2009-09-15 06:00 Źródło: Fakty - magazyn gospodarczy
Sukces reformy wymaga samorządowej kontynuacji
Samorządność, która kiełkowała w latach 80. dziś triumfuje. Zrodziła się bowiem z autentycznej potrzeby społecznej, na znak protestu przeciw ograniczeniom ustroju centralistycznego, w którym obywatel nie miał głosu. Dziś mieszkańcy powiatów nie kryją radości, świętując 10-lecie przywróconych jednostek. O tym, co leży u podłoża tej przychylności, i co nadal wymaga zmian, aby sukces reformy był pełny mówi Jerzy Stępień, sędzia, prezes Trybunału Konstytucyjnego w latach 1999–2008, współautor reformy o samorządzie terytorialnym.
Czy z perspektywy lat budowa społeczeństwa obywatelskiego, w jakiej brał pan aktywny udział, pokrywa się z pańskimi ówczesnymi wyobrażeniami?
– Cieszę się, że w ogóle udało się zbudować samorząd w Polsce. Po latach wyraźnie widać, że ludzie zaakceptowali tę formę władztwa publicznego, zależnego od społeczności lokalnej. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że cel został osiągnięty. Centrum państwa musiało przekazać pewną liczbę kompetencji na niższy szczebel. Ale dziś już powinniśmy myśleć o czymś innym, mianowicie nie o tym, że to władza centralna powinna przekazywać z łaski kompetencje samorządowi, niczym dobry król, decydujący, co jego podwładni mogą zrobić, a czego nie, lecz powinniśmy mówić o niecentralizacji, czyli o takim systemie państwa, w którym działa w pełni zasada pomocniczości, co polega na tym, że wyższe organizmy przejmują tylko te zadania, które nie mogą być udźwignięte na poziomie bliższym obywatelom. Ta idea dopiero zaczęła być realizowana, ale nie do końca ją rozumiemy.
Nawet najlepiej sprawdzające się rozwiązania nie są wolne od mankamentów. Co należałoby zmienić lub wprowadzić, aby model samorządności był jak najbliższy ideału?
– W 2002 roku dokonała się niekorzystna dla idei samorządu zmiana. Otóż, wprowadzono wybory bezpośrednie wójtów, burmistrzów i prezydentów, którym nie towarzyszyły odpowiednie zmiany w strukturze gmin. W moim odczuciu mamy też iluzoryczną kontrolę finansów w samorządzie terytorialnym, a poprzez słabą pozycję urzędników samorządowych obserwujemy bardzo niekorzystne zjawisko nepotyzmu. W tym aspekcie nie utożsamiam się z tym, jaki obrót przybrał w praktyce rozwój samorządności, niemający nic wspólnego z naszymi dążeniami i planami leżącymi u podstaw opracowywanej reformy administracyjnej. Owszem, mogą być bezpośrednie wybory wójtów i burmistrzów, ale pod warunkiem, że jednocześnie zostanie wprowadzony audyt zewnętrzny, czyli pełna kontrola finansów, tak jak w spółkach prawa handlowego, a ponadto coś na kształt służby cywilnej w samorządzie, bowiem pozycja sekretarza i podległych mu urzędników powinna być silniejsza. To nie mogą być stanowiska zależne od widzimisię decydenta politycznego. Obecnie mamy zbyt duży przechył w stronę upolitycznienia samorządów.
Jakie inne postulaty wysunąłby pan odnośnie funkcjonowania samorządów w obecnym kształcie?
– Poza wspomnianą – najważniejszą według mnie – kwestią, większy nacisk powinniśmy kłaść na edukację samorządów. Przede wszystkim uniwersytety muszą przemodelować tak programy, aby kształcić pod kątem aktualnych potrzeb ewoluującej administracji. Obowiązujące standardy kształcenia kadr zarządzających w samorządach i pracowników administracji są w moim przekonaniu nieadekwatne do potrzeb. Pracownicy samorządowi powinni samodzielnie identyfikować istotne problemy i umieć znaleźć metody ich rozwiązania, a nie ograniczać się jedynie do zastosowania standardowych rozwiązań. Wciąż za bardzo stawiamy na procedury administracyjne, a za małą wagę przykładamy do elementów menedżerskich, zarządzania sprawami publicznymi. Nadal pokutuje przekonanie, że pozycja w urzędzie zależy nie od wiedzy i umiejętności, lecz od „papierka” ze szkoły wyższej i dobrych relacji z przełożonym, stojącym na czele samorządu, co przekreśla partnerstwo między decydentem politycznym a pracownikiem samorządowym.
Jak ocenia Pan adekwatność zadań samorządów do środków, jakimi dysponują? Ten obszar również wymaga zmian?
– Ten akurat aspekt trudno mi ocenić. Aby dokonać oceny, trzeba byłoby przebywać na co dzień w samorządzie. Nie znam też rzetelnych badań, które byłyby wiarygodnym źródłem wiedzy. Takich informacji mogą dostarczyć badania powołanego właśnie przeze mnie w Wyższej Szkole Handlu i Prawa im. Łazarskiego Instytutu Badań i Ekspertyz Samorządowych. Grupuję powoli odpowiednie zespoły i liczę na to, że przeprowadzane przez nas badania pozwolą dać odpowiedź na postawione pytanie.
Jakie jeszcze sprawy pozwoli zgłębić i przybliżyć ów instytut?
– Jednostka ta ma przede wszystkim służyć samorządowi, ale także ma być pomocna w procesie dydaktycznym. Chcemy kształcić ludzi w oparciu o wyniki badań tego instytutu, tworzone ekspertyzy naukowe. Jednocześnie zależy nam, by przekazywać nie tylko wiedzę, lecz także pewne umiejętności na podstawie analizowanych case’ów.
W ideę społeczeństwa obywatelskiego po reformie administracyjnej wpisuje się dążenie do tego, by rząd i samorządy nie były stronami skonfliktowanymi. Jak wypada realizacja tego założenia w praktyce? Można mówić o porozumieniu na tej płaszczyźnie?
– Jest to nie tyle porozumienie rządu z samorządem, co władzy wykonawczej samorządu z rządem. Komisja wspólna rządu i samorządu składa się z reprezentacji rządu oraz reprezentacji związków tworzonych przez wójtów, burmistrzów i prezydentów. Natomiast w ogóle zapomniano w tym systemie o radach, od których były zależne władze samorządów, kiedy owa komisja powstawała. Wówczas ta relacja była pełniejsza. Teraz, gdy związki miast i innych jednostek, będące częścią komisji, składają się wyłącznie z przedstawicieli władzy wykonawczej, widać bardzo wyraźnie, że brak tam reprezentacji rad. Komisja wspólna rządu i samorządu przyjmuje pewne rozwiązania, które są korzystne dla rządu i możliwe do zaakceptowania przez wójtów i burmistrzów, ale pamiętajmy, że to nie jest cały samorząd. W tym przypadku jasno widać, jak bardzo zmiana jednego elementu wpływa na pracę całego mechanizmu. Należałoby postulować zmianę nazwy tej komisji.
Cały czas mówimy głównie o gminach, miastach. A jak model samorządności sprawdza się w powiatach?
– Powiaty były w Polsce zawsze, począwszy od XIV wieku. W 1975 roku nie zlikwidowano powiatów, a jedynie powiatowe rady narodowe oraz powiatowe komitety partii, będące elementem politycznym w strukturze władzy publicznej w powiecie. Natomiast nie zlikwidowano administracji powiatowej, tylko zmieniono jej nazwę na administrację rejonową. Powiat stał się czysto rządowy i w takim kształcie przetrwał do 1990 roku, kiedy się umocnił przez wprowadzenie rejonów administracji ogólnej. Powiat cały czas funkcjonował, tyle, że jako struktura władzy publicznej na szczeblu dawnego powiatu, zwanego rejonem. W 1989 roku jedynie usamorządowiono tę strukturę.
Co de facto oznaczała taka zmiana?
– Administracja rządowa stała się samorządowa, podporządkowana czynnikowi politycznemu pochodzącemu z wyborów. Zmieniła się cała konstrukcja powiatu i jego istota na szczeblu, który zawsze istniał. Teraz pozostaje odpowiedzieć na pytanie, czy zostało to dobrze zrobione. I tu można zarzucać, że na przykład jest za dużo powiatów, ale przecież ludzie chcą, żeby one były.
W Stanach Zjednoczonych obserwuję, że niektóre gminy przekazują funkcje wykonawcze do poziomu powiatowego, zachowując kontrolę polityczną nad budżetami gmin, co należałoby przetłumaczyć jako zjawisko skonsolidowanego rządu lokalnego. Okazuje się, że to gminy są bardziej podatne na zmiany niż powiaty. To samo można powiedzieć o systemie administracyjnym w polskich warunkach. Liczba gmin mocno się zmieniała, przez pewien czas ich nie było, natomiast na poziomie powiatów można mówić o stabilizacji. To najtrwalsza struktura naszego ustroju. Czas pokaże na ile reforma się udała, ale dziś, z tego co obserwuję, z przekonaniem mogę stwierdzić, że się sprawdza. Budżet powiatów jest 2 razy większy niż w 1998 roku, powoli następuje przesuwanie kompetencji w stronę powiatów, ale na efekty trzeba jeszcze trochę poczekać – gminy mają 20 lat, a powiaty dopiero 10.
Gdzie należy upatrywać ich siły? Co przesądza o tym, że są tak trwałą jednostką?
– Ja upatrywałbym ich siły w podłożu przestrzenno-historycznym. Zawsze było około 300 ośrodków pełniących funkcję centrum: handlowego, administracyjnego, edukacyjnego, kulturowego. I ta struktura musi się umacniać. Powiat daje swego rodzaju ludzki dystans. Z tego względu jestem przeciwny likwidacji sądów grodzkich, bo to oddali obywatela od władzy sądowniczej. Notabene słowo „powiat” ma ten sam źródłosłów, co słowo „powiestka”, czyli „wezwanie do sądu”. Dlatego do dziś powiat jest silnie związany z sądownictwem.
Czyli: nie zmieniajmy historii?
– Oczywiście. Jestem całym sobą za tym, by nie zmieniać dobrych tradycji. Doświadczenie wieków nie wzięło się z nieba, lecz jest wynikiem długiego i złożonego procesu historycznego, u podłożach którego leżały realne potrzeby społeczne. A powiat jest centrum, w którym skupiają się wszystkie sfery życia społeczności lokalnej. Niektóre funkcje muszą zależeć od władzy publicznej, ale niech zatem zależą one od reprezentantów wybieranych przez tych ludzi, a nie od niekontrolowanego organu władzy publicznej, w szczególności administracji rządowej. To cała idea powiatu.
Wspomniał Pan, że podstawą siły powiatu jest potrzeba społeczna. Można wnioskować, że ich mieszkańcy doceniają kształt jednostek terytorialnych po reformie samorządowej?
– Jestem często zapraszany na uroczystości związane z obchodami dziesięciolecia powiatów, głównie do małych powiatów, gdzie szczególnie widać tę radość społeczną. Takie spotkania uświadamiają, że reforma była zasadna, i są najlepszym dowodem, że nie powinniśmy w tym układzie mieszać. Co ciekawe, na uroczystościach w zachodniej części Polski wśród gości więcej jest biznesmenów, przedstawicieli organizacji pozarządowych, a na Wschodzie więcej urzędników, funkcjonariuszy różnego rodzaju służb publicznych, co pokazuje, że społeczeństwo obywatelskie znacznie mocniej jest ugruntowane na Zachodzie kraju. Kolejny dowód na wpływ zaszłości historycznych, obecnych w naszym życiu do dziś. Po moim odejściu z ministerstwa w 1999 roku dorzucono do mapy administracyjnej jeszcze 7 powiatów. I dobrze, bo ludzie właśnie tego chcieli. Jestem przekonany, że jak by teraz ktoś próbował im odebrać ten powiat, to staną murem w jego obronie. I będzie to znacznie silniejszy protest niż pracowników Kupieckich Domów Towarowych.
Czy idea społeczeństwa obywatelskiego, wspólnotowego, przekłada się na wpływ przeciętnego obywatela na działania władz samorządowych?
– W małych gminach i miasteczkach jest to zauważalne. Im większa gmina, tym głos społeczeństwa jest słabiej słyszalny. Tym bardziej, że mamy wybory proporcjonalne, a o tym, kto jest na listach wyborczych decydują liderzy partyjni, a nie społeczności lokalne. I tu kłania się postulat zmiany ordynacji wyborczej do samorządu. Uważam, że zniesienie obecnej ordynacji jest koniecznością, gdyż powszechne jest jej niezrozumienie. Ludziom wydaje się, że wybierają konkretnego człowieka, tymczasem oddają głos jedynie na partię.
Czy taka zmiana ma realne szanse na zaistnienie w bliskiej przyszłości?
– Wierzę, że Platforma Obywatelska, która głosi konieczność wprowadzenia jednomandatowych okręgów wyborczych, w końcu zrealizuje swój program. Bo jak długo można żyć w królestwie absurdu?
Podsumowując, czy na podstawie doświadczeń minionej dekady, można stwierdzić, że w perspektywie kolejnych lat samorządy nadal będą się umacniać i rosnąć w siłę?
– Oczywiście, że tak. Wymusza to zasada pomocniczości, będąca fundamentem funkcjonowania Unii Europejskiej. Zasada ta umacnia pozycję struktur najbliższych obywatelowi. To nasza przyszłość. Wspólnota Europejska nie mogła nabrać realnego kształtu tak długo, jak długo próbowała to robić odgórnie. Dopiero małymi kroczkami, poprzez budowanie pomniejszych wspólnot, zaczęła wyłaniać się pożądana struktura.
Zatem warto było jeszcze przed 1989 rokiem podjąć trud opracowywania reformy?
– Jako sandomierzanin zostałem wychowany w typowym mieście opartym o prawo magdeburskie, czyli o ideę samorządności. Toteż państwo scentralizowane było dla mnie czymś obrzydliwym. Dlatego już w początkach lat 80. zacząłem się angażować w przebudowę mechanizmu państwowego. Szczęśliwie się złożyło, że znalazła się grupa ludzi świadomych, co chcą zdziałać, a sprzyjał im fakt, że ówcześni decydenci nie rozumieli, o co tak naprawdę z tym samorządem chodzi. Inaczej pewnie nie zgodziliby się na jego wprowadzenie w 1989 roku, bo przecież nowy model ustroju odbierał ogromne pokłady władzy z rąk centrum.
Szkoda tylko, że młode pokolenie będzie czerpać zyski z lepszego życia w umacniającym się samorządzie, nie znając drogi, która do tego doprowadziła i nie mając porównania.
– Niech komentarzem będzie przykład z życia wzięty. Niedawno młody człowiek zapytał mnie: „Dlaczego nasi rodzice uważają, że w PRL-u było lepiej?”. Odpowiedziałem, że widocznie im faktycznie było, ale, żeby było tak, jak w PRL-u, trzeba by zamknąć granice, odebrać paszporty, zlikwidować telefony komórkowe i Internet – i na dodatek odbudować Związek Radziecki... Czy dziś byłoby to możliwe?
Rozmawiała Małgorzata Szerfer
Czy z perspektywy lat budowa społeczeństwa obywatelskiego, w jakiej brał pan aktywny udział, pokrywa się z pańskimi ówczesnymi wyobrażeniami?
– Cieszę się, że w ogóle udało się zbudować samorząd w Polsce. Po latach wyraźnie widać, że ludzie zaakceptowali tę formę władztwa publicznego, zależnego od społeczności lokalnej. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że cel został osiągnięty. Centrum państwa musiało przekazać pewną liczbę kompetencji na niższy szczebel. Ale dziś już powinniśmy myśleć o czymś innym, mianowicie nie o tym, że to władza centralna powinna przekazywać z łaski kompetencje samorządowi, niczym dobry król, decydujący, co jego podwładni mogą zrobić, a czego nie, lecz powinniśmy mówić o niecentralizacji, czyli o takim systemie państwa, w którym działa w pełni zasada pomocniczości, co polega na tym, że wyższe organizmy przejmują tylko te zadania, które nie mogą być udźwignięte na poziomie bliższym obywatelom. Ta idea dopiero zaczęła być realizowana, ale nie do końca ją rozumiemy.
Nawet najlepiej sprawdzające się rozwiązania nie są wolne od mankamentów. Co należałoby zmienić lub wprowadzić, aby model samorządności był jak najbliższy ideału?
– W 2002 roku dokonała się niekorzystna dla idei samorządu zmiana. Otóż, wprowadzono wybory bezpośrednie wójtów, burmistrzów i prezydentów, którym nie towarzyszyły odpowiednie zmiany w strukturze gmin. W moim odczuciu mamy też iluzoryczną kontrolę finansów w samorządzie terytorialnym, a poprzez słabą pozycję urzędników samorządowych obserwujemy bardzo niekorzystne zjawisko nepotyzmu. W tym aspekcie nie utożsamiam się z tym, jaki obrót przybrał w praktyce rozwój samorządności, niemający nic wspólnego z naszymi dążeniami i planami leżącymi u podstaw opracowywanej reformy administracyjnej. Owszem, mogą być bezpośrednie wybory wójtów i burmistrzów, ale pod warunkiem, że jednocześnie zostanie wprowadzony audyt zewnętrzny, czyli pełna kontrola finansów, tak jak w spółkach prawa handlowego, a ponadto coś na kształt służby cywilnej w samorządzie, bowiem pozycja sekretarza i podległych mu urzędników powinna być silniejsza. To nie mogą być stanowiska zależne od widzimisię decydenta politycznego. Obecnie mamy zbyt duży przechył w stronę upolitycznienia samorządów.
Jakie inne postulaty wysunąłby pan odnośnie funkcjonowania samorządów w obecnym kształcie?
– Poza wspomnianą – najważniejszą według mnie – kwestią, większy nacisk powinniśmy kłaść na edukację samorządów. Przede wszystkim uniwersytety muszą przemodelować tak programy, aby kształcić pod kątem aktualnych potrzeb ewoluującej administracji. Obowiązujące standardy kształcenia kadr zarządzających w samorządach i pracowników administracji są w moim przekonaniu nieadekwatne do potrzeb. Pracownicy samorządowi powinni samodzielnie identyfikować istotne problemy i umieć znaleźć metody ich rozwiązania, a nie ograniczać się jedynie do zastosowania standardowych rozwiązań. Wciąż za bardzo stawiamy na procedury administracyjne, a za małą wagę przykładamy do elementów menedżerskich, zarządzania sprawami publicznymi. Nadal pokutuje przekonanie, że pozycja w urzędzie zależy nie od wiedzy i umiejętności, lecz od „papierka” ze szkoły wyższej i dobrych relacji z przełożonym, stojącym na czele samorządu, co przekreśla partnerstwo między decydentem politycznym a pracownikiem samorządowym.
Jak ocenia Pan adekwatność zadań samorządów do środków, jakimi dysponują? Ten obszar również wymaga zmian?
– Ten akurat aspekt trudno mi ocenić. Aby dokonać oceny, trzeba byłoby przebywać na co dzień w samorządzie. Nie znam też rzetelnych badań, które byłyby wiarygodnym źródłem wiedzy. Takich informacji mogą dostarczyć badania powołanego właśnie przeze mnie w Wyższej Szkole Handlu i Prawa im. Łazarskiego Instytutu Badań i Ekspertyz Samorządowych. Grupuję powoli odpowiednie zespoły i liczę na to, że przeprowadzane przez nas badania pozwolą dać odpowiedź na postawione pytanie.
Jakie jeszcze sprawy pozwoli zgłębić i przybliżyć ów instytut?
– Jednostka ta ma przede wszystkim służyć samorządowi, ale także ma być pomocna w procesie dydaktycznym. Chcemy kształcić ludzi w oparciu o wyniki badań tego instytutu, tworzone ekspertyzy naukowe. Jednocześnie zależy nam, by przekazywać nie tylko wiedzę, lecz także pewne umiejętności na podstawie analizowanych case’ów.
W ideę społeczeństwa obywatelskiego po reformie administracyjnej wpisuje się dążenie do tego, by rząd i samorządy nie były stronami skonfliktowanymi. Jak wypada realizacja tego założenia w praktyce? Można mówić o porozumieniu na tej płaszczyźnie?
– Jest to nie tyle porozumienie rządu z samorządem, co władzy wykonawczej samorządu z rządem. Komisja wspólna rządu i samorządu składa się z reprezentacji rządu oraz reprezentacji związków tworzonych przez wójtów, burmistrzów i prezydentów. Natomiast w ogóle zapomniano w tym systemie o radach, od których były zależne władze samorządów, kiedy owa komisja powstawała. Wówczas ta relacja była pełniejsza. Teraz, gdy związki miast i innych jednostek, będące częścią komisji, składają się wyłącznie z przedstawicieli władzy wykonawczej, widać bardzo wyraźnie, że brak tam reprezentacji rad. Komisja wspólna rządu i samorządu przyjmuje pewne rozwiązania, które są korzystne dla rządu i możliwe do zaakceptowania przez wójtów i burmistrzów, ale pamiętajmy, że to nie jest cały samorząd. W tym przypadku jasno widać, jak bardzo zmiana jednego elementu wpływa na pracę całego mechanizmu. Należałoby postulować zmianę nazwy tej komisji.
Cały czas mówimy głównie o gminach, miastach. A jak model samorządności sprawdza się w powiatach?
– Powiaty były w Polsce zawsze, począwszy od XIV wieku. W 1975 roku nie zlikwidowano powiatów, a jedynie powiatowe rady narodowe oraz powiatowe komitety partii, będące elementem politycznym w strukturze władzy publicznej w powiecie. Natomiast nie zlikwidowano administracji powiatowej, tylko zmieniono jej nazwę na administrację rejonową. Powiat stał się czysto rządowy i w takim kształcie przetrwał do 1990 roku, kiedy się umocnił przez wprowadzenie rejonów administracji ogólnej. Powiat cały czas funkcjonował, tyle, że jako struktura władzy publicznej na szczeblu dawnego powiatu, zwanego rejonem. W 1989 roku jedynie usamorządowiono tę strukturę.
Co de facto oznaczała taka zmiana?
– Administracja rządowa stała się samorządowa, podporządkowana czynnikowi politycznemu pochodzącemu z wyborów. Zmieniła się cała konstrukcja powiatu i jego istota na szczeblu, który zawsze istniał. Teraz pozostaje odpowiedzieć na pytanie, czy zostało to dobrze zrobione. I tu można zarzucać, że na przykład jest za dużo powiatów, ale przecież ludzie chcą, żeby one były.
W Stanach Zjednoczonych obserwuję, że niektóre gminy przekazują funkcje wykonawcze do poziomu powiatowego, zachowując kontrolę polityczną nad budżetami gmin, co należałoby przetłumaczyć jako zjawisko skonsolidowanego rządu lokalnego. Okazuje się, że to gminy są bardziej podatne na zmiany niż powiaty. To samo można powiedzieć o systemie administracyjnym w polskich warunkach. Liczba gmin mocno się zmieniała, przez pewien czas ich nie było, natomiast na poziomie powiatów można mówić o stabilizacji. To najtrwalsza struktura naszego ustroju. Czas pokaże na ile reforma się udała, ale dziś, z tego co obserwuję, z przekonaniem mogę stwierdzić, że się sprawdza. Budżet powiatów jest 2 razy większy niż w 1998 roku, powoli następuje przesuwanie kompetencji w stronę powiatów, ale na efekty trzeba jeszcze trochę poczekać – gminy mają 20 lat, a powiaty dopiero 10.
Gdzie należy upatrywać ich siły? Co przesądza o tym, że są tak trwałą jednostką?
– Ja upatrywałbym ich siły w podłożu przestrzenno-historycznym. Zawsze było około 300 ośrodków pełniących funkcję centrum: handlowego, administracyjnego, edukacyjnego, kulturowego. I ta struktura musi się umacniać. Powiat daje swego rodzaju ludzki dystans. Z tego względu jestem przeciwny likwidacji sądów grodzkich, bo to oddali obywatela od władzy sądowniczej. Notabene słowo „powiat” ma ten sam źródłosłów, co słowo „powiestka”, czyli „wezwanie do sądu”. Dlatego do dziś powiat jest silnie związany z sądownictwem.
Czyli: nie zmieniajmy historii?
– Oczywiście. Jestem całym sobą za tym, by nie zmieniać dobrych tradycji. Doświadczenie wieków nie wzięło się z nieba, lecz jest wynikiem długiego i złożonego procesu historycznego, u podłożach którego leżały realne potrzeby społeczne. A powiat jest centrum, w którym skupiają się wszystkie sfery życia społeczności lokalnej. Niektóre funkcje muszą zależeć od władzy publicznej, ale niech zatem zależą one od reprezentantów wybieranych przez tych ludzi, a nie od niekontrolowanego organu władzy publicznej, w szczególności administracji rządowej. To cała idea powiatu.
Wspomniał Pan, że podstawą siły powiatu jest potrzeba społeczna. Można wnioskować, że ich mieszkańcy doceniają kształt jednostek terytorialnych po reformie samorządowej?
– Jestem często zapraszany na uroczystości związane z obchodami dziesięciolecia powiatów, głównie do małych powiatów, gdzie szczególnie widać tę radość społeczną. Takie spotkania uświadamiają, że reforma była zasadna, i są najlepszym dowodem, że nie powinniśmy w tym układzie mieszać. Co ciekawe, na uroczystościach w zachodniej części Polski wśród gości więcej jest biznesmenów, przedstawicieli organizacji pozarządowych, a na Wschodzie więcej urzędników, funkcjonariuszy różnego rodzaju służb publicznych, co pokazuje, że społeczeństwo obywatelskie znacznie mocniej jest ugruntowane na Zachodzie kraju. Kolejny dowód na wpływ zaszłości historycznych, obecnych w naszym życiu do dziś. Po moim odejściu z ministerstwa w 1999 roku dorzucono do mapy administracyjnej jeszcze 7 powiatów. I dobrze, bo ludzie właśnie tego chcieli. Jestem przekonany, że jak by teraz ktoś próbował im odebrać ten powiat, to staną murem w jego obronie. I będzie to znacznie silniejszy protest niż pracowników Kupieckich Domów Towarowych.
Czy idea społeczeństwa obywatelskiego, wspólnotowego, przekłada się na wpływ przeciętnego obywatela na działania władz samorządowych?
– W małych gminach i miasteczkach jest to zauważalne. Im większa gmina, tym głos społeczeństwa jest słabiej słyszalny. Tym bardziej, że mamy wybory proporcjonalne, a o tym, kto jest na listach wyborczych decydują liderzy partyjni, a nie społeczności lokalne. I tu kłania się postulat zmiany ordynacji wyborczej do samorządu. Uważam, że zniesienie obecnej ordynacji jest koniecznością, gdyż powszechne jest jej niezrozumienie. Ludziom wydaje się, że wybierają konkretnego człowieka, tymczasem oddają głos jedynie na partię.
Liczba gmin mocno się zmieniała, przez pewien czas ich nie było, natomiast na poziomie powiatów można mówić o stabilizacji. To najtrwalsza struktura naszego ustroju. Czas pokaże na ile reforma się udała, ale dziś, z tego co obserwuję, z przekonaniem mogę stwierdzić, że się sprawdza.
Czy taka zmiana ma realne szanse na zaistnienie w bliskiej przyszłości?
– Wierzę, że Platforma Obywatelska, która głosi konieczność wprowadzenia jednomandatowych okręgów wyborczych, w końcu zrealizuje swój program. Bo jak długo można żyć w królestwie absurdu?
Podsumowując, czy na podstawie doświadczeń minionej dekady, można stwierdzić, że w perspektywie kolejnych lat samorządy nadal będą się umacniać i rosnąć w siłę?
– Oczywiście, że tak. Wymusza to zasada pomocniczości, będąca fundamentem funkcjonowania Unii Europejskiej. Zasada ta umacnia pozycję struktur najbliższych obywatelowi. To nasza przyszłość. Wspólnota Europejska nie mogła nabrać realnego kształtu tak długo, jak długo próbowała to robić odgórnie. Dopiero małymi kroczkami, poprzez budowanie pomniejszych wspólnot, zaczęła wyłaniać się pożądana struktura.
Jestem za tym, by nie zmieniać dobrych tradycji. Doświadczenie wieków nie wzięło się z nieba, lecz jest wynikiem długiego i złożonego procesu historycznego, u podłożach którego leżały realne potrzeby społeczne. A powiat jest centrum, w którym skupiają się wszystkie sfery życia społeczności lokalnej.
Zatem warto było jeszcze przed 1989 rokiem podjąć trud opracowywania reformy?
– Jako sandomierzanin zostałem wychowany w typowym mieście opartym o prawo magdeburskie, czyli o ideę samorządności. Toteż państwo scentralizowane było dla mnie czymś obrzydliwym. Dlatego już w początkach lat 80. zacząłem się angażować w przebudowę mechanizmu państwowego. Szczęśliwie się złożyło, że znalazła się grupa ludzi świadomych, co chcą zdziałać, a sprzyjał im fakt, że ówcześni decydenci nie rozumieli, o co tak naprawdę z tym samorządem chodzi. Inaczej pewnie nie zgodziliby się na jego wprowadzenie w 1989 roku, bo przecież nowy model ustroju odbierał ogromne pokłady władzy z rąk centrum.
Szkoda tylko, że młode pokolenie będzie czerpać zyski z lepszego życia w umacniającym się samorządzie, nie znając drogi, która do tego doprowadziła i nie mając porównania.
– Niech komentarzem będzie przykład z życia wzięty. Niedawno młody człowiek zapytał mnie: „Dlaczego nasi rodzice uważają, że w PRL-u było lepiej?”. Odpowiedziałem, że widocznie im faktycznie było, ale, żeby było tak, jak w PRL-u, trzeba by zamknąć granice, odebrać paszporty, zlikwidować telefony komórkowe i Internet – i na dodatek odbudować Związek Radziecki... Czy dziś byłoby to możliwe?
Rozmawiała Małgorzata Szerfer


Dodaj komentarz