REKLAMA
WAKACJE NA GIEŁDZIE

Ekonomia społeczna: hit, czy… kit?

2008-09-09 06:00
publikacja
2008-09-09 06:00
Ekonomia społeczna, popularyzowana ostatnio w ramach programu unijnego Equal, budzi sporo emocji. Skrajni liberałowie, że wspomnę opinię prof. Jana Winieckiego, określają ją jako „kit” i kolejną, finansowaną z podatków „kolektywistyczną utopię”. Dla innych to „hit” i panaceum na wszelkie problemy niespójności społecznej i wykluczenie.

Każda ekonomia jest z definicji społeczna - przekonuje prof Jan Winiecki. Dodawanie przymiotnika "społeczna" może mieć kilka przyczyn, choć sam przymiotnik jest tu zbędny.

______________________________

Zobacz wypowiedź eksperta Bankier.pl


Nie godząc się ani na jedno, ani na drugie określenie warto przypomnieć, że chodzi o dziedzinę gospodarki, którą cechują:

- wspólne działanie grupy osób lub społeczności
- przedsięwzięcia przynoszące zysk przeznaczony na cele społeczne
- angażowanie tych, którzy sami nie potrafią poradzić sobie na rynku pracy.

Belgijscy uczeni, znawcy tematu, J. Defourny i P. Develtere podkreślają, że ekonomia społeczna (dalej: ES) pomimo lokalnych odmienności jest zasadniczo podobna we wszystkich zakątkach świata, charakteryzuje się (...) ukierunkowaniem na wspieranie działań zbiorowych za pomocą środków ekonomicznych – dla dobra wspólnego.

Obecna popularność ES w krajach Zachodu wynika z zachodzącego tam szerszego procesu: przechodzenia od państwa opiekuńczego, które w zmienionej sytuacji gospodarczej i demograficznej staje się niewydolne, do „społeczeństwa opiekuńczego”. Do sfery ES w „starej” Unii zalicza się m.in. spółdzielnie, towarzystwa wzajemne, przedsiębiorstwa społeczne i tzw. trzeci sektor (stowarzyszenia, fundacje itp.).

Przyjmuje się, że na terenie Unii działa ponad 1 milion podmiotów ES, które wytwarzają ok. 10 proc. PKB i zapewniają ponad 11 mln miejsc pracy. W sektorze ES pracuje blisko 6 proc. ogółu zatrudnionych, ale np. w Holandii 9,5 proc., w Irlandii 9 proc., we Francji 8,3 proc.

W Polsce nie istnieje prawnie wyodrębniona kategoria przedsiębiorstw społecznych, ale zalicza się do nich część „starych” spółdzielni (te, które zaspokajają potrzeby nie tylko własnych członków) i powstające od niedawna spółdzielnie socjalne, część instytucji „trzeciego sektora” (te, które się ekonomizują – działają według rynkowych reguł), centra i kluby integracji społecznej (CIS i KIS), zakłady aktywizacji zawodowej, Towarzystwa Ubezpieczeń Wzajemnych, organizacje samorządu gospodarczego i in. Wszystkie one starają się mniej lub bardziej udatnie realizować cele społeczne przy użyciu instrumentów rynkowych. Stawia to na porządku dziennym problem relacji ekonomii społecznej z biznesem.

W ciekawym i cennym raporcie podsumowującym realizowany w ramach Equal projekt „W poszukiwaniu polskiego modelu ekonomii społecznej” autorzy podkreślają, że ES to coś innego niż tradycyjnie rozumiany biznes. Sam fakt, że działania przedsiębiorstw przynoszą pozytywne skutki społeczne nie czyni z nich automatycznie podmiotów ekonomii społecznej.

ES oznacza bowiem nadrzędność celów społecznych, które realizowane są ekonomicznymi metodami. Ekonomia ta musi zatem w pierwszej kolejności dbać o korzyści społeczne. Zarazem jednak ES to coś zasadniczo innego niż tradycyjna działalność filantropijna.

Jej relacje ze środowiskiem biznesu były także jednym z podstawowych wątków gdańskiej konferencji ekonomii społecznej pt. Ekonomia solidarności (26 – 28 czerwca). Głównym problemem wydaje się – podkreślano – stereotypowe postrzeganie biznesu przez przedsiębiorstwa społeczne i odwrotnie. Przedsiębiorstwa widzą w nim jedynie źródła finansowania, a nie partnera, z którym można ubić interes.

Biznes natomiast widzi w przedsiębiorstwach nieuczciwego konkurenta, który sprzedaje produkty i usługi wsparte dotacjami oraz zatrudnia i poleca – jako pracowników, partnerów, klientów, osoby zmarginalizowane. Jaki ma więc sens – zastanawiano się na gdańskiej konferencji – partnerstwo pomiędzy biznesem zorientowanym na jak najwyższą sprzedaż, jakość i efektywność pracy, a przedsiębiorczością społeczną skoncentrowaną na walce z wykluczeniem społecznym i obciążoną niższą efektywnością pracy, mniejszą konkurencyjnością itp.

Czy da się pogodzić nastawienie na zaspokajanie potrzeb społecznych – gdzie walory ekonomiczne stają się najczęściej jedynie instrumentami terapii dla podopiecznych – i czysto rynkowe podejście biznesu? Czy biznes jest gotowy na transfer wiedzy, zatrudnianie osób wykluczonych, czy zakup usług generowanych przez przedsiębiorstwa społeczne?

Wniosek był następujący: jeżeli chcemy efektywnie rozwiązywać problemy społeczne w Polsce, przeciwdziałać wykluczeniu i marginalizacji korzystając z najlepszych wzorów, które są realizowane zarówno przez przedsiębiorstwa komercyjne jak i społeczne, to musimy uczyć się od siebie nawzajem, prowadzić dialog umożliwiający wzajemną wymianę doświadczeń dobrych i złych, inspirację i mobilizację.

Oba typy organizacji tworzą jednocześnie wartość społeczną i ekonomiczną i muszą w swojej działalności szukać rozsądnej równowagi pomiędzy tymi, często przeciwstawnymi celami.

Właśnie w imię tej równowagi niezbędne jest, jak sądzę, zbudowanie racjonalnej infrastruktury finansowej dostosowanej do potrzeb ekonomii społecznej. Z ekspertyz opracowanych przez Bank DnB Nord Polska SA (dawny BISE) i UNDP w ramach wspomnianego projektu dotyczącego polskiego modelu ES wynika, że sektor bankowy nie jest przygotowany do finansowania podmiotów ekonomii społecznej.

Większość instytucji bankowych i parabankowych nie widzi w nich atrakcyjnego klienta, w efekcie brak wyspecjalizowanych produktów i instrumentów finansowych w ich ofercie. Nie istnieją, jak to jest w „starej” Unii, banki wyspecjalizowane w ich obsłudze.

To, czym dysponują nasze instytucje finansowe, to standardowe usługi skierowane do sektora MSP. Działające od dziesięciu lat Fundusze Poręczeń Kredytowych (FPK), a jest ich obecnie 60, świadczą swoje usługi dla sektora małych i średnich przedsiębiorstw. Organizacje pozarządowe i przedsiębiorstwa społeczne nie są kwalifikowane jako klienci. Na przestrzeni ostatniego roku uruchomiono jednak dla nich akcję poręczeniową z wydzielonych w FPK subfunduszach.

Podobnie na klienta z sektora MSP nastawiona jest sieć funduszy pożyczkowych, a obecnie 73 prowadzi akcję pożyczkową. Zdaniem ekspertów istnieją jednak możliwości uruchomienia nowego produktu pożyczkowego dla podmiotów ES. Słowem, jeśli się chce, to można. Najlepszym przykładem jest tu tworzenie Małopolskiego Funduszu Poręczeniowego uruchamianego przy współudziale krakowskiego Uniwersytetu Ekonomicznego, czy śląskich i wielkopolskich inicjatyw dotyczących poręczeń dla sektora spółdzielczości socjalnej.

W ciągu ostatnich lat zrobiono niemało dla rozwoju ES w Polsce. Na gdańskiej konferencji wskazywano jednak na wciąż istniejące bariery, nie tylko finansowe, ale na przykład prawne. Polskie prawo nie uwzględnia np. specyfiki przedsiębiorstw społecznych polegającej na wykorzystaniu działalności gospodarczej do realizacji celów społecznych.

A co więcej, w wielu aspektach działalności prawo wyklucza takie połączenie. Potrzebny jest więc (projekty są gotowe) akt prawny jasno określający czym jest ekonomia i przedsiębiorczość społeczna, jaki jest przedmiotowy zakres jej działania, jakie ograniczenia i ulgi powinny jej dotyczyć.

W Hiszpanii na przykład koncepcja ekonomii społecznej jest dobrze znana i wykorzystywana w praktyce. Obejmuje każdą działalność ekonomiczną, która spełnia następujące zasady:

- prymat ludzi nad kapitałem,
- demokratyczne zarządzanie,
- demokratyczny podział zysków,
- prymat interesu wspólnego nad interesem prywatnym,
- przyczynianie się do spójności społecznej, solidarności i społecznej odpowiedzialności.

Irena Dryll

*w: Polski model ekonomii społecznej. Rekomendacja dla rozwoju. Praca zbiorowa pod redakcją Piotra Frączaka i Jana Jakuba Wygnańskiego. FISE, Warszawa 2008.
Źródło:
Tematy
Nie tylko 0 zł za konto. Sprawdź, które rachunki firmowe naprawdę się opłacają
Nie tylko 0 zł za konto. Sprawdź, które rachunki firmowe naprawdę się opłacają

Komentarze (7)

dodaj komentarz
~Bart
No i nic nie kapujecie,nie chodzi tutaj o ratowanie bankrutow i oszustow kosztem spoleczenstwa,ale o umozliwienie zatrudnienia tym ktorzy w normalnych warunkach nie maja na to szans,chyba lepsze to,niz placenie zasilkow?.Podatnicy ponosza wieksze koszty utrzymujac tych najslabszych,czy dac stac sie im kreatywnymi i No i nic nie kapujecie,nie chodzi tutaj o ratowanie bankrutow i oszustow kosztem spoleczenstwa,ale o umozliwienie zatrudnienia tym ktorzy w normalnych warunkach nie maja na to szans,chyba lepsze to,niz placenie zasilkow?.Podatnicy ponosza wieksze koszty utrzymujac tych najslabszych,czy dac stac sie im kreatywnymi i samowystarczalnymi?
~altctrldelete
Wszystko pięknie i ładnie, ideowo szlachetne i wspaniałe... zupełnie jak w hasłach socjalizm... z tym że to utopia. Ludzie zawsze będą głupi i mądrzy, leniwi i pracowici oraz zaradni i niezaradni. Ale wszyscy oni będą mieli te same żołądki... Pytanie teraz czy pozwalamy tym lepszym się bogacić, a tym słabszym czekać na swoją kolejkę.Wszystko pięknie i ładnie, ideowo szlachetne i wspaniałe... zupełnie jak w hasłach socjalizm... z tym że to utopia. Ludzie zawsze będą głupi i mądrzy, leniwi i pracowici oraz zaradni i niezaradni. Ale wszyscy oni będą mieli te same żołądki... Pytanie teraz czy pozwalamy tym lepszym się bogacić, a tym słabszym czekać na swoją kolejkę. Dokładnie tak kolejkę.
Istnienie obok siebie biznesu klasycznego wraz ze społecznym nie wyjdzie albo będzie możliwy kosztem tylko dotacji. Biznes społeczny zawsze będzie na przegranej pozycji. Nic dziwnego, że banki i inne przedsiębiorstwa patrzą na to jak na jakiegoś dziwoląga. Ja jestem zwolennikiem twardych reguł rynkowych. Przy zdrowym prawie gospodarczym promującym najlepszych, najefektywniejszych cała ekonomia, firmy i ostatecznie szary obywatel zyskuje. Chciałbym dożyć czasów, kiedy szybko rosnąca gospodarka z licznymi inwestycjami pochłania coraz więcej ludzi bez pracy, a jednocześnie Ci najbogatsi prawie nie muszą już pracować, albo otwierają własne firmy zatrudniając jeszcze więcej ludzi. Ostatecznie nawet ten najsłabszy znajdzie w końcu zatrudnienie, ale to zajmuje trochę czasu.
A tak mamy błędne koło. Sprawnym nie pozwala się za bardzo wzbogacić bo opodatkuje się ich tak, ze na lenia i głupka trzeba płacić, żeby ten mógł udawać, że pracuje. W ten sposób promuje się nieefektywność i marazm oraz marnotrawi pieniądze. Miejsca pracy w normalnych przedsiębiorstwach będą tylko dajcie zarzadom prowadzić firmy tak, żeby mogły się rozwijać.
Kromka z dżemem dla każdego? To już było.
~jos
Dnia 2008-09-09 o godz. 13:17 ~altctrldelete napisał(a):
> Wszystko pięknie i ładnie, ideowo szlachetne i wspaniałe...
> zupełnie jak w hasłach socjalizm... z tym że to utopia.
> Ludzie zawsze będą głupi i mądrzy, leniwi i pracowici oraz
> zaradni i niezaradni. Ale wszyscy oni będą mieli te same
> żołądki.
Dnia 2008-09-09 o godz. 13:17 ~altctrldelete napisał(a):
> Wszystko pięknie i ładnie, ideowo szlachetne i wspaniałe...
> zupełnie jak w hasłach socjalizm... z tym że to utopia.
> Ludzie zawsze będą głupi i mądrzy, leniwi i pracowici oraz
> zaradni i niezaradni. Ale wszyscy oni będą mieli te same
> żołądki... Pytanie teraz czy pozwalamy tym lepszym się
> bogacić, a tym słabszym czekać na swoją kolejkę. Dokładnie
> tak kolejkę.
Istnienie obok siebie biznesu klasycznego wraz
> ze społecznym nie wyjdzie albo będzie możliwy kosztem tylko
> dotacji. Biznes społeczny zawsze będzie na przegranej
> pozycji. Nic dziwnego, że banki i inne przedsiębiorstwa
> patrzą na to jak na jakiegoś dziwoląga. Ja jestem
> zwolennikiem twardych reguł rynkowych. Przy zdrowym prawie
> gospodarczym promującym najlepszych, najefektywniejszych
> cała ekonomia, firmy i ostatecznie szary obywatel zyskuje.
> Chciałbym dożyć czasów, kiedy szybko rosnąca gospodarka z
> licznymi inwestycjami pochłania coraz więcej ludzi bez
> pracy, a jednocześnie Ci najbogatsi prawie nie muszą już
> pracować, albo otwierają własne firmy zatrudniając jeszcze
> więcej ludzi. Ostatecznie nawet ten najsłabszy znajdzie w
> końcu zatrudnienie, ale to zajmuje trochę czasu.
A tak mamy
> błędne koło. Sprawnym nie pozwala się za bardzo wzbogacić
> bo opodatkuje się ich tak, ze na lenia i głupka trzeba
> płacić, żeby ten mógł udawać, że pracuje. W ten sposób
> promuje się nieefektywność i marazm oraz marnotrawi
> pieniądze. Miejsca pracy w normalnych przedsiębiorstwach
> będą tylko dajcie zarzadom prowadzić firmy tak, żeby mogły
> się rozwijać.
> Kromka z dżemem dla każdego? To już było.

to tylko na pierwszy rzut oka wygląda tak logicznie. Jak się zastanowić, to pojawiają się trudności:
- są ludzie, którzy NIGDY nie będą w stanie pracować w "normalnie" zarządzanej firmie, co nie znaczy że są "bezwartościowi". Np. taki van Gogh namalował obrazki warte więcej niż większość firm na polskiej giełdzie - ale wyleciał nawet z posady kaznodziei,
- ta "ekonomia komercyjna" wcale nie jest taka wolnorynkowa. Najefektywniejsi są np. producenci z Chin i ŻADNA firma nie sprosta ich konkurencji bez podpórek w postaci ceł, barier importowych, wsparcia rządu w badaniach, edukacji itp. ŻADEN rolnik w Europie czy USA nie wyprodukuje żywności taniej niż w krajach o lepszym klimacie i taniej sile roboczej i tak dalej,
- to samo dotyczy konkurencji na rynku wewnętrznym. Firmy wygrywają mając np. przewagę kapitałową itp. Wygrani wcale nie zaspokajają najlepiej potrzeb konsumentów - po prostu nie pozostawiają klientom wyboru.

Tu nie chodzi o "leni" czy tym podobnych tylko o to, że są całkiem spore grupy ludzi, którzy mogą robić coś pożytecznego i opłacalnie ale w odpowiednich warunkach oraz są też duże grupy ludzi, którzy zwyczajnie NIE CHCĄ godzić się na warunki w "komercyjnych" firmach tylko po to, aby zarobić więcej.
Problem polega na tym, że w Polsce panujące "zasady gry" ułatwiają firmom "komercyjnym" zwyczajnie likwidować przedsięwzięcia nawet zdrowe ekonomicznie (tzn. samowystarczalne, pokrywające swoje koszty) ale nie nastawione na walkę i ekspansję.

Powtarzam, historycznie to właśnie ta "ekonomia rynkowa" jest niedawnym wynalazkiem, który funkcjonuje tylko dlatego, że udało się przekonać ludzi żeby wypruwali żyły i żyli w ciągłym stresie tylko po to, aby mieć coś większego czy nowszego niż sąsiad.

~hes
Ja jeszcze pamiętam "sprawiedliwość społeczną" (za czasów PRL) i stary dowcip:
Czym się różni sprawiedliwość od sprawiedliwości społecznej? Tym czy krzesło od krzesła elektrycznego.
~lon
wszyscy mamy jednakowe zołądki
to bylo pierwotne haslo Solidarności
dziś tych nazywaja bolszewikami .
~jos odpowiada ~lon
Autor: ~PIOTR [10.0.135.*], 2008-09-09 09:58
> Panie Profesorze!
> a jak się Pan zapatruje na ratowanie bankrutów i nieefektywnych przedsiębiorstw
> kosztem podatników ?

nie jestem pewien, czy dyskusja rozwija się na temat ekonomii społecznej ?

To jest ciekawy temat, zresztą ta ekonomia społeczna
Autor: ~PIOTR [10.0.135.*], 2008-09-09 09:58
> Panie Profesorze!
> a jak się Pan zapatruje na ratowanie bankrutów i nieefektywnych przedsiębiorstw
> kosztem podatników ?

nie jestem pewien, czy dyskusja rozwija się na temat ekonomii społecznej ?

To jest ciekawy temat, zresztą ta ekonomia społeczna istniała od zawsze (ekonomia wolnorynkowa została "wymyślona" niedawno i jakby przykryła tą ES).
Taki pigmej musiał pracować zdaje się ok. 6 godzin tygodniowo żeby zdobyć wszystko potrzebne do życia i nie przychodziło mu do głowy, żeby np. pracować 20 godzin po to, aby zdobyć 4 szałasy, worek naszyjników i stos skór, którym można by przykryć całe plemię. Po prostu nie widział celowości w maksymalizacji majątku.

W każdym społeczeństwie są ludzie, którzy mają jakieś kwalifikacje, umiejętności (naprawdę KAŻDY ma jakieś umiejętności) ale z różnych względów nie bardzo mogą (albo nie chcą) pracować w warunkach "komercyjnej" firmy.
- różne kluby taterników, nurków, podróżników - niektórzy ci ludzie zarabiają tyle ile muszą, żeby żyć, ale w zasadzie interesuje ich to hobby. Kluby prowadzą (na zasadach komercyjnych) sklepiki, jakieś obozy dla młodzieży itp., ale celem nie jest maksymalizacja zysku czy opanowanie rynku tylko "krzewienie" zainteresowań i wsparcie tego hobby,
- nawet wspólnota mieszkaniowa - ma wpływy ze składek, dotacji (ocieplanie itp.), wynajmu itp., działa na zasadach rynkowych (musi bilansować wydatki, rozliczać się z dochodów...) ale jej cel nie jest "rynkowy" (nie maksymalizacja wpływów czy majątku tylko maksymalne zadowolenie członków z warunków mieszkania). Czyli - trzeba remontu dachu to np. wynajmiemy ścianę na reklamę, ale gdy mamy lokal użytkowy to może wolimy go wynająć tanio kawiarence z prasą niż drogo bankowi,
- ludzie niepełnosprawni lub "nietypowi" psychicznie (jakieś nierwice, ociężałość...) często zdychają w warunkach "komercyjnej" firmy ale mogą być bardzo pomocni w specyficznych warunkach. Można np. wymyślić firmę zajmującą się zwierzętami (wyprowadzanie na zlecenie, hotel, strzyżenie co tam jeszcze) i wielu "niepełnosprawnych" będzie zachwyconych pracując w takiej firmie za niewielkie pieniądze. Zwierzęta też. Tyle, że to biznes bez perspektyw wzrostu, rosnących zysków, samochodów służbowych dla kierownictwa...

W Polsce takie różne przedsięwzięcia napotykają trudności spowodowane np. "wypychaniem" mniej zyskownych interesów z przyzwoitych lokalizacji na "zadupie", gdzie muszą zdechnąć, brakiem często minimalnego wsparcia przez administrację itp.

Generalnie chodzi o to, że sporo ludzi chce pracować w sensie "robić wspólnie coś ciekawego i użytecznego i mieć z tego wystarczająco na życie" a nie w sensie "dokopać konkurencji, ustawić się odpowiednio do szefa, załapać premię i kupić SUV-a większego niż kumpel".


~PIOTR
Panie Profesorze!
a jak się Pan zapatruje na ratowanie bankrutów i nieefektywnych przedsiębiorstw kosztem podatników ?

Powiązane:

Polecane

Najnowsze

Popularne

Ważne linki