kupujemy na kredyt. A jako że z kredytami jest coraz ciężej, producenci będą mieć problemy. Czy w związku z tym będą przenosić swoje fabryki do Łodzi?
Niestety, ani prof. Orłowski, ani pewnie nikt inny w Polsce na takie pytanie nie potrafi odpowiedzieć. Wszystko jest niewiadomą. Jak to w kryzysie.
POLSKA Dziennik Łódzki
A. Jasińska, P. Brzózka
Okazało się, że na kryzysie można też coś wygrać. Wielki amerykański koncern komputerowy przenosi swoją produkcję z irlandzkiego Limerick do Łodzi, gdzie od roku działa montownia komputerów. Teraz, oprócz notebooków, na Olechowie będą też powstawać desktopy i serwery. Obok trzech działających linii produkcyjnych powstanie czwarta, a może nawet piąta i szósta. I co najważniejsze - dramat tysiąca ośmiuset robotników zwalnianych przez Della na Zielonej Wyspie nie pójdzie na marne. Przynajmniej z perspektywy tysiąca ośmiuset kolegów stających co rano przy taśmie w Łodzi.
Jak w kalejdoskopie
O finansowych kłopotach Dell zaczął przebąkiwać w ubiegłym roku. Wtedy to łódzcy robotnicy czuli, że są na wylocie. Zwłaszcza kiedy zakład zaczęły przemierzać wycieczki skośnookich gości. Kontrahenci? A może nowi właściciele - zastanawiała się załoga. W tym czasie brytyjska prasa podała: Dell rozważa sprzedaż łódzkiej fabryki tajwańskiej firmie Foxcon. Też dużej, ale nie tak znanej. A co jest nieznane, jest groźne. Pojawiły się nawet spekulacje o zamknięciu fabryki, to znów o pojawieniu się taniej siły roboczej z Chin, która zastąpiłaby przy maszynach naszych rodaków.
Już wtedy było wiadomo, że redukując koszty Dell pozbędzie się jednej z dwóch fabryk w Europie. Prawdopodobnie kryzys sprawił, że wybrał tę droższą, w Irlandii. Wbrew wcześniejszym doniesieniom (a może plotkom) łódzki zakład dalej będzie działał pod logo Della, w dodatku zwiększając zatrudnienie. Jak dobrze pójdzie - nawet o 1200 osób.
Dell obiecał zwalnianym robotnikom z Limerick, że zostaną potraktowani w sposób szczególny. Dostali oni m.in. zbiorową propozycję pracy w Łodzi. Trudno oczywiście podejrzewać, że skorzystają z niej Irlandczycy. Co innego Polacy. A tych, według różnych szacunków, pracowało w Limerick od 400 do 500. W Łodzi, przy nowych liniach, mają być zatrudniani w pierwszej kolejności. Jak donosi "Irish Times", wielu zamierza skorzystać z oferty, niektórzy już nawet złożyli aplikacje.
- Nad powrotem do Polski zastanawiałem się od pół roku. Od kiedy Irlandię dopadł kryzys gospodarczy, znacznie wzrosły tam koszty życia. Zacząłem odkładać coraz mniej pieniędzy i praca na Zielonej Wyspie przestała mi się opłacać. Dlatego zamierzam zgłosić się do pracy w Łodzi. Najważniejsze, że nie stracę czasu na szukanie pracy. Zamknięcie fabryki w Limerick wyszło mi więc na dobre - opowiada Stefan, jeden z pracowników irlandzkiego Della.
Ilu ich będzie, kiedy zaczną pracę w Polsce? Ilu łodzian dostanie dodatkowo pracę?
- Najwcześniej powinniśmy to wiedzieć w kwietniu - mówi Rafał Branowski, rzecznik polskiego oddziału Della. - Do tego czasu będziemy planować uruchomienie nowych linii i reorganizację starych. Dużo będzie też zależeć od sytuacji na rynku. Trzeba pamiętać, że nasze komputery nie są produkowane dla sklepów, ale na konkretne zamówienia klientów. Nie ma zamówień, nie ma produkcji...
Załoga łódzkiego zakładu z nadzieją patrzy jednak w przyszłość.
- Do tej pory nie mogę uwierzyć, że Dell zostaje w Łodzi. Bardziej prawdopodobne wydawało mi się sprzedanie fabryki niż przeniesienie produkcji z Irlandii. Naprawdę odetchnęłam z ulgą. Jeśli będzie więcej pracy, to bardzo dobrze. Każda nadgodzina to kilka dodatkowych groszy. A jeśli ma się na utrzymaniu dwójkę dzieci, to każde 10 zł więcej liczy się do wypłaty - mówi jedna z pracownic Della.
Z sentymentu do blokowiska
Polacy zabierają nam pracę - gorączkują się Irlandczycy na forach internetowych, o przenosinach fabryki do Łodzi krzyczą tamtejsze media. Nic dziwnego. Dell wnosił 2 procent produktu krajowego brutto Irlandii, komputery wysyłane w świat z tutejszej fabryki stanowiły 5 procent eksportu Zielonej Wyspy. W samym Limerick od 19 lat życie kręciło się wokół Della. Fabryka zatrudniała 3 tysiące ludzi. W 100-tysięcznym mieście większość rodzin miała kogoś, kto pracował dla Amerykanów.
Łódź nie ma takich tradycji. Zakład działa tu zaledwie od listopada 2007 roku i choć jest znany, to trochę na uboczu wielkiego miasta. Czemu więc wygraliśmy? Oczywiście Dell nie wybrał nas z miłości do kraju nad Wisłą. Raczej z "sentymentu" do widzewskiego blokowiska, zagłębia taniej siły roboczej.
A mówiąc wprost, jak zawsze poszło o pieniądze. Jeden z pracowników łódzkiego zakładu, który szkolił się w Limerick, zdradził nam, że w Irlandii średnia pensja przy taśmie wynosi 2 tysiące euro. W Polsce też około 2 tysięcy, ale złotych. Oczywiście brutto.
Dell ogłosił, że na planie kryzysowym zamierza oszczędzić 3 miliardy dolarów (w grę wchodzi też przenoszenie produkcji do kooperantów na całym świecie i inne cięcia). Firma nie podaje jednak, o jaką perspektywę czasową chodzi. Z ostrożnych wyliczeń wynika, że na samych pensjach robotników z Limerick firma może oszczędzać 50 mln dolarów rocznie, zakładając, że większość ich obowiązków przejmą cztery razy tańsi pracownicy z Polski.
Są też inne, bardzo konkretne pieniądze, na które liczy Dell. To 216 mln zł pomocy publicznej, którą Amerykanom obiecał polski rząd. Wiadomo, że bez tych pieniędzy Della w ogóle nie byłoby w naszym kraju. Na razie jednak kwota ta nie wpłynęła na konto amerykańskiego koncernu i nie wiadomo, czy w ogóle wpłynie.
Ile Dell zarabia w tydzień
Nie można wykluczyć, że same pieniądze, jak i w ogóle inwestycja Della, stały się przedmiotem międzynarodowej polityki na najwyższych szczeblach.
Jak to bywa przy podobnych inwestycjach, Komisja Europejska postanowiła sprawdzić, czy Dellowi aby na pewno pomoc się należy. Jeśli KE uzna Della za monopolistę, nie pozwoli na przelanie pieniędzy. Coś takiego raczej nam nie grozi, jest za to ryzyko, że unijni urzędnicy nie zdążą na czas.
- Komisja Europejska postanowiła rozstrzygnąć sprawę za pomocą dłuższej niż zwykle, bardziej skomplikowanej procedury - mówi Jacek Saryusz-Wolski, łódzki eurodeputowany, przewodniczący Komisji Spraw Zagranicznych Parlamentu Europejskiego. - To grozi nam tym, że do czerwca nie zapadnie żadna decyzja. Tymczasem właśnie do czerwca mamy czas na udzielenie pomocy Dellowi. Nie jestem zwolennikiem spiskowej teorii dziejów, ale wiemy przecież, że jesienią Irlandczycy mają głosować w referendum nad przyjęciem Traktatu Lizbońskiego. To kluczowa sprawa dla całej Unii. Irlandczycy są niechętni traktatowi. Czy komisja nie chce im zrobić prezentu?
Nasz europarlamentarzysta złożył w tej sprawie interpelację, ale do wczoraj nie doczekał się odpowiedzi. Co zrobi Dell, gdy nie dostanie pieniędzy? Firma milczy na ten temat, podsycając tylko spekulacje. A Rafał Branowski zapytany, czy informacje, tudzież plotki o sprzedaży zakładu Foxconowi są na 100 procent fałszywe, takiej gwarancji Łodzi nie chce udzielić.
216 mln zł to pieniądze, za które można wybudować średniej wielkości fabrykę w dowolnym zakątku świata. Nic dziwnego, że Dell na nie liczy. Z drugiej strony warto zaznaczyć, że w działalności koncernu to kwota dość... marginalna. W 2008 roku tyle Dell zarabiał na czysto w... tydzień. W pierwszych trzech kwartałach obroty koncernu na świecie przekroczyły 47 miliardów dolarów (ok. 150 mld zł). Zysk netto sięgnął 2,7 miliarda dolarów...
Co na to inni
Według prof. Stefana Krajewskiego, ekonomisty z Uniwersytetu Łódzkiego, dotacja rządowa zatrzyma Della w Polsce na 4 do 5 lat.
- Łódź jest teraz punktem strategicznym dla Amerykanów. Jeśli w naszym mieście zwiększy się bezrobocie, to bez problemu będzie można znaleźć niedrogich pracowników. Jednak taka decyzja wcale nie musi oznaczać stabilizacji dla łódzkiej fabryki. To spokój na krótką metę. Kiedy minie kryzys, a płace znów zaczną rosnąć, Dell może przenieść produkcję na Wschód. Tam znajdzie tanią siłę roboczą - mówi profesor. Podkreśla przy tym, że Łódź już teraz powinna myśleć o tym, co może się stać za kilka lat.
- Jeśli chcemy zachować Della u siebie, potrzebne będzie naszemu miastu lotnisko cargo i autostrady - zaznacza prof. Krajewski. - Jeśli mimo to koncern się wyniesie, to na bazie Della powinniśmy zbudować coś trwałego. Zostaną nam m.in. inżynierowie i informatycy. Dlatego warto pomyśleć o stworzeniu w Łodzi ośrodka badawczo-rozwojowego.
Niestety, na razie Dell nie mówi o przenosinach swojego centrum badawczego do Łodzi, ono wciąż będzie pracować w Limerick. A szkoda, bo tylko takie jednostki są trwałymi inwestycjami w dzisiejszym biznesie, poza tym gwarantują one dobrze płatne miejsca pracy dla najlepiej wykształconych inżynierów.
Inwestycja Della zrobiła reklamę Łodzi na całym świecie. Czy podobnie będzie tym razem? Czy jest szansa, że inne koncerny, choćby już te działające w Łodzi, zaczną do nas przenosić produkcję?
- Myślę, że w tej chwili przede wszystkim należy się cieszyć z kilkuset miejsc pracy, z tego, że ktoś w Łodzi będzie zatrudniał, a nie zwalniał - mówi prof. Witold Orłowski, ekonomista. I dodaje: - W 2009 roku częściej będziemy słyszeć o inwestycjach, które mogliśmy mieć, ale ktoś się z nich wycofał. Choć z drugiej strony kryzys nie tylko wstrzymuje nowe projekty, ale też może przyspieszać przygotowywane od dawna decyzje o przenosinach produkcji z Zachodu do Europy Środkowo-Wschodniej.
W Łodzi mamy fabryki Boscha, Indesitu. One produkują sprzęt AGD. To tak zwane białe dobra, które często kupujemy na kredyt. A jako że z kredytami jest coraz ciężej, producenci będą mieć problemy. Czy w związku z tym będą przenosić swoje fabryki do Łodzi?
Niestety, ani prof. Orłowski, ani pewnie nikt inny w Polsce na takie pytanie nie potrafi odpowiedzieć. Wszystko jest niewiadomą. Jak to w kryzysie.
POLSKA Dziennik Łódzki
A. Jasińska, P. Brzózka








Dodaj komentarz