Moje wielkie sesyjne wesele
Ślub musi być dopięty na ostatni guzik. Rodzina i przyjaciele zjeżdżają się z całej Polski, a ksiądz i orkiestra weselna czekać nie będą, bo mają napięty kalendarz. Ale spróbujcie to powiedzieć niektórym wykładowcom.
Na forum automatyki i robotyki PWr. możemy znaleźć apel „Azmatha” do jego kolegów i koleżanek z roku. Forumowicz chciał wejść na kolokwium na godzinę 13.00, by dostać szybko 2.0 (przy nieobecności prowadzący stawiał 0.0, a liczyła się średnia ze wszystkich kolokwiów). Dzięki temu mógłby pojechać na ślub kolegi na 15.00. Druga grupa pisała dopiero o 16.00.
Jednak jego nadzieje zgasił „grb”. On z kolei sam brał ślub w dniu egzaminu. Bardzo chciał go zdawać w innym terminie. Jednak nieugięty strażnik regulaminu w osobie doktora prowadzącego zajęcia oznajmił, że „studia są najważniejsze”. Tak więc pan student młody przełożył ślub z godziny 15.00 na 12.00, następnie pędził na 16.00 na egzamin, by wieczorem wrócić na wesele. Dodajmy, że żenił się 90 km od Wrocławia. Niestety, nie udało nam się dowiedzieć, czy zdał egzamin, ale życzymy szczęścia na nowej drodze życia.
Knocking on the heavens door...
Koniec stycznia to czas, kiedy studenci przypominają sobie, że istnieje coś takiego, jak konsultacje. Bo w końcu jaki jest sens odwiedzania prowadzącego i zaliczania nieobecności i dwój z kolokwiów wcześniej, jeśli można ten czas spędzić przyjemniej i pożyteczniej? Problem powstaje, kiedy na konsultacje zaczynają się ustawiać długie kolejki żaków, dla których jest to ostatnia szansa na upragnione zaliczenie.
Niektórzy wykładowcy idą studentom na rękę. Zostają po godzinach, wyznaczają dodatkowe terminy konsultacji i przyspieszają tempo odprawiania osób z zaległościami. Ale zdarzają się też tacy, którzy nie przekroczą czasu konsultacji ani o minutę. Wówczas zdobycie dobrego miejsca w kolejce wymaga wiele sprytu i samozaparcia.
– W Instytucie Historii rezyduje jedna pani profesor, do której w młodości zapewne ustawiał się łańcuszek wielbicieli i pewnie stąd u niej takie zamiłowanie do kolejek, które teraz tworzą czekający na jej konsultacje studenci - ironizuje Magda, studentka historii. Aby dostać wpis, żacy muszą mieć opracowaną strategię, bowiem legendarna pani profesor nie zostanie ani minuty dłużej niż godziny wypisane na drzwiach jej gabinetu.
– Mój kolega, aby mieć pewność, że pani profesor go przyjmie, specjalnie wyjechał z domu o 5 rano, by czekać na ulicy aż otworzą instytut. Niestety, na ten sam pomysł wpadli też inni, więc nie był pierwszy, lecz dopiero trzeci – wspomina Magda. – Na szczęście miał farta i zdążył zostać przepytany.
Ale to i tak nie był rekord. W Instytucie Politologii podobnym wzięciem cieszyły się konsultacje u pewnej pani doktor. Ponieważ znana jest ona z dość wnikliwego przepytywania studentów i przestrzegania godzin pracy, kolejka zaczęła się formować już o 4.30 rano czyli 3,5 godziny przed przyjściem prowadzącej.
– Zaczęliśmy się dobijać i portierka wpuściła nas do budynku – wspomina jeden z cierpiących na bezsenność politologów. – Nie była zadowolona i na nas nakrzyczała. Kiedy przyszła pani doktor i dowiedziała się o wszystkim, to też nas ochrzaniła, ale przynajmniej zaliczyłem braki.
O studencie, który (nie) jeździł na wykłady
Piotrek studiuje w Wyższej Szkole Bankowej. Na pierwszym roku jest przedmiot, który nazywa się prawo.
– Wchodzę na wykład, był to pierwszy w moim życiu. Pełna sala – opowiada. – Profesor powiedział, że wykład jest nieobowiązkowy, więc kto nie chce, nie musi chodzić.
Przedmiot okazał się strasznie nudny, więc pierwszy wykład był dla Piotrka ostatnim. Nadszedł dzień egzaminu.
– Nic nie umiałem, ale trzeba było iść – wspomina Piotrek. - Nie miałem notatek, nie chodziłem na wykłady. Pytania były podobno proste, ale ja nic nie wiedziałem. Na szczęście zorientowałem się, że koleżanka obok pisze tą samą grupę i zacząłem od niej przepisywać.
W pewnym momencie wykładowca zabrał kartkę. Przerażony student zaczął się tłumaczyć, że wcale nie ściągał, że on tylko... Wykładowca mu przerwał i powiedział, że wie o tym. Pamięta go z wykładów, nie było go tylko na jednym i rzuciło się to profesorowi w oczy.
– Zapytał, czy 4.0 mnie satysfakcjonuje – mówi ze śmiechem Piotrek. – Zamurowało mnie i nie wiedziałem co powiedzieć, więc kiwnąłem tylko głową
Czas apokalipsy
Nie zawsze jest tak różowo. Na każdym kierunku zdarzy się przynajmniej jeden „rzeźnik”, u którego szansa na zdanie za pierwszym podejściem jest mniejsza niż na wygraną w totolotka.
– Przez całe studia zdawałem każdy egzamin za pierwszym razem. A ten cholerny TOZ (teoria organizacji i zarządzania – przyp. KK) już dwa lata się za mną ciągnie i zdać nie mogę – żali się Michał, student politologii.
Znana jest także sytuacja sprzed dwóch lat, kiedy prowadzący egzamin z geografii politycznej na tym samym kierunku zdenerwował się, że studenci nie wchodzą sprawnie do jego gabinetu. Następny przepytywany musiał wymienić zgodnie z ruchem wskazówek zegara wszystkich sąsiadów... Demokratycznej Republiki Konga ze stolicami. Przy okazji takiej samej sytuacji prof. Herbut, dyrektor Instytutu Politologii, po prostu wyszedł, a studenci, którzy tego dnia mieli być egzaminowani, zostali przepytani dopiero we wrześniu.
Podobne sytuacje zdarzają się i na innych wydziałach. Egzamin z geografii usług w Instytucie Geografii i Rozwoju Regionalnego UWr. zaliczyło jedynie 22% studentów. A poprawkę oblała ponad 1/5 żaków.
Wszyscy ludzie wykładowcy
Bywa, że zaliczenie wszystkich przedmiotów nie jest końcem studenckiej walki o pozostanie na uczelni przez kolejne pół roku. Musi ono przecież zostać jeszcze potwierdzone wpisem do indeksu i karty egzaminacyjnej. A o to nie zawsze łatwo.
Jeden z kierunków na PWr. miał wpisy u profesora, który był dyrektorem instytutu. Dlatego też kazał studentom przychodzić do sekretariatu, gdzie miały zostać dopełnione formalności. Rano przyszła grupa sześciu osób. Po wejściu do sekretariatu usłyszeli, że profesor przyjmuje jedynie po osiem indeksów. Musieli więc czekać na kolegów z roku. Przyszli trzej kolejni studenci, więc udało się uzbierać wymaganą liczbę. Niestety, jeden nadprogramowy musiał czekać na kolejnych siedmiu. Studenci nie wiedzą, skąd zamiłowanie do liczby osiem.
Nie udało nam się dowiedzieć, co w sytuacji, jeśli do wpisania zostanie mniej ocen niż osiem.
Przed nami niemal cztery miesiące spokojnego studenckiego życia. Dopiero w czerwcu i lipcu znów trzeba będzie ruszyć do boju.
Niektóre imiona zostały na prośbę bohaterów zmienione
Krzysztof Krzemień

































































