REKLAMA
WAKACJE NA GIEŁDZIE

Kancelarie odszkodowawcze poza granicami Polski

2009-03-17 14:19
publikacja
2009-03-17 14:19
Dodaj Bankier.pl w Google
Polscy emigranci stanowią od dawien dawna łakomy kąsek dla wielu firm. Pozyskiwanie taniej siły roboczej, pracowników sezonowych czy wąsko wyspecjalizowanych fachowców chętnych do pracy za stawkę minimalną to propozycja nieraz nie do odrzucenia. Tym bardziej, jeżeli kadry z tej półki są gotowe pracować kilkakrotnie wydajniej aniżeli ich lokalni odpowiednicy.

Wypadkowa sytuacji rynkowej i drastycznej potrzeby rąk do pracy była wspaniałym bodźcem do rozwoju drobnych czy też większych firm świadczących usługi dla tej grupy społeczności lub wykorzystujących ich potencjał w pośrednictwie wszelkiego rodzaju. Jak grzyby po deszczu wyrastały nowe agencje pośrednictwa pracy, agencje pracy tymczasowej, firmy consultingowe.

Z rodzimych wystarczy wspomnieć Paragonę, Paracross, które skupiają swoją działalność na rekrutacji w zawodach wyspecjalizowanych, natomiast z zagranicznych można chociażby wymienić serwis BlueArrow, oferujący pracę tymczasową w połączeniu z rekrutacją w języku polskim, czy też Stafffinders, oferujący pośrednictwo praktycznie w każdej dziedzinie. Pozostałe przykłady są liczne.

Taki boom nie ominął również gigantów bankowych, dla których Polak jest także cennym łupem, jeżeli chodzi o możliwości zysku. Banki prześcigały się swojego czasu o to, który z oferentów będzie w stanie zaproponować korzystniejszą opcję transferu pięniężnego do kraju zamieszkania czy też niższe koszty utrzymania rachunku bankowego. A znając cel podróży i główne pobudki finansowe kierujące naszymi obywatelami, był to strzał w dziesiątkę, bo wielu rodaków, ugruntowanych w swojej niewiedzy co do innych opcji, chętnie przystało na ten marketingowy szał.

Trudno się zresztą dziwić, gdyż kampania reklamowa wielu instytucji była potężna, a zachowawczość i ostrożność przyjezdnych chętnie obdarzała zaufaniem to, co się kojarzy z rozwiązaniem rodzimym oraz marką znaną z Polski. Także kilka miliardów złotych rocznie kursowało sobie pomiędzy instytucjami dzięki temu zjawisku, i tylko dzięki niemu. Oczywiście, że nie za darmo!

Tak było w przypadku chociażby oferty NatWest w kooperacji z PKO BP czy też w przypadku banku LLOYDS, które oferowały polskojęzyczną obsługę oraz tzw. konto na twarz, do założenia którego potrzebny był jedynie paszport bez potwierdzenia źródła utrzymania. Było ono potrzebne do tego, by wynająć mieszkanie czy też otrzymywać wynagrodzenia na pracę. Tylko czekać jeszcze na usługi z sektora bancassurance. Nie byłoby to chyba błędem...

Sytuacja rysuje się natomiast dużo bardziej interesująco, gdy przychodzi nam opisać, jak wygląda sytuacja na rynku ubezpieczeniowym. Ciekawe jest to, że z chwilą przekroczenia granicy nasza świadomość odnośnie do tego, co nam się należy oraz jakie możliwości proponują nam ubezpieczyciele, drastycznie rośnie. Czymś zupełnie powszechnym jest ubezpieczenie telefonu komórkowego, bon ubezpieczeniowy kupiony w supermarkecie, a także prywatna opieka lekarska w ramach indywidualnego ubezpieczenia medycznego.

Warunkuje to wiele czynników, między innymi czynią to względy materialne, które po raz pierwszy pozwalają większości na rozsądną swobodę w tym temacie. Ceny również mają znaczenie, bo przy porównaniu z cenami oferowanymi w Polsce scenariusz z pełni kolorowego zmienia się w czarno-biały. Trochę dalej, aczkolwiek ciągle wysoko, plasuje się świadomość i chęć zabezpieczenia – samozachowawcza przezorność i obawa o jutro.

W tym zakresie absolutnie wszelakie firmy ubezpieczeniowe mają prawdziwy raj rynkowy i niekiedy wręcz nie mogą się opędzić od klienta, który niejednokrotnie omamiony tanimi polisami, chętnie godzi się na przystąpienie do programu. Nie zaszkodzi przecież doubezpieczyć czy to siebie, czy swój majątek za groszową opłatę, by w razie czego uzyskać dużo więcej, w razie gdyby dotknęło nas coś niemiłego.

Często też konieczność ubezpieczenia, i to nawet taka symboliczna, jest wymogiem przy dokonywaniu transakcji określonego rodzaju, umów czy też nawiązania stosunku pracy, gdzie bez posiadania zabezpieczenia w formie polisy nie można nic zrobić. Zwiększa ona bezpieczeństwo i potwierdza wiarygodność określonej jednostki. Często dlatego policja w niektórych krajach jest bardziej zainteresowana ubezpieczeniem OC prowadzącego samochód niż samym blankietem prawa jazdy, bo też i na co on jest przydatny, gdy podmiot świadczący usługi ubezpieczeniowe na pewno dokładnie zweryfikował, czy osoba widniejąca na polisie ma prawo jazdy.

Ale ważniejsze od tego wszystkiego jest to, że nasz charakter ulega drastycznej zmianie jawiącej się nie w chęci ubezpieczania się, ale gdy w grę wchodzą kwestie odszkodowawcze, stanowiące dla niektórych kwintesencję tego, po co są ubezpieczenia. One to właśnie w mniemaniu ubezpieczonych konstytuują sens prowadzenia takiej działalności i opłacania składek. Jest ryzyko, a więc i są składki, ale od czasu do czasu istnieje konieczność wypłaty odszkodowania. Tutaj nasza chęć empirycznego sprawdzenia tych mechanizmów, a co za tym idzie – ubiegania się o swoje, jest kilkakrotnie wyższa niż ta prezentowana na ojczystej ziemi. Poza granicami jest to topowy temat, a i szansa na szybki oraz duży pieniądz.

Kwestie dyskryminacji, przejawy ksenofobii, wypadki przy pracy są ścigane na Zachodzie nieubłaganie. Nie tylko z powództwa wniesionego przez Polaków, ale przez wszystkich zainteresowanych bez względu na narodowość. Nawet, mówiąc szczerze, to my się od innych uczymy bezczelności w tym zakresie. Wydaje się to czasami śmieszne, ponieważ nasi rodacy od pewnego czasu należą do kategorii jednych z najbardziej zawziętych i aktywnych zainteresowanych, którzy rzadko kiedy odpuszczają cokolwiek w tym temacie.

Jeśli już nadarzy się sytuacja, to chętnie korzystamy z danych nam możliwości. Czemu? Bo gdy zostanie im przyznane odszkodowanie, mogą kolejnych kilka lat przebywać na urlopie w tropikalnym klimacie, odmiennie niż w Polsce, gdzie średnie zadośćuczynienie nie przekracza kwoty wystarczającej na pokrycie koniecznych kosztów leczenia czy wynagrodzenia adekwatnego do doświadczonych przeżyć.

Zresztą to pięknie widać przez pryzmat wszystkich spraw lądujących w Europejskim Trybunale Sprawiedliwości, który co rusz musi się użerać z pokrzywdzonymi posiadaczami polskiego obywatelstwa. Trudno się dziwić, jak nieraz za bezpodstawnie spędzony rok za kratkami czy trwałe kalectwo niektórzy wedle standardów światowych otrzymują jałmużnę, nie odszkodowanie.

Po otwarciu rynków pracy Unii Europejskiej w 2004 roku, z Polski wyemigrował solidny procent jej mieszkańców. Kierunki emigracyjne były różne i często odległe, lecz cel wspólny. Zatrudnienie w branżach wymagających jedynie niskich kwalifikacji, objawy niechęci narodowościowej, częsta praca na czarno czy też licujące z bezpieczeństwem pracy warunki tylko przychylały się do tego, by wypadków czy też spornych sytuacji było jak najwięcej. Nie generalizując oczywiście, bo raczej większość zasad za granicą jest przestrzegana.

Taka opinia i fakty dotyczą najczęściej miejsc, które z chęcią zatrudniają osoby bez znajomości języka terytorium, na którym przebywają, czy też bez absolutnie żadnych kwalifikacji. Proszę spojrzeć na przypadki we Włoszech, Holandii, Irlandii, Wielkiej Brytanii czy też u naszych sąsiadów w Niemczech.

Internet aż roi się od możliwości szukania pomocnej ręki, ponieważ zysk z tego typu przedsięwzięcia jest ogromny. Stara zasada panująca wespół z innymi procedurami w kancelariach odszkodowawczych dumnie brzmiąca jako no win no fee, często jest naginana w taki sposób, że zamiast etycznie dozwolonej prowizji w postaci do dwudziestu procent od kwoty uzyskanego odszkodowania, wynosi ona niekiedy dużo, dużo więcej.

Takie ujęcie sprawy, przy odszkodowaniach niekiedy sięgających kilkuset tysięcy euro czy też funtów, stanowi olbrzymi potencjał, by w krótkim czasie zarabiać krocie. Ktoś kiedyś nawet wyliczył, że topowi prawnicy z londyńskiego city zarabiają nawet połowę stawki godzinowej przeciętnego prawnika odszkodowawczego. A rynek nieporównywalnie większy i niestraszny mu kryzys czy załamanie giełdowe.

Taka konkurencja wśród firm, które zazwyczaj były zakładane przez bardziej obrotnych rodaków czy też prawników, którym dostęp do zawodu został ograniczony przez sito rekrutacyjne polskiego wymiaru sprawiedliwości, skutecznie też uregulowała rynek. W tej chwili jest tak olbrzymie współzawodnictwo na tym polu, że firmy naprawdę oferują bardzo wiele kuszących ofert, nieraz wykraczając poza to, co się od nich oczekuje.

Tym samym wykształciło się kilka większych spółek, których wpływy mają zasięg międzynarodowy, potentatów. Na przykład biuro dochodzenia odszkodowań Campter oferuje swoje usługi co najmniej w czterech krajach Wspólnoty. W samej Wielkiej Brytanii podobnych biur, lecz o dużym zasięgu regionalnym, jest co najmniej czterdzieści.

Sprowokowało to nawet jedną z największych brytyjskich kancelarii odszkodowawczych Digby Brown, by uruchomić swój serwis polskojęzyczny i zacząć obsługę klientów rodem z Polski. Oferuje ona wszystko, począwszy od witryny internetowej w naszym języku, a skończywszy na polskiej obsłudze przez telefon, na żywo. Do wyboru, do koloru. Podobnie jest w większych skupiskach Polonii w Niemczech, Irlandii albo Holandii. Ciekawe, jakim czynnikom zawdzięczamy to wszystko? Mechanizm jest prosty.

Polscy obywatele za granicą przejawiają bardzo bojowe nastroje w sytuacjach, w których czują się chronieni przez państwo, obce, ale jednak otaczające ich opieką. Odmiennie niż w przypadku uregulowań rodzimych, zachodnia kultura odszkodowawcza kształtowała się przez wieki, a jej świadomość była propagowana na każdy możliwy sposób. Obywatele po prostu nie dawali sobie „dmuchać w kaszę”, dlatego że ktoś miał jakieś „ale” lub nie dopełniał swojego obowiązku.

Także nikt się za granicą nie dziwi, że w przypadku mobbingu czy też wypadku przy pracy, stłuczki czy też śmierci bliskiego, każdy stara się wydusić jak najwięcej w ramach zadośćuczynienia za szkody. Tam to jest zjawisko wręcz pożądane społecznie, bo kreuje poczucie stabilności, ochrony i spokoju. Ludzie też częściej uważają, by nie dochodziło do tragedii. Ma to też swoje negatywne skutki, rozpaskudzające niekiedy niektórych obywateli i nieraz stwarzające uczucie nadwrażliwości na sprawy prozaiczne, ale ważne, że sedno sprawy jest osiągnięte, bo każdy na każdego uważa.

Czasami trzeba zachować ostrożność, by zanadto nie urazić kierowcy w autobusie, zwymyślać pracownika supermarketu za opieszałość, zadbać odpowiednio o odśnieżenie posesji czy też nie sprowokować bójki, za której konsekwencje, nieważne jak duże, przyjdzie nam zapłacić naprawdę ogrom pieniędzy. Choć, gdy zostaniemy poszkodowani czy też nieświadomie i niezależnie od swojej woli weźmiemy udział w takiej sytuacji, uprzednie trudy będą uzasadnione, a poprzednie starania nabiorą koloru.

W dawnych krajach bloku wschodniego tego typu praktyki stoją nadal na niskim poziomie i nie są tak powszechne jak gdzie indziej. Żadne z państw europejskich nie może się też równać z poziomem odpowiedzialności odszkodowawczej w Stanach Zjednoczonych, jednakże w samej Unii nowi członkowie muszą się jeszcze sporo uczyć w tej dziedzinie od starych wyjadaczy na niniejszym rynku.

Gdy się zapytasz Włocha, co zrobi, gdy ktoś go znieważy w pracy, powie, że pójdzie do sądu, bo na tym jeszcze zarobi. Anglik, Szkot, Niemiec czy Holender zrobi to samo i nie będzie się bał o zwolnienie czy to, że w przyszłości będzie z tego tytułu represjonowany. Sytuacja jest tożsama przy okazji wypadków samochodowych, błędów lekarskich czy innych wydarzeń niosących ze sobą szkody. Do tej grupy dołączył dumnie także i Polak, który poza granicami też już kieruje się niniejszymi zasadami w swoim postępowaniu, bo objęty jest bardziej surowym systemem prawnym, jeżeli chodzi o odpowiedzialność za takie wydarzenia.

To dobrze, bo czerpane z wyjazdu zagranicznego wzorce powoli wsiąkają i w naszą kulturę. Wyrazem tego jest chociażby ostatnia nowelizacja kodeksu cywilnego czy konsekwentnie rozszerzana oferta ubezpieczeniowa. Co więcej, wzrost zainteresowania powoli zaczyna obejmować polskie kancelarie odszkodowawcze.

A dzieje się tak dlatego, że za granicą, gdzie jest wielu naszych rodaków, koszt dochodzenia tego typu roszczeń jest praktycznie bezpłatny. Przynajmniej nie wymaga ani specjalnego wysiłku w ich kompletnym wyegzekwowaniu, ani też absolutnie żadnych konkretnych pieniędzy, aby wszcząć takie postępowanie. Przeciwnie, sytuacja wyglądała dawniej w tradycyjnym ujęciu, do którego byliśmy przyzwyczajeni. Mowa tu o perspektywie sięgania po pomoc adwokata czy radcy prawnego, który nie rozliczał się z klientem na zasadach prowizji, ale pobierał opłatę ryczałtową albo za poszczególne etapy sprawy, albo za całe dochodzenie roszczenia. Było to przedsięwzięcie więc bardzo kosztowne, a rzadko kto mógł sobie na taką fanaberię pozwolić.

Modę na ideologię no win no fee, która została mimowolnie sprowadzona ze Stanów, bardzo łatwo było więc spopularyzować Co komu bowiem szkodzi ubiegać się o swoje prawa, gdy cała procedura nie kosztuje absolutnie nic. Przeciętny Kowalski mógł tylko na tym całym zamieszaniu zyskać, i to sporo. Na domiar tego, mógł liczyć na to, iż będzie otoczony opieką konsultanta, który w perspektywie otrzymania sowitej prowizji od tego, co uda mu się wywalczyć, przyjedzie choćby nawet do jego domu, by dowiedzieć się, jakich strat Kowalski doznał i jaka kwota jest do ugrania. Będzie on miał dodatkowo zagwarantowany monitoring przebiegu sprawy, a także gwarancje tego, że sprawą zajmują się profesjonaliści, którym zależy na prowadzeniu sprawy. Walczą przecież o pieniądze dla siebie, prawda.

Z takich racji coraz to częściej na zagranicznych witrynach naszych portali informacyjnych do publicznej wiadomości podawana jest informacja, że jeden z naszych rodaków toczy zaciekły bój o przyznanie odszkodowania za doznane szkody czy to w czasie pracy, czy to w czasie innej szkodliwej w swej konsekwencji beztroski. Niby to poszukiwanie skandalu, taniej sensacji, lecz jest odmiennie, jak by mogło się wydawać.

Już wcale nie jest zadziwiające to, że ta informacja nie jest niczym spektakularnym wśród odwiedzających internautów. Większość z nich już raczej została zasymilowana z tą praktyką, co dostatecznie jest widoczne z akceptacją płynącą z ich komentarzy dla tego typu wydarzeń. Także przy wyjściu poza wirtualny świat, objawy takich zmian widoczne są również w zagranicznej opinii publicznej, która często jest za takimi inicjatywami, chętnie popierając roszczenia wnoszone przez obcych obywateli.

Potwierdzenie tego argumentu można swobodnie znaleźć w polityce unijnych ministerstw pracy czy sprawiedliwości, które nieustannie starają się pogłębiać protekcję obywateli pod tym względem.

Ale tego typu tendencje stają się również doskonale widoczne na rodzimym rynku odszkodowawczym, który w ostatnich latach przeżywa swoisty renesans. Doszło już do takiego skoku w popularności tych usług, że inicjowane są debaty na temat potrzeby uregulowania tych świadczeń. Jeszcze daleko od konkretów, ale to ważny sygnał – znak, że powoli dojrzewamy do tego, by być świadomymi tego, co jest nam należne.

Wiemy już coraz częściej, iż za szkodę przysługuje nam jakaś forma pocieszenia, rewanż za poniesione straty, cierpienie czy stres. Co więcej, ta idea świadomości odszkodowawczej jest jeszcze bardziej widoczna od momentu wejścia w struktury europejskie, gdy włączona została możliwość dochodzenia roszczeń podobnego typu na poziomie ponadnarodowym. Trafia tam znacząco więcej spraw z roku na rok, a my nie boimy się korzystać i z tych środków.

Lepsze jest chociaż pięćdziesiąt procent czegoś niż sto procent niczego. I chyba jest to ogólna dewiza całego zamieszania. Wskaźniki mówiące o tym, iż z osiemdziesiąt procent pozwów o odszkodowanie czy zadośćuczynienie to wnioski złożone przez pełnomocników, a nie przez samych pokrzywdzonych, nie pozostawiają żadnych złudzeń. Potwierdzają tylko konsekwentny rozwój tego zagadnienia i sytuacji, która z roku na rok obejmuje większą ilość osób. Polacy szybko się uczą, jak korzystać ze sprawdzonych wzorców. Pociąg ruszył i całe szczęście następnej stacji na razie nie widać.

Grzegorz Grzeszczyk

Autor jest doktorantem na Uniwersytecie West of Scotland, absolwent Uniwersytetu Heriota Watta oraz Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. Jego zainteresowania naukowe koncentrują się na szerokiej tematyce odszkodowawczej, czynach niedozwolonych (Torts), odpowiedzialności za produkt niebezpieczny, prawie zdrowia psychicznego (Mental Health Law) oraz błędach lekarskich (Medical Negligence). W życiu prywatnym, jak też akademickim kieruje się dewizą Alberta Einsteina, zgodnie powtarzając, iż „znaczące problemy, z którymi przychodzi nam się spotykać, nie mogą być rozwiązywane na tym samym poziomie myślenia, na którym powstały”. W rezultacie, często idzie pod prąd konkurencyjnym argumentom, oferując innowacyjne podejście do istniejących sytuacji czy proponowanych rozwiązań.
Źródło:
Tematy

Komentarze (0)

dodaj komentarz

Powiązane:

Polecane

Najnowsze

Popularne

Ważne linki