Ponaddźwiękowym odrzutowcem przelecieć ze wschodu na zachód z rekordową prędkością, bez międzylądowań i uzupełnień paliwa, następnie samotnie balonem wokół kuli ziemskiej, zeskoczyć spadochronem do katamaranu i zrobić to samo, ale w odwrotnym kierunku na fali i wbrew sztormom, a potem... Psim zaprzęgiem na księżyc. Czy jest to możliwe? Jaki jest sens szaleńczej gonitwy pokonującej wszelkie rekordy?
Steve Fossett swoim życiorysem udowodnił, że pobijanie rekordów jest czymś więcej niż tylko ekskluzywną rozrywką. Historia Steve’a to z pozoru klasyczna amerykańska opowieść o pucybucie, który osiągnął sukces na przekór przeciwnościom losu.
Pochodził z małej miejscowości w południowej Kalifornii. Został wychowany mocną ręką przez surowego ojca w typowej rodzinie klasy średniej. Od najmłodszych lat ojciec wymagał od niego podejmowania ambitnych wyzwań, uczył, że ciężka praca jest jedynym środkiem na drodze do sukcesu. Jak wspominał, pierwszym znaczącym osiągnięciem było zdobycie stromego szczytu w górach Kalifornii. Uświadomił sobie wtedy, że jeśli naprawdę chce, może dokonać wszystkiego, zdobyć najbardziej stromy ze szczytów.
Ukończywszy studia na Uniwersytecie w Stanford zamieszkał w Chicago. Jak często bywa znakomite wykształcenie nie musi oznaczać szybkiego i łatwego zarobku. Należał jednak do ludzi, którzy nie boją się żadnej pracy. Zaczął jako taksówkarz, co pozwoliło mu uzyskać wiele cennych informacji i bliżej poznać ludzką naturę. Wkrótce został jednym z pierwszych konstruktorów operacyjnych systemów komputerowych. Jednak szybko zdał sobie sprawę, że największe pieniądze można zarobić na giełdzie. Nie zastanawiając się porzucił karierę informatyka i rozpoczął pracę w funduszu inwestycyjnym Merrill Lynch.
Oczywiście nie był to koniec jego perypetii zawodowych. Pierwsze zdobyte miliony przyniósł mu handel, a konkretnie handel nasionami soi. Już jako czterdziestolatek należał do elity giełdowych rekinów na Wall Street. Instynkt, inteligencja i odwaga wzniosły go na szczyty. Nawet jeśli tracił połowę, zawsze odbijał się od dna z jeszcze większą siłą. Stał się milionerem. Co dla innych oznaczałoby koniec drogi, dla Stevena było dopiero początkiem, środkiem w uzyskaniu prawdziwego celu jego życia jakim była PRZYGODA.
W sumie pobił 116 światowych rekordów na niebie i na ziemi. Żeby opisać wszystkie trzebaby stworzyć książkę objętości sporej encyklopedii. Swój plan przemiany niestałej fortuny w wieczną chwałę podróżnika rekordzisty rozpoczął zdobywając wszystkie ośmiotysięczniki, brał udział w rajdzie Paryż – Dakar, dowodził dwunastoosobową załogą, która opłynęła kulę ziemską w pięćdziesiąt osiem dni i dziewięć godzin, pokonał 1800 kilometrów powożąc psim zaprzęgiem na Alasce.
Kiedy był już przed metą jeden z psów w czołówce zaprzęgu zemdlał, bojowe pokrzykiwania nie przynosiły rezultatów, Steve podbiegł do psa i ugryzł go z całej siły w ucho, poskutkowało. Jak sam powiedział, musiał to zrobić, bo przecież tak naprawdę, to on był samcem alfa w tym zaprzęgu. Podobnie w powietrzu wydawał się być alfą i omegą, bez względu na środek transportu. Szybowcem za jednym zamachem pokonał dystans 2192 kilometrów, jako pierwszy człowiek bez międzylądowań i uzupełnień paliwa obleciał świat odrzutowcem w sześćdziesiąt siedem godzin. Niektórzy myśleli, że to UFO rejestrując zaledwie szalone mignięcie nad głowami, a gdy leciał samotnie balonem i był zmuszony lądować, gdzieś w indyjskiej głuszy, mieszkające tam plemię uznało go za boga z niebios obiecując mu kult na ołtarzu i dożywotnią miskę mleka. Steve jednak nie miał czasu na świętobliwe pozowanie, bo w planie miał już kolejny rekord, zdążył tylko wypić miskę mleka w ramach regeneracji sił i wsiadł do nowego balonu... I tak sto szesnaście razy, a może więcej. To jedynie fragment jego wyczynów.
Wszystko co robił było przeliczane na czas, kilometry lub miliony na koncie i było imponujące. Każdą akcję dokładnie planował, opracowywał doskonałą strategię eliminując ryzyko w detalach praktykując regularny, wręcz wojskowy trening fizyczny. Sprzęt, którego używał musiał być zawsze najwyższej klasy, cena nie grała roli. Odrzutowiec Virgin Atlantic GlobalFlyer, na którym Fossett obleciał kulę ziemską został zaprojektowany specjalnie dla niego. Cały projekt został sfinansowany przez Richarda Bransona. Ten angielski miliarder był pokrewną duszą Steve’a, jego przyjacielem, wspólnikiem w interesach i jednocześnie sportowym rywalem. Sir Richard tak samo jak Fossett ponad wszystko kocha wyzwania, a sukces w biznesie jest dla niego równoznaczny z pasją przekraczania kondycji ludzkiej. Ich warunki finansowe umożliwiały potężne inwestycje w zaawansowane technologie, które są ekskluzywnym przedłużeniem zmysłów.
Na planecie ziemskiej prawie wyczerpali już fantazję w sposobie pokonywania przestrzeni, wobec czego pozostają rekordy czasowe. Ostatnim z projektów Richarda Bransona, w który zaangażowany był również Steve Fossett jest uruchomienie prywatnej linii lotów kosmicznych. Podróże wokół orbity ziemskiej, czy też międzyplanetarne są współczesnym zadaniem dla ekstremalnie bogatych oraz odważnych podróżników. Nieznane, gwiezdne otchłanie kuszą ich bezmiarem, w którym można rozwijać prędkości do woli i gnać na krańce wszechświata, okrążać go i przekraczać wszelkie jego wymiary czasoprzestrzenne.
Steve Fossett już wybrał się w podróż międzygalaktyczną. Trzeciego września 2007 roku wystartował z lotniska w Nevadzie prywatnym samolotem. Podobno powiedział, że leci obejrzeć dno wyschniętego jeziora, gdzie wkrótce chciał pobić kolejny rekord prędkości. Zaginął. Szukali go wszyscy: armia, federalni, łowcy nagród, Richard Branson i wielu innych przyjaciół oraz ratowników. Poszukiwania były spektakularne na równi z wyprawami Steve’a, ale nie przynosiły rezultatów. Po trzech miesiącach zwątpiła Peggy Fossett i wystąpiła do sądu o uznanie męża za zmarłego. Tak też się stało, sąd uznał jej wniosek.
Pod koniec listopada 2008 roku w okolicy Mammoth Lakes spacerujący turysta odnalazł dokumenty zaginionego. W kilka dni później na wysokości ponad trzech tysięcy metrów ekipa poszukiwawcza odkryła szczątki samolotu Fossetta. Po szczegółowej analizie trafiono na materiał genetyczny. Badania DNA zidentyfikowały Steve’a Fossett’a.
Zginął jak aktor na scenie, a spektakl trwa. Małżeństwo Fossett’ów było bezdzietne, Steve oprócz majątku zapisanego w testamencie, pozostawił po sobie wiele rekordów do pobicia. On sam, w tym momencie bije swój ostatni, z prędkością światła zbliża się do nieba, albo piekła. Gdzie jest? Tego już nigdy się nie dowiemy, a dokąd tak naprawdę zmierzał też wydaje się problematyczne.
Każdy człowiek pragnie sprawdzić się lub odreagować w mniej lub bardziej ryzykowny sposób. Podróże mające na celu poznanie innych, nieznanych rejonów to odrębny temat. Kontemplacyjna turystyka nie wymaga silników odrzutowych, ani nie ma nic wspólnego ze stoperem w ręku. Fossett był mistrzem w praktyce filozofii No limit. Ustalił nowe granice świata dla ludzi, którzy są gotowi poświęcić życie, aby dokonać niemożliwego. Niemożliwym wydaje się również zrozumienie do końca takiej postawy. Adrenalina krążąca w żyłach na skutek podniecenia prędkością, to nie wszystko. Steve Fossett pragnął historycznej nieśmiertelności w dziedzinie wielkich podróży. Jednak jeśli chodzi o prawdziwe podróże wszelka skala jest abstrakcją.
Któż o nim będzie pamiętał oprócz przyjaciół i rodziny, jeśli za dziesięć kolejnych lat zostaną ustanowione nowe rekordy? Oczywiście będzie figurował gdzieś na zakurzonych kartach Księgi Guinessa, ale czy o to mu chodziło? Być może. Najistotniejszą wartością stanowiącą o wielkości podróży jest odkrywczość. Steve Fossett odkrył w sobie niesamowitą siłę, która była przyczyną tak samo sukcesów finansowych jak i sportowych. Jego rekordy mobilizują wyobraźnię, szczególnie tych, których stać na coś więcej niż wygrana w squasha, czy amatorski biathlon.
* Wypowiedź S. Fossett’a
Michał Mądracki
Private Banking nr XXIII luty/marzec
Źródło:Noble Bank






























































