2009-07-07 05:11 Źródło: Polska
Oszuści zarabiają na powodzi
Ubrania, buty, meble, samochody, a nawet żywność – to wszystko tonęło w cuchnącej brei. Na południu Polski woda opadła i już pojawiają się oszuści, którzy chcą zarobić na powodzi.
Inspekcja Handlowa z Dolnego Śląska ostrzega przed handlarzami, którzy próbują wcisnąć klientom zalany towar. Trzeba uważać na żywność w puszkach i słoikach. Na opakowaniach są zarazki, które po ich otwarciu przenoszą się do jedzenia. Skutek? Salmonella, dur brzuszny, czerwonka i inne choroby, które kończą się pobytem w szpitalu.
– Przecież ta woda przepływała przez cmentarze, kanalizację, szamba. Można w niej znaleźć całą tablicę Mendelejewa. A zwłaszcza teraz, kiedy jest groźba zarażenia świńską grypą, musimy być wyjątkowo ostrożni – apeluje Jadwiga Kojs z Państwowej Inspekcji Handlowej w Wałbrzychu.
Ostrożnym trzeba być przede wszystkim na targowiskach. Zdarzają się przypadki, że handlujący odkupują od właścicieli zalanych sklepów towar za grosze i sprzedają z zyskiem. Była już sytuacja, kiedy właściciel sklepu z ubraniami sprzedał zalaną odzież. Ta była sprzedawana dalej w bardzo promocyjnych cenach. A właściciel sklepu kłamał, że on towar zniszczył i nie wie, co się z nim stało potem.
– A do nas trafiają klienci ze skargami, bo okazuje się, że na przykład kupione przez nich buty po kilku dniach zatęchły. Podobnie dzieje się z ubraniami – mówi Jadwiga Kojs z wałbrzyskiej delegatury PIH.
Sanepid skrupulatnie kontroluje sklepy, zwłaszcza spożywcze, które dotknęła powódź. Właściciele większości z nich przyznają, że z towaru niewiele zostało. Oficjalnie zapewniają, że wszystko, co ocalało, i tak zostało zniszczone.
Mimo to kłodzki sanepid kontroluje wszystkie zalane sklepy. Pracownicy stacji rozdają powodzianom za darmo środki odkażające. Do zalanych gospodarstw trafiła już ponad tona wapna chlorowanego potrzebnego między innymi do odkażania zalanych piwnic.
Profesor Andrzej Gładysz, kierownik Katedry i Kliniki Chorób Zakaźnych Akademii Medycznej we Wrocławiu, ostrzega, że woda może nieść ze sobą mnóstwo niebezpiecznych zarazków.
– A jeżeli mamy podejrzenia, że np. żywność miała z taką wodą kontakt, to najlepiej w ogóle jej nie próbować jeść. Nawet jeśli jest w puszkach czy słoikach – mówi prof. Gładysz. I dodaje, że najwięcej niebezpieczeństw czai się w wodzie, która długo stoi. – Na przykład w mule rozmnażają się drobnoustroje, które żyją w odchodach szczurów. Jeżeli przeniesiemy je do organizmu, skończy się to poważną chorobą – ostrzega.
Przykrymi konsekwencjami dla portfela kończy się zaś kupno zalanego auta. Nawet oczyszczony, wysuszony i na pierwszy rzut oka sprawny samochód po powodzi nadaje się tylko na złom – to jednoznaczna ocena ekspertów. Niektórzy właściciele próbują się jednak pozbyć takich pojazdów, oferując je po okazyjnej cenie na giełdach samochodowych lub w komisach. Właśnie pierwsze „odszykowane” wraki trafiają na giełdy. Auta spod wody będzie można spotkać przez co najmniej kwartał. Potem, jak zwykle, znikną z obiegu handlowego, bo będą miały poważne problemy.
– Ludzie lubią tzw. okazje. W przypadku samochodu z powodzi to wyrzucanie pieniędzy w błoto. Po kilku tygodniach auto, którego nigdy nie da się dokładnie wysuszyć, zaczyna rdzewieć i gnić – mówi Jacek Bednorz, diler samochodów z Katowic. Może się uważać za eksperta, bo kilkadziesiąt samochodów, jakie otrzymał od firmy ubezpieczeniowej po powodzi dziesięć lat temu, nadawało się tylko do utylizacji. – Po jakimś czasie w aucie pojawi się nieprzyjemny zapach, bo maty wygłuszające potrafią przyjąć po kilkanaście litrów wody. Potem odmawia posłuszeństwa elektronika i instalacja elektryczna. Samochód staje się niebezpieczny nawet na postoju. Łatwo o zwarcia, przebicia, a w konsekwencji pożar – wylicza Bednorz.
Arkadiusz Bałazy, szef giełdy w Mysłowicach, pamięta handel autami zalanymi po wielkiej powodzi w 1997 roku. – Dostaliśmy wtedy zlecenie od firmy ubezpieczeniowej na sprzedaż 270 samochodów po powodzi – wspomina. Pamięta, że ceny tych aut były niemal symboliczne, a nabywcy wiedzieli, co kupują. Teoretycznie te pojazdy powinny „iść na części”. – Żadnego z aut nawet nie próbowaliśmy odpalać. Nie znamy też ich dalszego losu. Być może niektóre po oczyszczeniu wróciły na drogi, bo nabywcami często byli pośrednicy – mówi Bałazy.
Mirosław Łagodziński, rzeczoznawca samochodowy, uważa, że przywracanie do życia zalanego samochodu nie ma sensu, choć teoretycznie można go naprawić w autoryzowanej stacji obsługi. – Koszty jednak są ogromne. Remont może przekroczyć wartość nowego samochodu – mówi, zaznaczając, że prywatnie nigdy by takiego auta nie kupił.
Na co więc warto zwrócić uwagę przy oględzinach auta z terenów, gdzie przeszła powódź? Wszelkie zacieki, odbarwienia, plamy na desce rozdzielczej, przełączniki i kratki wentylacyjne poruszające się z trudem powinny wzbudzić czujność kupującego. A informacja sprzedającego, że radio się zepsuło, ale „naprawa to kilka groszy”, to już prawdziwy alarm.
O powodziowej przeszłości samochodu mogą także świadczyć wszelkie odbarwienia lub zacieki na lakierze. Warto przyjrzeć się bliżej złączom elektrycznym. Jeśli miedziane styki są zaśniedziałe albo mają dziwny nalot lub co gorsza nie dają się rozłączyć, to istnieje uzasadniona obawa, że z samochodem w przeszłości nie wszystko było w porządku. Inną wskazówką są zaparowane reflektory i zmatowiałe światła odblaskowe.
– Jeżeli istnieje cień podejrzenia, że samochód mógł być zalany przez powódź, wątpliwości rozwieje autoryzowana stacja obsługi. Jeśli właściciel nie zgadza się na takie oględziny, lepiej od razu zrezygnować z transakcji – radzi Mirosław Łagodziński.
Sylwia Królikowska, Sławomir Cichy
/ Polska
Inspekcja Handlowa z Dolnego Śląska ostrzega przed handlarzami, którzy próbują wcisnąć klientom zalany towar. Trzeba uważać na żywność w puszkach i słoikach. Na opakowaniach są zarazki, które po ich otwarciu przenoszą się do jedzenia. Skutek? Salmonella, dur brzuszny, czerwonka i inne choroby, które kończą się pobytem w szpitalu.
– Przecież ta woda przepływała przez cmentarze, kanalizację, szamba. Można w niej znaleźć całą tablicę Mendelejewa. A zwłaszcza teraz, kiedy jest groźba zarażenia świńską grypą, musimy być wyjątkowo ostrożni – apeluje Jadwiga Kojs z Państwowej Inspekcji Handlowej w Wałbrzychu.
Ostrożnym trzeba być przede wszystkim na targowiskach. Zdarzają się przypadki, że handlujący odkupują od właścicieli zalanych sklepów towar za grosze i sprzedają z zyskiem. Była już sytuacja, kiedy właściciel sklepu z ubraniami sprzedał zalaną odzież. Ta była sprzedawana dalej w bardzo promocyjnych cenach. A właściciel sklepu kłamał, że on towar zniszczył i nie wie, co się z nim stało potem.
– A do nas trafiają klienci ze skargami, bo okazuje się, że na przykład kupione przez nich buty po kilku dniach zatęchły. Podobnie dzieje się z ubraniami – mówi Jadwiga Kojs z wałbrzyskiej delegatury PIH.
Sanepid skrupulatnie kontroluje sklepy, zwłaszcza spożywcze, które dotknęła powódź. Właściciele większości z nich przyznają, że z towaru niewiele zostało. Oficjalnie zapewniają, że wszystko, co ocalało, i tak zostało zniszczone.
Mimo to kłodzki sanepid kontroluje wszystkie zalane sklepy. Pracownicy stacji rozdają powodzianom za darmo środki odkażające. Do zalanych gospodarstw trafiła już ponad tona wapna chlorowanego potrzebnego między innymi do odkażania zalanych piwnic.
Profesor Andrzej Gładysz, kierownik Katedry i Kliniki Chorób Zakaźnych Akademii Medycznej we Wrocławiu, ostrzega, że woda może nieść ze sobą mnóstwo niebezpiecznych zarazków.
– A jeżeli mamy podejrzenia, że np. żywność miała z taką wodą kontakt, to najlepiej w ogóle jej nie próbować jeść. Nawet jeśli jest w puszkach czy słoikach – mówi prof. Gładysz. I dodaje, że najwięcej niebezpieczeństw czai się w wodzie, która długo stoi. – Na przykład w mule rozmnażają się drobnoustroje, które żyją w odchodach szczurów. Jeżeli przeniesiemy je do organizmu, skończy się to poważną chorobą – ostrzega.
Przykrymi konsekwencjami dla portfela kończy się zaś kupno zalanego auta. Nawet oczyszczony, wysuszony i na pierwszy rzut oka sprawny samochód po powodzi nadaje się tylko na złom – to jednoznaczna ocena ekspertów. Niektórzy właściciele próbują się jednak pozbyć takich pojazdów, oferując je po okazyjnej cenie na giełdach samochodowych lub w komisach. Właśnie pierwsze „odszykowane” wraki trafiają na giełdy. Auta spod wody będzie można spotkać przez co najmniej kwartał. Potem, jak zwykle, znikną z obiegu handlowego, bo będą miały poważne problemy.
– Ludzie lubią tzw. okazje. W przypadku samochodu z powodzi to wyrzucanie pieniędzy w błoto. Po kilku tygodniach auto, którego nigdy nie da się dokładnie wysuszyć, zaczyna rdzewieć i gnić – mówi Jacek Bednorz, diler samochodów z Katowic. Może się uważać za eksperta, bo kilkadziesiąt samochodów, jakie otrzymał od firmy ubezpieczeniowej po powodzi dziesięć lat temu, nadawało się tylko do utylizacji. – Po jakimś czasie w aucie pojawi się nieprzyjemny zapach, bo maty wygłuszające potrafią przyjąć po kilkanaście litrów wody. Potem odmawia posłuszeństwa elektronika i instalacja elektryczna. Samochód staje się niebezpieczny nawet na postoju. Łatwo o zwarcia, przebicia, a w konsekwencji pożar – wylicza Bednorz.
Arkadiusz Bałazy, szef giełdy w Mysłowicach, pamięta handel autami zalanymi po wielkiej powodzi w 1997 roku. – Dostaliśmy wtedy zlecenie od firmy ubezpieczeniowej na sprzedaż 270 samochodów po powodzi – wspomina. Pamięta, że ceny tych aut były niemal symboliczne, a nabywcy wiedzieli, co kupują. Teoretycznie te pojazdy powinny „iść na części”. – Żadnego z aut nawet nie próbowaliśmy odpalać. Nie znamy też ich dalszego losu. Być może niektóre po oczyszczeniu wróciły na drogi, bo nabywcami często byli pośrednicy – mówi Bałazy.
Mirosław Łagodziński, rzeczoznawca samochodowy, uważa, że przywracanie do życia zalanego samochodu nie ma sensu, choć teoretycznie można go naprawić w autoryzowanej stacji obsługi. – Koszty jednak są ogromne. Remont może przekroczyć wartość nowego samochodu – mówi, zaznaczając, że prywatnie nigdy by takiego auta nie kupił.
Na co więc warto zwrócić uwagę przy oględzinach auta z terenów, gdzie przeszła powódź? Wszelkie zacieki, odbarwienia, plamy na desce rozdzielczej, przełączniki i kratki wentylacyjne poruszające się z trudem powinny wzbudzić czujność kupującego. A informacja sprzedającego, że radio się zepsuło, ale „naprawa to kilka groszy”, to już prawdziwy alarm.
O powodziowej przeszłości samochodu mogą także świadczyć wszelkie odbarwienia lub zacieki na lakierze. Warto przyjrzeć się bliżej złączom elektrycznym. Jeśli miedziane styki są zaśniedziałe albo mają dziwny nalot lub co gorsza nie dają się rozłączyć, to istnieje uzasadniona obawa, że z samochodem w przeszłości nie wszystko było w porządku. Inną wskazówką są zaparowane reflektory i zmatowiałe światła odblaskowe.
– Jeżeli istnieje cień podejrzenia, że samochód mógł być zalany przez powódź, wątpliwości rozwieje autoryzowana stacja obsługi. Jeśli właściciel nie zgadza się na takie oględziny, lepiej od razu zrezygnować z transakcji – radzi Mirosław Łagodziński.
Sylwia Królikowska, Sławomir Cichy
/ Polska








Dodaj komentarz