Na pomysł premiowania rzetelnych kredytobiorców wpadł Fundusz Mikro obsługujący zazwyczaj małe, rodzinne firmy. Dysponuje już od 10. lat pieniędzmi pochodzącymi z Polsko-Amerykańskiego Funduszu Przedsiębiorczości. Minimalne wymogi dotyczące zabezpieczenia pożyczki i uproszczona procedura jej udzielania — to zasadnicze cechy, podkreślane przez klientów.
Na co przedsiębiorcy potrzebują pieniędzy?
— Najczęściej chodzi o środki obrotowe, na przykład na zakup większej partii towaru — mówi Danuta Zabdyr z Gliwic, prowadząca hurtownię odzieży dziecięcej na katowickim Załężu. Marcin Kościerzyński, kierownik katowickiego oddziału Funduszu Mikro z doświadczenia wie, że na początku mikroprzedsiębiorcy potrzebne są pieniądze na towar. Ma własne środki na wynajem lokalu, jego urządzenie, ale potem staje przed ścianą: skąd wziąć te kilka tysięcy złotych, żeby zapełnić sklep towarami? Potem rodzą się inne potrzeby, na przykład inwestycyjne: za pożyczkę kupuje się komputery, klimatyzację, monitoring pomieszczeń. — Syn Jacek sprzedaje odzież na katowickim Załężu — mówi Bogusława Karkowska z Gliwic. — Trudna procedura i wysokie oprocentowanie sprawiło, że nie korzystał z oferty bankowej.
Czego banki nie lubią?
— A ja o odsetki pożyczki z Funduszu Mikro targowałam się — śmieje się Szarlota Cebula z Sosnowca. Poważniejąc przyznaje, że łatwiejsza procedura przy staraniu się o środki z Polsko-Amerykańskiego Funduszu Przedsiębiorczości sprawiły, że kilkakrotnie z nich korzystała, budując sieć sklepów. Z oferty banku nawet nie próbowała korzystać. Wiadomo — jak się inwestuje, dochody są bliskie zeru. A tego banki nie lubią. — Najbardziej w obsłudze bankowej irytuje mnie brak zaufania do klienta — mówi Kazimierz Jurkiewicz, taksówkarz z Katowic. — W Funduszu krąg znajomych wzajemnie sobie żyruje pożyczki, nikt od nas nie wymaga piętrowych zabezpieczeń. Podstawą jest zaufanie.
W banku wystarczy drobna nieścisłość w papierach, by klienci zostali potraktowani jak oszuści. Tak było w przypadku znajomej Szarloty Cebuli, gdy bank sprawdził, czy rzeczywiście jej firma ma telefon pod podanym adresem. A traf chciał, że akurat miasto zmieniło nazwę ulicy. — Tak ją potraktowano, że aż się popłakała — mówi Cebula.
Jakie oferty są omijane?
Piotr Łagosz z Katowic, prowadzący sklepy owocowo-warzywne, mówi, że trudno spełnić oczekiwania banków. Na przykład życzą one sobie historię rachunku. Dobrze, by obroty miesięczne były co najmniej pięciocyfrowe. — A u mnie są czterocyfrowe — mówi Piotr Łagosz. — Mnie klienci płacą gotówką i ja tę gotówkę wydaję o godzinie 5. rano na giełdzie. Na koncie trzymam co najwyżej pieniądze potrzebne na ZUS albo dla urzędu skarbowego. Kiedyś starał się o kredyt bankowy. Codziennie wieczorem wpłacał pieniądze z obrotu, a rano je wypłacał, ale dzięki temu zabiegowi uwiarygodnił się w oczach banku. Dziś już nie chce oferty okupionej takim absurdem. — Do dziś ponad 34 tysiącom właścicieli małych firm udzieliliśmy 70 tys. pożyczek na kwotę 550 mln złotych — mówi Ewa Cyrzyk, dyrektorka Funduszu Mikro na Polskę południową. Stale z oferty FM korzysta 11 tysięcy osób. Wielu z nich dziś nie wyobraża sobie kontaktu z bankami.
Tyle kosztuje kredyt
- za rozpatrzenie wniosku (od 0,75 proc. do 2 proc. wartości kredytu),
- za udzielenie promesy, czyli obietnicy jego przyznania (np. 200 zł),
- za udzielenie kredytu (np. 2 proc. jego wartości),
- prowizja (np. 200 zł),
- opłata administracyjna (np. 2 proc.),
- ubezpieczenie kredytu na wypadek niemożności spłaty (np. 3 proc. kwoty kredytu).
To wszystko powoduje, że realna stopa oprocentowania w banku przekracza często 20 proc.
Dziennik Zachodni
Beata Sypuła































































