REKLAMA
WAKACJE NA GIEŁDZIE

Neoliberalizm z pomocą PR oszukał ludzi

2009-03-23 06:00
publikacja
2009-03-23 06:00
O neoliberaliźmie, kryzysie gospodarczym i sposobach na zmniejszenie jego skutków rozmawiamy z profesorem Grzegorzem W. Kołodką, z Akademii Leona Koźmińskiego.

Grzegorz Witold Kołodko - polski polityk, profesor zwyczajny, doktor habilitowany nauk
ekonomicznych, wykładowca akademicki, wicepremier i minister finansów w latach
1994-1997 i 2002-2003. foto: PAP/Paweł Supernak

Jakie są przyczyny obecnej zapaści w gospodarce światowej?

Fundamentalną przyczyną współczesnego kryzysu jest to, że przez okres pokolenia górę wzięła neoliberalna dewiacja gospodarki rynkowej – i to przede wszystkim w czołowych krajach, zwłaszcza w USA i Wielkiej Brytanii. To, co niektórzy przedstawiają jako przyczynę kryzysu, czyli załamanie na amerykańskim rynku poniżej standardowych kredytów hipotecznych, tzw. subprime, nie jest jego źródłem.

To tylko impuls, lont, który odpalił całą zakumulowaną już wcześniej masę krytyczną wybuchu kryzysu. Jeśli nie byłoby tąpnięcia na rynku subprime, to kryzys zapoczątkowałby jakiś inny impuls. I tak doszłoby najpierw do pęknięcia bańki finansowej, a zaraz potem ukazałyby się rozliczne słabości instytucjonalne i deformacje etyczne neoliberalnej odsłony współczesnego kapitalizmu.

Czy można było uniknąć tego kryzysu?

To zależy – kiedy? Gdy zapowiadałem jego nadejście parę lat temu, był już nieuchronny, choć mało kto dawał temu wiarę. To była tylko kwestia czasu. Rozpychał się bowiem agresywny neoliberalizm, ten swoisty kapitalizm spekulantów, podczas gdy dobrą przyszłość trzeba budować na kapitalizmie przedsiębiorców. Świat się zmienił w ciągu ostatniego pokolenia niepomiernie.

30 lat temu instrumenty pochodne w obecnej postaci prawie nie istniały. A teraz, przed pęknięciem bańki spekulacyjnej, ich wartość przekraczała dziesięciokrotnie światowy produkt globalny. W zeszłym roku wyniósł on 71 bln USD, według parytetu siły nabywczej, a według bieżących kursów jakieś 78 bln. Oznacza to, że gdzieś w przedziale 600 – 800 bln USD mieściła się wartość wszystkich papierów rynkowych, z czego gros stanowiły instrumenty pochodne, oderwane od jakichkolwiek form tradycyjnej produkcji i obrotu.

Jest oczywiste, że taka dychotomia nie mogła trwać w nieskończoność. Przerwanie tego lotu ćmy do ognia było możliwe już wcześniej, ale wymagało wielkiej odwagi politycznej, której rządzącym w centrach polityczno-gospodarczych świata nie starczało.

Kryzys był więc do uniknięcia?

Czasami stawiam to pytanie tak: co było możliwe lat temu 3, 13, 30? Otóż trzy lata temu kryzys był nie do uniknięcia. Jednak wówczas można było wciąż jeszcze podejmować określone działania – nie tylko po stronie monetarnej i fiskalnej, ale także w sferze instytucji – by zmniejszyć skutki wstrząsu i załamania. Trzynaście lat temu – w USA za prezydentury Clintona, który jako demokrata był bardziej prospołecznie zorientowany niż republikanie, jak i w Wielkiej Brytanii, za czasów laburzystowskich rządów Blaira, który próbował przełamać syndrom Thatcheryzmu – polityka nie była już w stanie przeciwstawić się neoliberalnej nawałnicy. Można było jeszcze przesunąć niektóre systemowe przesłanki, które nawarstwiały masę krytyczną, ale skuteczny opór okazał się niemożliwy. A trzydzieści lat temu? Oczywiście, że wtedy jeszcze ten kryzys był do uniknięcia.

Z tego wynika wielka lekcja na przyszłość. Wędrując w czasie i przestrzeni załóżmy, że jesteśmy już w roku 2039 i nadszedł kolejny wielki kryzys. Bo w przyszłości też będą kryzysy, również wielkie, o czym piszę w „Wędrującym świecie”. Z gospodarowania bowiem nie zniknie nieracjonalność, gdyż nie zniknie ani chciwość, ani głupota – ci dwaj wielcy wrogowie racjonalności i zdrowego rozsądku.

Niestety, tak ludzkość, jak i jej tzw. elity, również z obecnego kryzysu nie wyciągną właściwych wniosków i nie nauczą się, w jaki sposób prowadzić sprawy, by unikać dewastacyjnych wstrząsów i załamań. I wtedy – za następne pokolenie – znowu pojawi się pytanie: czy tego kryzysu można było uniknąć? I może znowu odpowiedziałbym: trzy lata temu, w roku 2036, było już absolutnie za późno. Trzynaście lat temu?

Można było jeszcze zmieniać proporcje strumieni i zasobów, jak i poprzesuwać co nieco w wartościach, instytucjach i polityce, łagodząc skalę zaburzeń wywoływanych piętrzącą się nierównowagą, gdyż w tym rzecz. A trzydzieści lat temu, w roku 2009? Oczywiście tak, ten kryzys był do uniknięcia.

Ekonomia też postępuje do przodu. Czy mimo to wciąż za mało wiemy, jak eliminować zagrożenia dla gospodarki, czy chodzi o coś innego?

Uważam, że od strony teoretycznej da się wyjaśnić co i dlaczego się dzieje. Ale niestety, wciąż nie starcza możliwości politycznych, by działania opierające się na poprawnej teorii brały górę w praktyce. Krótkowzroczność i nieodpowiedzialność, mylenie celów ze środkami, próby utowarowienia i podporządkowania zyskowności bez mała wszystkiego, uprzedmiotowienie człowieka i wynoszenie mamony na najwyższe ołtarze – to wszystko przesądziło, że ten kryzys musiał nadejść. Jak mógł nie nadejść?!

Jeśli z neoliberalizmem ludzkość nie rozprawi się na tym zakręcie historii, to jego mutanty będą powodowały kryzysy również w przyszłości. Jeden z rozdziałów „Wędrującego świata” nosi tytuł „Upadający neoliberalizm i jego marna spuścizna”. Nie napisałem „upadły” czy „martwy”, bo on jeszcze nie upadł. Próbuje wyłgać się z odpowiedzialności intelektualnej, politycznej i moralnej za to, co się dzieje. Widać to codziennie. Także nadwiślańscy neoliberałowie wołają, zgodnie z zasadą „krzyczy złodziej, łapaj złodzieja!”, że to Keynesizm albo interwencjonizm państwowy, czy też zbytnia troska społeczna o funkcjonowanie i rozwój gospodarki wpędziły nas w szpony kryzysu. A to nieprawda, gdyż praprzyczyną kryzysu jest rozpanoszenie się neoliberalizmu.

Co było największym grzechem neoliberalizmu? Brak regulacji systemowych czy zwykła pazerność?

Neoliberalizm jest w swej istocie przeciwnikiem regulacji i dlatego uczynił z państwa wroga publicznego nr 1. Ale nie to było najważniejsze. Oprócz tego, że hołubi i uszlachetnia takie przywary jak chciwość i zachłanność, to myli środki polityki z jej celami. Oczywiście nie przypadkowo, gdyż ma to służyć poprawie sytuacji bogatszych grup kosztem uboższych. I do czasu to się udawało. Nawet nieźle.

Takie zadania cząstkowe, jak mały deficyt budżetowy, niska inflacja, prywatyzacja, jakiś upatrzony reżim kursowy – raz zupełnie sztywny, innym razem całkowicie płynny – to środki polityki gospodarczej, której celem jest zrównoważony, tak finansowo, jak i społecznie, a także ekologicznie rozwój gospodarczy. Niełatwo go mierzyć i już nie tylko PKB, którego spadkiem w bogatych krajach tak się ekscytujemy, ale także ONZ-owski HDI (Human Development Index) nie są tu adekwatne.

W „Wędrującym świecie” proponuje Pan nową miarę – Zintegrowany Indeks Pomyślności…

Tak. I w tym indeksie ZIP zmiana wartości PKB waży tylko 0,4, a pozostałe 0,6 jest funkcją innych czynników, w tym kapitału ludzkiego, zasobów czasu wolnego, stanu środowiska naturalnego, subiektywnej oceny sposobu rządzenia. Przy tym wszystkim ZIP bynajmniej nie gubi z pola widzenia troski o równowagę finansową.

Gdyby aktywność gospodarcza ukierunkowana była na długookresową maksymalizację ZIP, to nie byłoby kryzysów. Ale to sprawa wciąż bardzo odległa. Na razie walczyć trzeba o jak najwięcej zdrowego rozsądku. Stąd też z teorii koincydencji rozwoju wyprowadzam nowy pragmatyzm, który w moim przekonaniu jest jedyną sensowną alternatywą dla wciąż istniejącego zagrożenia neoliberalizmu z jednej strony i populizmu z drugiej.

Czym najwyraźniej kryzys objawił się w naszym kraju?

Cóż, karani jesteśmy za dobre uczynki. Dekoniunktura u naszych zachodnich partnerów, zwłaszcza w Niemczech, dotyka nas mocno, bo udało się podczas minionych kilkunastu lat nadać strukturze produkcji coraz bardziej proeksportową orientację. Niestety, niedostatecznie zróżnicowaną produktowo i geograficznie. Ale karze się nas także za uczynki już mniej jednoznaczne, zwłaszcza za wyprzedaż zasadniczej części sektora bankowego kapitałowi zagranicznemu. Przestrzegano przed tym.

Nader dewastujące są skutki szerokiego stosowania opcji walutowych. Na tym przykładzie widać, jak nastąpiło utowarowienie oczekiwań, niekoniecznie racjonalnych. Skłonione do nich zostały nie tylko duże firmy, ale również wielu ludzi z klasy średniej. To bardzo niebezpieczne, gdyż niektórzy z nich zwątpić mogą w rynek i demokrację. Już wątpią. Wielu wykształconych specjalistów młodego pokolenia dało się nabrać – bo to jest właściwe określenie – na opcje walutowe przy zaciąganiu kredytów, zwłaszcza mieszkaniowych. Teraz dopiero zaczynają przeglądać na oczy.

W „Wędrującym świecie” pisze Pan, że gdyby ten kryzys miał nie nadejść, to na dobrą sprawę należałoby go przyspieszyć. Dlatego, że obecna sytuacja stwarza szansę na oczyszczenie rynku?

Na pewno. Widząc już jakiś czas temu nieuchronność kolejnych zdarzeń, wiedziałem, że im później ta nieuchronność stanie się rzeczywistością, tym bardziej kryzys będzie kosztowny. Jego skala odpowiada dysproporcji między nadętym sektorem finansowym a sektorem realnym, od którego się oderwał. Choć jest to kryzys systemowy, nie jest to bynajmniej kryzys kapitalizmu.

Ten sobie poradzi. Miejmy nadzieję, że potem będzie to już inny kapitalizm. W 1929 r., gdy zaczynał się tamten wielki zamęt, nikt nie wiedział, co się z niego wyłoni. Wtedy nie było takich pojęć jak Keynesizm po stronie teoretycznej, czy New Deal po praktycznej. Nie było też takich paskudztw, jak późniejszy niemiecki faszyzm czy japoński militaryzm. Z tamtego kryzysu nie zrodziły się same dobre rzeczy. A co wyjdzie z tego? Same dobre rzeczy? Na pewno nie. Trzeba uważać, bo wiele dzieje się naraz. I bez tego kryzysu piętrzących się problemów było mnóstwo.

W jakie grupy społeczne najmocniej uderzy obecna sytuacja?

Na razie najbardziej odczuwa ten kryzys górna warstwa klasy średniej i sektor finansowy, ale to się coraz szybciej przesuwa do dolnej warstwy klasy średniej i w ogóle do klasy dolnej – ludu pracującego i niepracującego miast i wsi. Ludzie będą tracić pracę, a wiele firm straci nie tylko kontrakty, ale upadnie. Już upada. Na tym tle narastać będzie fala niezadowolenia społecznego. Z czasem – dość prędko – przerodzi się w falę kontestacji politycznej.

Niekoniecznie znajdzie to ujście w formie demokratycznej artykulacji, zwłaszcza, że demokracja będzie miała niewiele do zaproponowania. Ta demokracja – mówiąca ustami prezydenta, premiera, rządu, parlamentu, banku centralnego – uważa, że niewiele da się zrobić, bo kryzys jest światowy i przyszedł z zagranicy. Taka polityka może tylko przegrać. I słusznie.

A czy kryzys zadziała jak katharsis? Może, nie musi. Toczy się zażarta walka finansowa i gospodarcza, ale także ideologiczna i polityczna. Ścierają się koncepcje i idee, ale nade wszystko interesy. Niestety bywa, że podpalaczy zatrudnia się w straży pożarnej, a przestępców na policji. Ci, którzy za swoje ewidentne błędy powinni być odsunięci od mądrzenia się i rządzenia innymi, starają się utrzymać przy swoich wpływach gospodarczych i politycznych.

Nie jestem wcale przekonany, czy wygra zdrowy rozsądek, mądrość, troska społeczna, zdolność do tworzenia instytucji i mechanizmów podporządkowujących interesy grupowe interesom ogółu. Neoliberalizm polega na tym właśnie, że narzuca się jako ogólny interes partykularny tych, którzy i tak już nieźle wysforowali się finansowo do przodu. Jest jednak coś, czego można uczyć się od neoliberalizmu. Jest naprawdę godny podziwu, jeśli idzie o skuteczność propagandy, od jakiegoś czasu nazywanej PR. Tak skutecznie okłamywać jak neoliberalizm, nie potrafił nikt.

Jest jakiś sposób, by przy tak dużym natężeniu manipulacji wyjść z impasu?

Wyjść z tego zamętu trzeba poprzez ucieczkę do przodu. Nie ma do czego wracać. By jednak ta ucieczka się powiodła, zmienić musi się nie tylko polityka i wiele instytucji, ale także wartości. W przyszłości świat może być zdecydowanie lepszy od tego sprzed kryzysu.

Rzecz w tym, by nie dać się ograć. Neoliberalizm chce powrotu do status quo ante. Robi co może, by w jakiś sposób poklajstrować dziury, pomajstrować to tu, to tam, poprawić co nieco regulacje, by szybko wrócić na swój tor, czyli w koleiny, które znów musiałyby zaprowadzić nas na manowce. Neoliberalizm ani nie uderzy się w piersi, ani też nie stuknie się w głowę. Nie posypie też sobie głowy popiołem. Nie oczekujmy tego, tylko ataku, próby zakrzyczenia prawdy. To trwa cały czas. Dalej skompromitowane, wydawałoby się, swymi intelektualnymi i politycznymi, biznesowymi i etycznymi błędami „gadające głowy” pojawiają się w mediach – w telewizji, prasie, internecie, radio – troszcząc się o swoje interesy „w trosce” o te społeczne, cudze, państwowe, narodowe, europejskie, światowe…

Wciąż przy tym wszystkim jest tyle dogmatyzmu i doktrynerstwa, że wielu ludzi nie potrafi zrozumieć, co się wokół tak naprawdę dzieje. I o to chodzi… I temu przeciwstawiam się w „Wędrującym świecie”, pokazując co od czego zależy i co czynić, by było lepiej.

Wspomniał Pan o PR, którym posłużył się neoliberalizm. A może instytucje państwowe również mogłyby użyć tego narzędzia w celu naprawienia sytuacji i zapobiegania przyszłym kłopotom?

Oczywiście, że potrzebne są dyskusja i dialog. Sprawą kluczową, niedocenianą w teorii ekonomii i praktyce gospodarczej jest informacja. Ortodoksyjna myśl ekonomiczna opiera się na założeniu, że podmioty gospodarcze zachowują się racjonalnie. Co to znaczy? Otóż racjonalnie postępuje ten, kto działa na swoją korzyść, zważywszy na informacje. Akcent położony jest zatem na informacje. Bywają one ważniejsze od pieniędzy.

Kto rozumie, ten wychodzi na swoje. Specjalnie mówię, kto „rozumie”, a nie kto „wie”. Umiejętne dysponowanie przez nas informacją to znajomość faktów oraz zdolność ich interpretacji. „My” to może być ludzkość, Unia Europejska, Polska, budżet, bank centralny, rodzina Kowalskich, redakcja „Gazety Finansowej”.

Każdy. Cała masa podejmowanych decyzji wszak tylko z pozoru jest racjonalna, ponieważ występuje masa szumów w przekazach. W jakże wielu przypadkach celowo. Weźmy nieszczęsny przypadek rodzin, które dały się namówić na opcję walutową, biorąc kredyt mieszkaniowy na pół miliona, a teraz mają do spłacenia już tego miliona trzy czwarte. Czy zachowały się irracjonalnie? Działały na własną korzyść, zważywszy na informacje, jakie posiadały? To doradcy i media mówiły im: bierz kredyt we frankach, bo polski złoty się wzmacnia i będzie dalej się wzmacniał. A wzmacniać się nie mógł, bo złoty był już wtedy nadwartościowy.

Winni są zatem doradcy, analitycy – kto?

Nie każdy potrafi sam zinterpretować dane statystyczne, opiera się więc na sugestiach, radach. Ex post okazuje się, że działania racjonalne były podejmowane na szkodę takiich rodzin. Gdybym był idealistą – a nie jestem, bo bliski mi racjonalizm i pragmatyzm – to powiedziałbym: trzeba walczyć o symetrię, rzetelność informacji, profesjonalizm, odpowiedzialność.

Ba, modlić się o to bez mała trzeba. To się módlcie, a życie i tak będzie toczyło się, jak się toczy! I chociaż przykładam wielkie znaczenie do etyki, to zasadniczo polegam na instytucjach, a więc stosownych regułach ekonomicznej gry, o które w imieniu społeczeństwa zadbać może tylko państwo.

W gospodarce rynkowej przedsiębiorstwa nie są od „społecznej odpowiedzialności”, tylko od robienia zysków. One same nie zatroszczą się o ani środowisko naturalne, ani o walkę z biedą, ani o kapitał społeczny, ani o edukację społeczeństwa. Zatroszczą się – i od tego są – o maksymalną stopę zwrotu z zaangażowanego kapitału i zwiększanie dywidendy dla właścicieli. To jest ich społeczna misja. Rolą państwa zaś jest stworzenie ram – w tym także ograniczeń dla szkodliwych ekscesów prywatnej przedsiębiorczości – by minimalizować negatywne ich skutki dla innych uczestników gry.

Odwołuje się Pan w swojej książce „Wędrujący świat” do gospodarki skandynawskiej – najbardziej zbliżonej ideałowi, opartej na kapitalizmie społecznym. Ale przecież i tam są problemy…

Problemy są i będą wszędzie. Ale to nie kwestia przypadku, że państwa skandynawskie lądują na szczytach wszystkich rankingów: zadowolenia z życia, bogactwa, konkurencyjności, czystości środowiska, dostępu do internetu, niskiego stopnia skorumpowania, małej przestępczości, etc. To zasługa społecznej gospodarki rynkowej, która polega m.in. na tym, że znaczna część dochodu narodowego jest redystrybuowana poprzez system finansów publicznych po to, by rozwiązywać potrzeby zbiorowe, wykorzystując dynamikę prywatnego rynku jako czołową siłę ekspansji gospodarczej, ale bynajmniej nie podporządkowując prywatnym interesom całego społeczeństwa.

Daje to pewną harmonię, która biznesowi tylko na dobre wychodzi. Jest oczywiste, że rynek sam z siebie jest ułomny, jeśli chodzi o podział wytwarzanej produkcji. Prowadzi bowiem nie tylko do konfliktogennych nierówności, ale także do dysproporcji, które nie mają ścisłego związku z wydajnością pracy oraz produktywnością kapitału. Państwo musi to korygować. Może to robić fatalnie, jak w skrajnym przypadku Zimbabwe, czy też wcale nieźle, jak właśnie w gospodarkach skandynawskich. Dodam, że gdyby we współczesnej fazie globalizacji gospodarki poszły drogą skandynawską, nie byłoby obecnego kryzysu.

Skoro społeczna gospodarka rynkowa jest najlepszym systemem, to czemu przez ostatnie 20 lat nie udało się wprowadzić tego modelu w Polsce?

Aby zbudować społeczną gospodarkę rynkową, potrzebny jest zgodny wysiłek co najmniej jednopokoleniowy. Gdybyśmy starali się tworzyć taki system przez całe minione dwie dekady, to mielibyśmy go. Niestety, błędy okresu szoków bez terapii na początku lat 90. i powrót w latach 1998 – 2001 do skrzyżowania nadwiślańskiego neoliberalizmu z prawicowym populizmem nie mogły wzmocnić urzeczywistniania idei społecznej gospodarki rynkowej, która przyświecała skutecznemu wdrażaniu „Strategii dla Polski” w latach 1994 – 97. Neoliberalizm dba o inne, węższe interesy niż te, z definicji, społeczne.

Siła oddziaływania państw skandynawskich w toczącej się światowej grze idei i interesów jest stosunkowo słaba. Na początku lat 90. Niemcy były tak zajęte wchłanianiem wschodnich landów, że nie mogły się zająć wspomaganiem tworzenia społecznej gospodarki rynkowej w krajach posocjalistycznej transformacji. Było to również poza sferą zainteresowania Japonii, która sama weszła w kryzys strukturalny.

Tak więc sprawy pozostawiono zasadniczo wpływom angloamerykańskim. Wówczas w USA królowała reaganomika, a w Wielkiej Brytanii thatcheryzm, czyli neoliberalizm w pełnej krasie. Znalazł on, zwłaszcza w Polsce, wiernych i gorliwych uczniów.

W „Wędrującym świecie” wysnuł Pan tezę, że należałoby wprowadzić globalną walutę. Tyle, że dzisiaj wspólnej waluty nie mają nawet wszystkie unijne państwa. Czy w obecnej sytuacji powinniśmy starać się o wejście do strefy euro?

Wspólny światowy pieniądz to bardzo odległa perspektywa. Zanim będzie to realistyczny projekt, powstawać i rozwijać się będą waluty regionalnych ugrupowań integracyjnych. Obecnie najważniejszy jest tu obszar euro. Szkoda, że nie udało się wprowadzić tam Polski, tak jak w Słowenii już w 2007 r., co proponowałem w „Programie Naprawy Finansów Rzeczypospolitej”. Było to możliwe.

Kwestia wchodzić czy nie, została już politycznie rozstrzygnięta w traktacie akcesyjnym i w referendum sprzed sześciu lat. A ekonomiczne argumenty za przystąpieniem do euro są oczywiste. Zasadnicze pytanie, jakie pozostaje, to po jakim kursie? Musi to być kurs strategicznej równowagi zewnętrznej, czyli długookresowego zrównoważenia bilansu płatniczego. Oznacza to, że startując z obecnego deficytu na rachunku obrotów bieżących w wysokości ponad 28 mld dolarów kurs konwergencji walutowej zapewniać musi szybszy wzrost eksportu niż importu. Konsekwentnie uważam, że powinien kształtować się mniej więcej na poziomie 4 złotych za euro.

Oczywiście samo wejście do strefy euro na krótką metę problemów nam nie rozwiąże, choć wpływu na stabilizację oczekiwań nie sposób nie doceniać. Natomiast niewejście do strefy euro to w obecnej sytuacji katastrofa dla polskiej gospodarki. Już przystąpienie do ERMII będzie osiągnięciem rządu – co chcę podkreślić. No, a skoro opozycji nie zależy na sukcesie rządu, to i dyskusja na temat referendum w sprawie euro ma charakter cynicznej gry politycznej. Stosowanie w polityce nieracjonalnego podejścia „im gorzej, tym lepiej”, jest bardzo szkodliwe. Im lepiej, tym lepiej.

Rozmawiał Jerzy Mosoń

Wędrujący sukces, czyli polemika z tezami prof. Kołodko

Pan Profesor Grzegorz W. Kołodko napisał list do Pana Premiera Donalda Tuska. Pan Profesor napisał bo mu żal. Jak ktoś by chciał, proszę zrobić pewien eksperyment: Tam gdzie Pan Profesor pisze „neoliberalizm” - wstawić „kapitalizm”, a tam gdzie „neoliberałowie” - wstawić „burżuazja”. Reszta będzie wyśmienicie pasowała...

Więcej na blogu Roberta Gwiazdowskiego. Zapraszamy.
Źródło:
Tematy
Nie tylko 0 zł za konto. Sprawdź, które rachunki firmowe naprawdę się opłacają
Nie tylko 0 zł za konto. Sprawdź, które rachunki firmowe naprawdę się opłacają

Komentarze (33)

dodaj komentarz
~gregUPR
Jeżeli teraz mamy neoliberalizm, to jak można nazwać czasy Adama Smitha czy reformy Chicago Boys w Chile?
~Adam de R
Niektorzy mieli szczescie, ze kiedys tytuly dawali za za wiernosc i oddanie jedynej slusznej sprawie
~michalUPR
neoliberalizm ? Niech ludzie przestaja znac slow ktorych znaczenia NIE rozumeiją lub celowo uzywają by ludzi do czegos zniechecic
~bob
Każdy kij ma dwa końce, a pan Kołodko widzi tylko ten jeden. To prawda, że zależność od zachodnich banków-matek może narobić sporo kłopotów bankom krajowym. Prawdą jest też, że kredyciarze od franków mają dziś cięższe dni.
A co jest na drugim końcu kija? A to, że gdybyśmy trzymali w zamknięciu polski system bankowy i administracyjnie
Każdy kij ma dwa końce, a pan Kołodko widzi tylko ten jeden. To prawda, że zależność od zachodnich banków-matek może narobić sporo kłopotów bankom krajowym. Prawdą jest też, że kredyciarze od franków mają dziś cięższe dni.
A co jest na drugim końcu kija? A to, że gdybyśmy trzymali w zamknięciu polski system bankowy i administracyjnie zablokowali kredytowanie we franku, to dziesiątki tysięcy ludzi by nie kupiło własnego mieszkania, bo nie mieliby zdolności kredytowej.
Można sznureczek ciągnąć dalej - gdyby nie kupowali mieszkań, to nie byłoby takiego spekulacyjnego pompowania cen na rynku nieruchomości - ale za to sektor budowlany miałby się źle, itp, itd.
Pan Kołodko niestety patrzy na gospodarkę dosyć jednostronnie.
~kapitan zbik
do obroncow kolodki; jest on jak najbardziej "grozny", bo na tym polega zabawa, ,zeby z wyrezyserowanego przez mafijna oligarchie "kryzysu kapitalizmu" przejsc do ogolnoswiatowego zamordyzmu, gdzie 90% zapier... za miske ryzu z chipem pod skora na rzecz tejze oligarchii, wiec bredzenie, ze "kapitalizm" do obroncow kolodki; jest on jak najbardziej "grozny", bo na tym polega zabawa, ,zeby z wyrezyserowanego przez mafijna oligarchie "kryzysu kapitalizmu" przejsc do ogolnoswiatowego zamordyzmu, gdzie 90% zapier... za miske ryzu z chipem pod skora na rzecz tejze oligarchii, wiec bredzenie, ze "kapitalizm" zawiodl jest niezbedne i piwinno je wypowiadac jak najwiecej "autorytetow", pomijajac juz ywykle podlaczenie sie pod nowy koniunkturalizm (plucie na "kapitalizm" jako forma poprawnosci politycznej)
~koszyk
Profesorek z ekonomii chcial wyjasnic narodowi.Zaczal tworzyc zdania dziwne,uzywajac roznych slow.O zapasci w gospodarce,o odslonie,deformacji,nawalnicy,regulacji po kolacji.Krzyczy zlodziej lap zlodzieja !Niska inflacja? Prwatyzacja?ONZ-owski HDI ?
Rozwiniety index cz zwiniety pindex ? Swiat mu wedruje , on proponuje wyjscie
Profesorek z ekonomii chcial wyjasnic narodowi.Zaczal tworzyc zdania dziwne,uzywajac roznych slow.O zapasci w gospodarce,o odslonie,deformacji,nawalnicy,regulacji po kolacji.Krzyczy zlodziej lap zlodzieja !Niska inflacja? Prwatyzacja?ONZ-owski HDI ?
Rozwiniety index cz zwiniety pindex ? Swiat mu wedruje , on proponuje wyjscie z impasu w strone eurolasu.Bank centralny,rodzina mlodych Kowalskich to kwestia przpadku bratku na wiosennym kwiatku.
~hukers
czytalem wedrujacy swiat i fakt ze kolodko byl komuchem i popieral kiedys gospodarke planowana a teraz popiera gospodarke rynkowo spoleczna mi nie przeszkadza, na dzien dzieijszy pisze prawde, neoliberalizm to banki inwestycyjne w usa czyli schemat ponziego, brali kredyty zeby kupowac ryzykowne instrumenty aby zapewnic stopy zwrotu czytalem wedrujacy swiat i fakt ze kolodko byl komuchem i popieral kiedys gospodarke planowana a teraz popiera gospodarke rynkowo spoleczna mi nie przeszkadza, na dzien dzieijszy pisze prawde, neoliberalizm to banki inwestycyjne w usa czyli schemat ponziego, brali kredyty zeby kupowac ryzykowne instrumenty aby zapewnic stopy zwrotu akcjonariuszom i wyplacic od nich premie zarzadzajacym przy czym panstwo nie moglo im w tym przeszkadzac, tak to wszystko bylo ustawione, o tym pisze Kolodko, o tym ze ten bank gra na instrumentach po to aby od kowalskiego wyciagnac pieniadze, a gdzie niby te pieniadze z podwyzszonej raty kredytu mieszkaniowego leca jak nie do jp morgan tyle ze kowalski nawet nie zna tej nazwy. Uczcie sie zyc w takim swiecie bo na kazdym kroku czycha ktos zeby was wycyckac. Moze Kolodko kiedys byl komuchem ale sie nawrocil i pisze prawde jak jest. Dlugo by o tym pisac, szkoda gadac
lotjanek
Kolego ~huckers, zalecam lekturę klasyków, np. Misesa lub Hayeka; to pozwoli trochę więcej rozumieć z otaczajacego świata.
~TOMASZ
Szanowni internauci!!!
W zamieszczonych wpisach sa tylko szyderstwa, kpiny i epitety.
Kompletny brak JAKICHKOLWIEK merytorycznych kontrargumentow .
Przebija prymitywizm w odniesieniu do analizy tego co sie obecnie dzieje.
Jest Balcerowicz, jego wizja ekonomii i nic wiecej.
Fakty z codziennej rzeczywistosci zaprzeczaja
Szanowni internauci!!!
W zamieszczonych wpisach sa tylko szyderstwa, kpiny i epitety.
Kompletny brak JAKICHKOLWIEK merytorycznych kontrargumentow .
Przebija prymitywizm w odniesieniu do analizy tego co sie obecnie dzieje.
Jest Balcerowicz, jego wizja ekonomii i nic wiecej.
Fakty z codziennej rzeczywistosci zaprzeczaja wprawdzie "myslom" guru
polskiej ekonomii-tej OFICJALNEJ- ale tym gorzej tylko dla faktow i kropka.
Szanowni- prosze o troche elementarnej kultury i uczciwosci w dyskusji.
Epitety i szyderstwa sa wtedy gdy tak naprawde nie ma kontrargumentow.
~bez orderu
Jak widzicie wyżej koleżanki i koledzy, udało mi się załatwić order dla Pana Kołodki.

Na złożony wniosek o treści :

Jeżeli istnieje możliwość przyznania orderu komuś z działu polityka i gospodarka ,to składam wniosek o udekorowanie Pana Kołodki za artykuł tam umieszczony.

Artykuł składa się z ok. 5 tyś słów
Jak widzicie wyżej koleżanki i koledzy, udało mi się załatwić order dla Pana Kołodki.

Na złożony wniosek o treści :

Jeżeli istnieje możliwość przyznania orderu komuś z działu polityka i gospodarka ,to składam wniosek o udekorowanie Pana Kołodki za artykuł tam umieszczony.

Artykuł składa się z ok. 5 tyś słów i jest stekiem bzdur.
Autor przy tym nie załączył zaświadczenia o niedyspozycji psychicznej ,tak wiec kwalifikuje się do odznaczenia pierwszego stopnia.

Z góry dziękuję za rozpatrzenie wniosku.

Odpowiedziano pozytywnie.

Powiązane:

Polecane

Najnowsze

Popularne

Ważne linki