Lista największych wyzwań polskiej gospodarki zaczynałaby się według Pana od stanu finansów publicznych?
Czy uda się Pana zdaniem ograniczyć deficyt budżetowy do 3 proc. PKB w przyszłym roku?
– Nie będę odkrywczy, jeśli powiem, że szanse na to są bardzo małe. To jest powszechne przekonanie wśród ekspertów. Proszę chociażby zwrócić uwagę na analizy Narodowego Banku Polskiego. Pamiętać jednak należy o dwóch kwestiach. Po pierwsze nie używajmy jednoznacznych sformułowań typu uda się bądź nie, aby z góry nie przesądzać sprawy. Bardziej adekwatne jest sięganie do pojęć czerpanych z teorii prawdopodobieństwa. Posiłkując się tym językiem, powiem, że niewiele argumentów przemawia za spełnieniem tego celu w 2012 r. Nie jest to jednak najważniejsze i tu przechodzimy do drugiej kwestii. Polska gospodarka nie załamie się w przyszłym roku, jeśli nasz deficyt nie zejdzie do 3 proc. PKB, bo moim zdaniem szanse są na to w 2013 lub dopiero 2014 r. Problem polega na tym, aby w przyszłym roku wyraźnie ograniczyć deficyt budżetowy. Innymi słowy wytyczyć szlak, po którym będziemy faktycznie kroczyć. Bo deficyt na poziomie 3 proc. PKB jest faktycznie bezpieczny, a my jesteśmy obecnie w strefie wysokiego zagrożenia, którą stopniowo w kolejnych zdecydowanych krokach powinniśmy opuścić.
I jeszcze jedna rzecz. Obowiązkiem każdego poważnego komentatora jest przyjmować jako punkt wyjścia deklaracje czy dokumenty rządowe. Nie można jednak zamykać oczu na fakt, że prezentowane tam stanowisko pozostaje nadal w sferze planów czy zamierzeń. Dopóki zamierzenia nie przełożą się na wymierne czyny, to język nawiązujący do prawdopodobieństwa jest wskazany.
A co jest takim krokiem według Pana?
– Jak wspomniałem wcześniej, nie jestem radykałem, jeśli mówimy o okresie, w którym mamy zejść do poziomu 3 proc. PKB. Dla mnie liczy się co innego: postęp, korzystna zmiana, wyraźne obniżenie deficytu. Z tym idzie w parze styl, w jakim ten cel osiągamy. Proszę pamiętać, że nasz deficyt budżetowy ma charakter strukturalny. Tu naprawdę nie chodzi o to, aby osiągnąć ten cel na chwilę, tylko aby rozwiązać problem strukturalnego narastania deficytu. Podkreślam – to są dwie odrębne kwestie. Ograniczyć deficyt możemy względnie szybko.
Jadąc na czerwcowe posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej, słyszałem w radiu informacje, że ceny energii elektrycznej dla gospodarstw domowych są w Polsce najwyższe, po Węgrzech, w całej Unii Europejskiej. Nie powinniśmy być jednak tym zaskoczeni, gdy przyzwalamy, aby jedna państwowa firma energetyczna przejmowała drugą. Oczywiście minister finansów może liczyć na zastrzyk do budżetu środków z pozornej prywatyzacji, ale za to producenci energii elektrycznej koszty tych zmian własnościowych będą się starali przerzucić na barki konsumentów. Tu nie chodzi o to, aby równowagę przywrócić na chwilę, po czym sytuacja wraca do punktu wyjścia, gdyż państwo ponownie generuje deficyt. Rzeczywiste rozwiązanie problemu tkwi w tym, aby długofalowe zobowiązania państwa dostosować do jego możliwości finansowych.
Problem równie stary jak polska droga do gospodarki rynkowej.
– Dokładnie. Nie uciekniemy od tego. To trwała cecha naszej gospodarki, której korzenie sięgają wczesnego okresu transformacji. Objawy także nie kazały na siebie długo czekać, bo na światło dzienne wyszły już w połowie lat 90. Od tego czasu tego strukturalnego problemu nie potrafimy rozwiązać w sposób strukturalnie trwały. Oczywiście ten problem istnieje cały czas, choć w różnym stopniu jest on dotkliwy. Jeśli jesteśmy w okresie dobrej koniunktury gospodarczej, mamy wysoki wzrost gospodarczy, czyli zwiększony strumień dochodów budżetowych z podatków, to deficyt się kurczy. Niestety, w gospodarce rynkowej mamy też i okresy spowolnienia, wtedy do budżetu płyną mniejsze dochody, a w wyniku tego gwałtownie puchnie deficyt i wraz z nim także dług publiczny. Nasz problem polega na tym, że zobowiązania naszego państwa z rożnych powodów są absolutnie niemożliwe do sfinansowania, zwłaszcza w okresie, gdy pogarsza się koniunktura gospodarcza. Jeśli cofniemy się wstecz, to zobaczymy, że po każdym okresie spowolnienia dynamiki PKB mamy coraz wyższy poziom długu publicznego. Zadyszka gospodarki w poprzedniej dekadzie wydźwignęła dług publiczny do poziomu 45 proc. PKB. Teraz mówimy o długu rzędu 55 proc. i być może się nawet zatrzymamy na jakiś czas w tym miejscu. Pamiętajmy jednak, że wcześniej czy później znów nadejdą chude czasy i ta „bariera” pęknie, a wówczas gra będzie się toczyła na poziomie 65 proc. PKB. Jeśli nie znajdziemy i nie wprowadzimy w życie strukturalnego rozwiązania, to na krańcu tej drogi będziemy mieli takie problemy, z jakimi dziś boryka się Grecja.
Plan Hausnera po raz drugi?
– Tamten plan naprawy finansów publicznych był w istocie planem ograniczenia i racjonalizacji wydatków publicznych, czyli ograniczenia zobowiązań państwa. Chodziło o ograniczenie wydatków sztywnych i trwałych, a nie doraźnych. Po drugie, oszczędności i racjonalizacji szukałem w trzech obszarach. W transferach socjalnych, w szeroko rozumianych wydatkach na armię oraz w wydatkach administracyjnych. Z uwagi na skalę największe znaczenie miały posunięcia w sferze socjalnej.
Kolejna rzecz, która zasługuje na podkreślenie. Filozofia, którą się kierowałem, nie sprowadzała się tylko do cięć. Równie ważne, a może nawet ważniejsze, było przesuwanie części wydatków z celów bieżących, konsumpcyjnych, na wydatki o charakterze rozwojowym, długofalowym. Gdy z dzisiejszej perspektywy patrzę na ten program, to wydaje mi się, że niewiele się zmieniło i nadal jest aktualny, jeśli chodzi o logikę czy o większą część zapisanych w nim propozycji. Niektóre z nich zostały zrealizowane w okresie, gdy sam byłem członkiem rządu. Niestety później zostały zmienione przez moich następców, na przykład zasady waloryzacji emerytur i rent, które w efekcie prowadziły do niepotrzebnego wzrostu wydatków publicznych. Inne pozostały, a jeszcze inne zrealizował obecny rząd, jak w przypadku częściowego rozwiązania emerytur pomostowych. Jednak zabrakło takiej determinacji w przypadku emerytur służb mundurowych czy górniczych.
Jedyną rzeczą, która różni obecne wyzwania od tych, z którymi ja miałem do czynienia jako wicepremier i minister to ich skala. Obecne problemy są większe, a to oznacza, że mój program w obecnych realiach musiałby sięgać znacznie głębiej...
Pełny wywiad na portalu www.alebank.pl oraz w nr 7-8/2011 „Miesięcznika Finansowego BANK”































































