Ponad półtora roku zajęło partiom z francuskojęzycznej Walonii i Flandrii, gdzie mówi się po niderlandzku, wynegocjowanie porozumienia. Rozmowy w sprawie utworzenia nowego rządu prowadziło w sumie aż ośmiu negocjatorów. Ci, którzy rezygnowali, mówili, że to zadanie niemożliwe do zrealizowania w związku z pogłębiającą się przepaścią między Walonami i Flamandami. Przełomem, który dawał nadzieję, był kompromis sprzed kilku miesięcy w sprawie kluczowej reformy państwa. Zapadła zgoda na większą autonomię dla regionów, określone zostały też prawa wyborcze i językowe frankofonów we flamandzkich gminach. Ale zanim sześć partii z obu stron granicy językowej podzieliło się stanowiskami w nowym gabinecie, uzgodniony został jeszcze budżet na przyszły rok z oszczędnościami wynoszącymi 11 miliardów euro.
Nowy rząd będzie najmniej licznym w historii Belgii - zasiądzie w nim 13 ministrów i sześciu sekretarzy stanu.
Belgia bez rządu przez długi czas radziła sobie nadzwyczaj dobrze - administracja działała bez zarzutów do tego stopnia, że sprawnie przeprowadziła półroczne przewodnictwo w Unii Europejskiej. Problemy zaczęły się, gdy Belgię na celownik wzięły agencje ratingowe, domagając się powołania nowego rządu, który mógłby zredukować dług publiczny sięgający niemal 100 procent, a także nadmierny deficyt. Kiedy jedna z agencji spełniła swoje groźby i obniżyła wiarygodność kredytową Belgii, porozumienie w sprawie utworzenia rządu zostało wynegocjowane bardzo szybko.
IAR
Źródło:IAR
































































