Owszem, w większości tęskniliśmy za kapitalizmem, jako ustrojem może nie najbardziej sprawiedliwym, ale podobno najlepszym ze znanych ludzkości, jednakże towarzyszyły nam obawy, czy w nowych warunkach podołamy zadaniom, jakie stawia on przed nami, bo z tyłu głowy pozostawały niedawne w końcu przyzwyczajenia co do sposobu myślenia i postępowania. Mimo to transformacja powiodła się.
Zdecydowana większość społeczeństwa „dała radę”, na marginesie pozostali ludzie, którzy nie zaakceptowali nowych warunków, nie sprostali wyzwaniom, jakie niesie ze sobą nowa formacja ustrojowa. Nie wdając się w głębsze rozważania na ten temat, wszak dotykają one wielu skomplikowanych wątków, można z całą pewnością stwierdzić, że bilans zysków okazał się dodatni. Polska, pomimo wielu wciąż nierozwiązanych problemów, zapóźnień wobec rozwiniętych krajów Unii, wydaje się krajem obywateli świetnie radzących sobie, co jest szczególnie widoczne w kontekście największego od kilkudziesięciu lat kryzysu, jaki dotknął świat. Radziliśmy sobie w komunie, radzimy sobie w kapitalizmie. Bywa, że radzimy sobie kosztem wielu wyrzeczeń, popadaniem w choroby, uzależnienia, niszczeniem życia rodzinnego. W jednej dziedzinie osiągamy sukcesy, w innej notujemy straty, nawet wówczas, gdy ich nie dostrzegamy albo bagatelizujemy skutki.
W 1995 r., gdy byłem już skutecznym agentem ubezpieczeniowym jednej z największych korporacji finansowych na kontynencie europejskim, a wkrótce menedżerem sprzedaży, pracowałem na okrągło. Pociągał mnie sukces, który wieszczyli ideolodzy grupy, pociągała mnie idea, która nie budziła moich zastrzeżeń. Dałem się jej pochłonąć i starałem się wypełniać większość wskazówek w działaniu, mających doprowadzić do pełnej niezależności finansowej, do biznesu rodzinnego, przekazywanego z pokolenia na pokolenie. Nie znałem ograniczeń czasu poświęcanego na życie zawodowe, gorzej było z czasem poświęcanym rodzinie. Niejednokrotnie spotkania handlowe z klientami kończyłem po godzinie dwudziestej pierwszej. Często odbywały się w tzw. terenie, powrót do domu miał miejsce przed północą. Gdy wracałem, dzieci spały, a w oczach żony wyraźnie dostrzegałem brak akceptacji dla wykazywanej w taki sposób aktywności zawodowej. Nic to, uważałem, że kilka lat harówki pozwoli na uzyskanie oczekiwanego efektu finansowego, a reszta spraw nabierze wraz z nim pożądanego obrotu. Współpracownicy z grupy sprzedażowej mieli zezwolenie na kontakt telefoniczny ze mną do dwudziestej trzeciej w każdej sprawie, która budziła wątpliwości natury merytorycznej.
Służyłem pomocą w każdej sprawie, w której moja wiedza zawodowa na to pozwalała, a była na dobrym poziomie i sądzę, że nadal jest, co stwierdzam po upływie kilkunastu lat od wejścia w biznes ubezpieczeniowy. Mimo wielu zastrzeżeń do ówczesnego partnera kontraktowego stwierdzam, że reprezentował wysoką półkę, gdy chodzi o dbałość o umiejętności zawodowe swoich współpracowników, w szczególności kadry menedżerskiej. Z okresu, gdy rozpocząłem współpracę ze spółką, pozostało wielu jej współpracowników, skutecznych, umiejętnych. Początki w zawodzie nie były łatwe. Niemalże dziewiczy rynek, niezwykle obiecujący, ale i wymagający. Tylko garstka Polaków miała okazję zapoznać się z rozwiązaniami ubezpieczeniowymi, które od wielu lat były standardem w krajach Zachodu. Tym większy upór należało wykazać i większą wiedzę posiąść, by osiągnąć założony cel. W zawodzie utrzymali się najbardziej wytrwali. Ci, którzy zakończyli karierę ubezpieczeniową, podkreślali, że nigdy więcej do zawodu nie powrócą.
W podjęciu decyzji skuteczną rolę odgrywali małżonek, dzieci. Nie godzili się na pracę bez określonego limitu przepracowanych godzin, na odstawianie ich na boczny tor, na pracoholizm, na wahania nastrojów, bez gwarancji stabilizacji zawodowej i finansowej. Określenie „jesteś pracoholikiem” było i jest często używane w rodzinnej wymianie zdań i przez znajomych, obserwujących poczynania agenta-biznesmena. Nosi wyraźnie ujemną konotację, wyraża brak akceptacji dla zachowań związanych z zawodem.
No cóż, zawód jak zawód. Wyższa kadra menedżerska trwa w uporze twierdząc, że jest to jeden z najprostszych i najlepiej opłacanych zawodów świata (swoją drogą, skoro tak jest, czemu nie podejmują tak prostych i oczywistych wyzwań?). Wystarczy być systematycznym, konsekwentnym, poszukującym, realizującym określony zestaw codziennych czynności, widzącym cel, jak pies, któremu przed nosem zawieszono na sznurku kiełbasę, bez większych szans na konsumpcję, ale z nieustającym jej zapachem. Agenci kojarzą go raczej z uporem, również z systematycznością, huśtawką nastrojów, z codziennym „ruszeniem dupy z domu” i z… pracoholizmem. Są oczywiście i przyjemności: wysoka prowizja za ciężką pracę, wejście do elitarnego klubu sprzedawców, zagraniczna wycieczka jako nagroda za ponadprzeciętne efekty sprzedażowe. Skuteczny agent, jeśli przyswoił zasady właściwego działania i wcielił je konsekwentnie w życie, nie musi kojarzyć się z pracoholikiem. Aby jednak nie popaść w tę jedną z chorób cywilizacyjnych, dotykających coraz większej liczby osób, trzeba mieć świadomość, co decyduje o tym, że stajemy się pracoholikami.
Na początek niemiła wiadomość: pracoholikami najczęściej stają się osoby prowadzące działalność gospodarczą, przedstawiciele wolnych zawodów oraz kadra menedżerska. Również osoby z pewnymi defektami osobowości – z niskim poczuciem własnej wartości, mającej swoje źródło w układach rodzinnych, społecznych, w dzieciństwie, przejawiających głód sukcesu (źródło: H. Markowska, „Gazeta Wyborcza” z 26.10.2009.). Pracoholizm pojawia się u osób, które pracę zawodową traktują jako sposób na podniesienie statusu społecznego. Ponieważ świat prze do przodu, nieustająco się zmienia, podnosi poprzeczkę wymagań, w ślad za tym wzrastają nasze oczekiwania. Nie chcemy odstawać od tych, którym się powiodło. Mają piękne domy, mieszkania w ekskluzywnych lokalizacjach, drogie fury, markowe ciuchy, kosmetyki, wycieczki zagraniczne, pieniądze na zachcianki. W końcu nie wypadliśmy psu spod ogona, jesteśmy zdolni, pracowici, też damy radę. I tak to się zaczyna. Ponieważ żyjemy w społeczeństwie konsumpcyjnym, narzucającym ostre tempo życia, dla większości z nas celem wykonywania pracy zawodowej jest zarobienie jak największej ilości pieniędzy.
Jest pieniądz, jest konsumpcja. Nie ma – tym gorzej dla nas. By wieść życie na odpowiednio wysokim poziomie, powinniśmy mieć odpowiednio wysokie dochody. Aby je mieć, często rezygnujemy z własnego życia. Sprzyjają temu również systemy motywacyjne, głównie w wielkich korporacjach. Kolejny klient, jeszcze jeden, jeszcze jeden… kolejny kontrakt. Nawet nie zauważamy, jak wpadamy w szpony pracoholizmu. Jak z każdym nałogiem. Wydaje się, że to tylko flirt, w każdej chwili możemy go zakończyć. Ale nie kończymy. Brniemy dalej i dalej. Rodzina i znajomi idą w odstawkę. Jesteśmy przemęczeni. Urlop? Fajna rzecz, ale kogo dzisiaj stać na marnowanie czasu na wypoczynek?! Ok., jedziemy na urlop, ale zabieramy ze sobą laptop, notes z kontaktami, firmową dokumentację. Niepożądanym zachowaniom sprzyjają reklamy, ot choćby najnowszych komputerów przenośnych zaopatrzonych w nawigację i internet szerokopasmowy, które sprawią, że w każdej chwili, w każdym miejscu na ziemi jesteśmy dostępni dla kontrahentów i oni dla nas. Uśmiechnięty przedsiębiorca z laptopem na plaży. Ideał.
Pracoholik nie jest uzależniony od żadnej substancji typu alkohol, nikotyna, narkotyki, stąd bagatelizowanie choroby. Nie oznacza to jednak, że nie ma sprawy. Pracoholik na ogół, na skutek całkowitego oddania się pracy, prowadzi do samowyniszczenia się fizycznego, psychicznego i społecznego. Całkowite oddanie się pracy, dążenie do zarobienia jak największych pieniędzy i zapewnienie dzięki temu poczucia dużej wartości pozwala na pozbycie się niepokoju, pustki i kiepskiej samooceny. Uzależnienie od pracy miewa pozory atrakcyjności. Etyka pracy pełni tu funkcję stymulującą do tego stopnia (w przeciwieństwie do innych uzależnień), że osoba poświęcająca całe życie na pracę zawodową nie sprawia wrażenia kogoś chorego czy dotkniętego patologią. Wręcz przeciwnie – zapewnia jej prestiż, władzę i pieniądze. Uzależniony produkuje dobra, zapewnia usługi, zarabia, osiąga sukces, a jego uzależnienie jest akceptowane, promowane, jako społecznie użyteczne.
Osoby dotknięte pracoholizmem mają przekonanie o swoich wysokich zdolnościach, możliwościach, sile przebicia i nawet jeśli zdają sobie sprawę, że praca może stać się źródłem uzależnienia, są zdania, że lepiej uzależnić się właśnie od niej niż od czegokolwiek innego. Nie piję, nie narkotyzuję się, nie bawię całymi dniami ani nie siedzę z założonymi rękami. Ja pracuję! (źródło: M. Nowicki, J. Posuniak, „Uzależnienie od pracy”, Vita Nowus). Pewne natomiast jest, że każdy kontakt ze znajomymi, wypoczynek, nawet łóżko staje się pracą. Pracoholikiem jest osoba, która opisując siebie mówi o tym, co robi, nie zaś o tym, kim jest.
Objawy pracoholizmu są następujące:
- praca ponad wszystko, inne sfery życia nie mają znaczenia,
- tematem rozmów jest praca,
- niemożność wyłączenia się z pracy po pracy,
- poczucie winy, że się nie pracuje w wolnym czasie,
- praca kosztem snu, rodziny, znajomych,
- brak czasu na hobby, sport, relaks, urlop, dla znajomych,
- brak poczucia upływającego czasu w miejscu pracy,
- życie jest nieustannym pośpiechem, a praca oznacza perfekcjonizm,
- dostrzeżeniu błędu w pracy towarzyszą ogromne wyrzuty sumienia,
- laptop, komórka, internet są najlepszymi przyjaciółmi, nigdy nie tracisz z nimi kontaktu,
- praca jest na tyle ważna, że często zdarza się niedotrzymywanie obietnic danych rodzinie czy znajomym, odwoływanie spotkań prywatnych.
Nie jest ważne, w jakim momencie rozpoczynamy swoją karierę. Zmiana ustroju była szczególnym wyzwaniem. Ogromne wyzwania przed każdym z nas stoją w obecnej rzeczywistości. Nie zawsze warto brnąć w stronę nałogu. Na wszelki wypadek sprawdź: pracoholizm to?
Sławomir Dąblewski
esde@wp.pl




























































