Weźmy populację 300 tysięcy osób - to mniej więcej tyle, co połowa mieszkańców Wrocławia, wszyscy katowiczanie, lub nieco więcej niż liczba mieszkańców Białegostoku czy Gdyni. Umieśćmy wszystkich na jednej wyspie, 70 proc. niech zamieszka w stolicy. Upewnijmy się, że posługują się własnym językiem, większość jest ze sobą spokrewnienia, dba o podtrzymanie tradycji, a niektórzy są nawet w stanie odtworzyć drzewo genealogiczne własnego rodu sięgające kilkaset lat wstecz. Zadbajmy, by posiadali własny przemysł, darmową służbę zdrowia i system kształcenia, a bezrobocie waha się w pomiędzy 0 a 1 proc. Dodajmy trzy państwowe gazety, dwie stacje telewizyjne i stale najwyższe miejsca w światowych rankingach komfortu i standardu życia.
Tak do niedawna można było w największym skrócie zaprezentować Islandię. Gospodarka tego kraju była czwartą najdynamiczniej rozwijającą się na świecie. W 2007 r. ONZ oceniając rzeczywiste wynagrodzenie, poziom edukacji i średnią długość życia mieszkańców, uznał Islandię za najatrakcyjniejsze miejsce do zamieszkania. Silna waluta, korona, pozwalała nawet przeciętnie zarabiającym rodzinom raz na kilka miesięcy udać się na zakupy do kontynentalnej Europy, a spokojne tempo życia w Reykjaviku zachęcało cudzoziemców do podejmowania pracy w kraju przyjaznych Vikingów. Aby stworzyć pełny obraz tej wyspy potrzebujemy jeszcze jednego, równie przyziemnego co koniecznego do normalnego funkcjonowania państwa elementu - pieniędzy. Pozwólmy więc krajowym bankom, praktycznie nie podlegającym regulacjom i ograniczeniom, w ciągu siedmiu lat funkcjonowania pożyczyć na zagranicznych rynkach finansowych dziesięciokrotność całego PKB (ok. 75 mld USD). Przeznaczmy te środki na kredyty hipoteczne i pożyczki zaciągane w jenach i frankach szwajcarskich, które sprzedamy niemal każdej rodzinie, a przy pierwszym poważniejszym wstrząsie na rynku walutowym kraina lodowców i Vikingów przemieni się prawdziwe piekło.
Tak właśnie stało się na początku października 2008 r., kiedy Islandia została pierwszym państwem, w przypadku którego określenie "finansowa katastrofa" nie było nadużyciem.
W raportach ze stycznia i kwietnia 2008 r. ekonomiści przygotowujący ekspertyzy na zlecenie Landskibanki (jednego z czterech znacjonalizowanych jesienią banków-bankrutów) bili na alarm, że model bankowości bazujący na aktywach i zobowiązaniach (głównie krótkoterminowych) w obcych walutach bez wsparcia zagranicznych instytucji finansowych jest skazany na porażkę. Bank centralny nie dysponował odpowiednimi rezerwami walutowym, aby powstrzymać ewentualny kryzys płynności. A ryzyko jego zaistnienia było podwójne, bo załamanie mógł wywołać zarówno nagły spadek depozytów (w dużej mierze w islandzkich bankach oszczędności lokowali Brytyjczycy), jak i zamrożenie rynku międzybankowego skąd pozyskiwano środki na akcję kredytową.
Bankructwo amerykańskiego Lehman Brothers we wrześniu 2008 r. obudziło czujność inwestorów i spekulantów, którzy rozpoczęli poszukiwanie na całym świecie banków i instytucji narażonych na niewypłacalność. Islandia okazała się strzałem w dziesiątkę, choć żaden z banków nie posiadał w swoich księgach tzw. toksycznych aktywów.
Jedno z kilku błędnych kół polegało na tym, że islandzkie banki koncentrowały w sobie zbyt duże ryzyko, aby bank centralny mógł być dla nich wiarygodnym kredytodawcą ostatniej szansy, a jednocześnie rząd stracił zaufanie zagranicy w związku z coraz bardziej nieuniknioną koniecznością przejęcia zobowiązań banków. Pierwszym bankrutem został bank Glitnir, chociaż jeszcze w pierwszej połowie roku, podobnie jak Landskibaki czy Kaupthing był zupełnie płynny, chwalił się wskaźnikami wymogów kapitałowych na zdrowym poziomie, a w raporcie kwartalnym czytamy, że "uzależnienie od środków napływu z zagranicy nie jest większe niż u konkurencji".
Gdy jesienią na całym świecie rynek krótkoterminowych pożyczek międzybankowych został sparaliżowany, dla Islandczyków oznaczało to prysznic zimny jak woda Gullfoss, ogromnego ponad trzydziestometrowego wodospadu będącego jedną z głównych atrakcji turystycznych kraju. Glitnir zwrócił się do banku centralnego z prośbą o kredyt krótkoterminowy, a odmowna odpowiedź była ewidentnym sygnałem dla spekulantów, że domino zaczyna się sypać. David Oddsson, stojący na czele Banku Islandii od 2005 r., a wcześniej przez 13 lat piastujący stanowiska premiera, zmusił Glintir i Landsbanki do nacjonalizacji na niekorzystnych warunkach. Agencje ratingowe błyskawicznie obniżyły ocenę kredytowych zdolności kraju, a mocno już osłabiona korona przestała być akceptowana przez zagraniczne banki. Kropką nad i była nieudana próba obrony kursu korony przez bank centralny, który na próżno próbował powstrzymać inwestorów z całego świata od wyprzedaży waluty. Turyści przebywający w tym czasie w Islandii stracili możliwość płacenia kartami kredytowymi, a wartość majątku większości Islandczyków w ciągu kilku dni spadła o ok. 70 proc.
Kolejną falę lawiny wywołały nieodpowiedzialne wypowiedzi Oddssona, który stwierdził, że trzymający się wciąż na powierzchni bank Kaupthing może mieć problemy z wypłatą oszczędności klientom z Wielkiej Brytanii. Rząd Gordona Browna chroniąc interesy pół miliona swoich obywateli narażonych na stratę ok. 8 mld funtów umieścił w odpowiedzi jeden z islandzkich banków na liście organizacji terrorystycznych na równi z al-Kaidą. Nie sposób dziwić się zbulwersowanym Islandczykom, którzy nagle poczuli się nabici w butelkę przez kilku magnatów trzymających w garści bankierów, ale co ważniejsze otrzymali metkę nieodpowiedzialnego i wręcz złodziejskiego narodu. To niezwykle krzywdząca ocena, bo z natury Islandczycy są bardzo oszczędni, a do niedawna system emerytalny był jednym z nielicznych na świecie bez obaw patrzących w przyszłość. W jednym z sondaży jednak, trzecia część młodych Islandczyków przyznaje, że rozważa opuszczenie kraju.
Pod koniec października Bjork, najbardziej rozpoznawalna w świecie kultury ikona islandzkiej muzyki, tak relacjonowała na łamach The Times sytuację z wulkanicznej wyspy:
– Młode rodziny są zagrożone utratą domów, starsi ludzie mogą nie otrzymać emerytur. To jest katastrofa. Wszędzie jest wiele złości. Sześciu największych przedsiębiorców Islandii jest wciąż wygwizdywanych w miejscach publicznych, audycjach radiowych i telewizyjnych, a rozwścieczone głosy domagają się by sprzedali całe swoje majątki i oddali kapitał narodowi. Nad jednym z mostów w Reykjaviku umieszczono baner z napisem „Stondum Saman”, co oznacza „Zostańmy jednością”. Jedno z ludowych powiedzeń Islandii brzmi: „zaczynaliśmy z pustymi rękoma” – któż się spodziewał, że w 2009 r. będzie ono tak aktualne?
Łukasz Wróbel analityk Open Finance
Źródło:Noble Bank






























































