2012-01-26 13:11 Źródło: Przegląd Finansowy
2012: zagrożeń nie brakuje
Grecja łączy dwie rzeczy: bardzo wysoki deficyt i bardzo wysoki dług i to jest sytuacja, z której właściwie bez bankructwa wyjść się nie da. Natomiast Włochy i Hiszpania obarczone są tylko jedną z tych przypadłości. - tłumaczy Maciej Bitner, główny ekonomista Wealth Solutions.
Wcześniej Grecja nie schodziła z pierwszych stron gazet. Teraz mówi się, że nasza część Europy też robi się niebezpieczna, po sąsiedzku mamy wielki eksperyment węgierski. Myśli Pan, że to może być jedno z ważniejszych zagrożeń najbliższych miesięcy? Węgierskie bankructwo?
Już od początku stycznia Budapeszt jest na czołówkach serwisów informacyjnych i póki nie będzie jakiegoś układu z Międzynarodowym Funduszem Walutowym to Węgry cały czas będą stanowić zagrożenie. To taki eksperyment ekonomiczny, w którym w gruncie rzeczy, niewypróbowanych rozwiązań wiele nie ma. Dlatego zagrożenia same się nasuwają. Gdy tymczasowe środki pozyskania dochodów budżetowych, czyli m. in. podatki kryzysowe, które rząd Orbana nakładał na głównie zagraniczne firmy, w końcu te przestaną płynąć, budżet węgierski zacznie wyglądać słabo. Tam jest cały czas bardzo duży deficyt i bardzo duży dług. Jak na standardy Zachodniej Europy 75 proc. długu do PKB to nie jest zastraszająco dużo, ale na tle Europy Środkowo-Wschodniej, gdzie i Polska (54 proc.) ma dość duży dług, , na tle Słowacji, Czech, czy innych naszych sąsiadów to wysoka wartość. Węgry wyróżniają się na tym tle bardzo negatywnie także pod innymi względami, dlatego płacą za pożyczanie ponad 10 proc. rocznie i to nie jest koszt, który jakiekolwiek państwo byłoby w stanie wytrzymać.
Czy Polska jako gospodarka obok wyróżnia się pozytywnie na tle Węgier, czy jeśli traktujemy wszystkich, jako jeden koszyk Europy Środkowo-Wschodniej, to Węgry działają na naszą niekorzyść? Tutaj zdania są bardzo podzielone. Czy zagraniczni inwestorzy odróżniają Orbana od Tuska?
Przyznam się, że i mnie to w sumie zaskakuje. Nie zaskakuje, że forint był bodajże najsilniej tracącą walutą minionego roku. Ale że złotówka uplasowała się tuż za nim, to jest zastanawiające. Nasza sytuacja płynnościowa… długoterminowo patrząc na nasze finanse publiczne to jest jakaś wiarygodna ścieżka zejścia do tego poziomu 47 proc. PKB długów w 2015 roku, jak premier Tusk ogłosił. Widać już, że mamy szansę się do tego dostać. U Węgrów tego nie widać, a jednak rynki traktują nas bardzo podobnie. I niestety wszystko na to wskazuje, że gdyby doszło do bankructwa Węgier, co powiedzmy, jest możliwe w perspektywie pół roku, Na tyle czasu Węgrzy mogą liczyć w tej chwili, przy kosztach finansowania 10 proc. Na razie jednak unikają pozyczania na rynkach gdyż dysponują jeszcze środkami pochodzącymi z konfiskaty funduszy emerytalnych i z tego ten rząd żyje. Natomiast, gdyby Orban nie dogadał się z Międzynarodowym Funduszem Walutowym i musiał ogłosić bankructwo, no to wtedy się przełoży na notowania złotego, na naszą giełdę, no i będzie małe tsunami.
Jeszcze kilka miesięcy temu wszyscy licytowali, czy pierwsza Grecja, Włochy, czy tykająca hiszpańska bomba. Nie obawia się Pan o państwa zachodniej Europy, że to te pierwsze pół roku będzie decydujące dla takich gospodarek, jak na przykład włoska?
Tu płyną bardzo mieszane dane. Wydawało się, że wyraźnie poprawiło się w Hiszpanii. Rentowności spadły, rząd się zmienił i ogłosił całkiem obiecujące reformy, ale tu pojawiają się pewne rysy. Jeszcze odchodzący socjalistyczny rząd mówił, że deficyt w 2011 roku wyniesie 6 proc. i do samego odejścia się przy tym upierał. Natomiast nowy rząd ogłosił, że to będzie nie 6, tylko trochę poniżej 8 proc. Kilka dni później była następna konferencja prasowa, gdzie ogłoszono, że już nie będzie trochę poniżej, ale trochę powyżej 8 proc. Nowy rząd stracił na wiarygodności już na starcie. To jest bardzo duża różnica, bo deficyt może być na poziomie 3-4 procent i to nie będzie budziło zastrzeżeń przy tym, stosunkowo niskim poziomie zadłużenia. Przypomnę tylko, że Grecja łączy dwie rzeczy: bardzo wysoki deficyt i bardzo wysoki dług i to jest sytuacja, z której właściwie bez bankructwa wyjść się nie da. Natomiast Włochy i Hiszpania obdzielone są tylko jedną z tych przypadłości. Włochy olbrzymim długiem, ale niskim deficytem i w miarę pod kontrolą finansami publicznymi. Natomiast Hiszpania duży deficyt, ale cały czas bardzo niski, jeden z najniższych w strefie euro dług. Ogólnie jestem raczej optymistą – poza Grecją i Portugalią żaden kraj w strefie euro moim zdaniem nie zbankrutuje.
Zostaje zagrożenie azjatyckie i mieszane informacje z Chin. Wszyscy oczekują niższego wzrostu gospodarczego, ale są i obawy o pękającą bańkę nieruchomości. Czy to też może być punkt zapalny dla rynków finansowych 2012 roku?
Rynek nieruchomości jest tylko jednym stosunkowo niepokojącym aspektem, dlatego, że był olbrzymi wzrost cen w poprzednich latach, bardzo spekulacyjny. Taki popyt na mieszkania ze względu na sytuację demograficzną w Chinach jest raczej niekorzystny w dłuższej perspektywie. Polityka jednego dziecka doprowadziła do sytuacji, w której wzrost ludności będzie zahamowany, czy już bardzo spowolnił i w perspektywie dwudziestu lat nie będzie takiego zapotrzebowania na mieszkania czy domy. Natomiast przez to, że władza bardzo ogranicza możliwość inwestowania pieniędzy tak, żeby była jakaś przyzwoita stopa zwrotu, (od dziesięciu lat średnia stopa zwrotu z depozytów bankowych i akcji jest realnie ujemna), ludzie uciekają w różne rzeczy niestandardowe, takie jak na przykład wino, ale też i właśnie nieruchomości. Tam są miliony pustostanów i w pewnym momencie te ceny muszą zacząć spadać. Chiński rząd się tego obawiał, wiemy do czego taka pękająca bańka na rynku nieruchomości doprowadza. Do złych kredytów, do stagnacji w tym sektorze, który odpowiada za 6 proc chińskiego PKB. Tyle samo jak pękała bańka nieruchomości w Stanach Zjednoczonych. Może to grozić kryzysem bankowym i w dalszej perspektywie kryzysem finansów publicznych, co się wydaje nieprawdopodobne, ale wiemy, jak sektor bankowy może finansami publicznymi zatrząść nawet w takim kraju, który przez lata był wzorcem dla świata, jak Irlandia. Z małego długu właśnie przez kryzys bankowy nagle 100 proc. PKB.
Zbliżają się również wybory w kilku kluczowych krajach. Czy przypadkiem nie mamy sytuacji, że umawiamy się na ratowanie strefy euro z jednymi politykami, a po wyborach będziemy musieli dogadywać się już z innymi? Czy wybory same w sobie nie będą zagrożeniem dla stabilności strefy euro?
Na szczęście w strefie euro przede wszystkim wybory będą we Francji, a tam nawet gdyby wygrał socjalistyczny kontrkandydat to socjaliści są raczej jeszcze bardziej proeuropejscy niż francuska prawica, więc nie będzie zmian porównywanych chociażby w stosunku do Wielkiej Brytanii. Natomiast wybory w Stanach Zjednoczonych z globalnej perspektywy są najważniejsze. Patrzę na nie z optymizmem. Liczę na to, że jednak pałeczka zostanie przekazana któremuś z kandydatów republikańskich, który wreszcie zrobi porządek z narastającym długiem, z deficytem budżetowym. Nie każdy kandydat to obiecuje, mam też nadzieję na ograniczenie nieprawdopodobnie wysokich wydatków na zbrojenia. Stany Zjednoczone wydają na zbrojenia tyle, co reszta świata. I to jest też obciążenie dla gospodarki.
Przeczytaj całość! Pobierz Przegląd Finansowy.
Rozmawiał Tomasz Jaroszek,
Bankier.pl

Dodaj komentarz