2008-01-22 12:04 Źródło: Noble Bank
Korekta nie będzie wieczna
Euforia po przezwyciężeniu kryzysu kredytowego w Stanach przyciągnie kapitał na rynki wschodzące. W 1998 roku miał miejsce kryzys walutowy w Rosji, który doprowadził jeden z najbardziej po-pularnych funduszy hedgingowych w Stanach na skraj bankructwa. LTCM powstał w 1994 roku założony przez byłego wiceprezesa Salomon Brothers, który ściągnął do swojej firmy między innymi Roberta Merona - laureata nagrody Nobla w ekonomii. Przez pierwsze lata działalności, fundusz radził sobie świetnie, przynosząc co roku 40-procentowe zyski.
Jednak niekorzystna relacja zmian poszczególnych aktywów podczas kryzysu rosyjskiego sprawiła, że jego strategia arbitrażowa okazała się nieskuteczna, a ponieważ zakładała wykorzystanie bardzo dużego lewarowania (gra za pożyczone pieniądze), straty poszły w miliardy dolarów. Pociągnęło to za sobą silne spadki na Wall Street oraz obniżki stóp procentowych przez FED, który chciał przeciwdziałać panice.
Nie będę rozpisywał się nad analizą obecnego kryzysu kredytowego za oceanem, ani prognozował jego rozwoju, bowiem wiele zostało już na ten temat napisane, a spowolnienie gospodarki amerykańskiej w najbliższych kwartałach jest tak oczywiste, że otwarcie może nawet mówić o nim Ben Bernanke, prezes FED. Oczywiste są również analogie do 1999 roku. Zwrócę jednak uwagę, że przy ostatnich silnych spadkach na giełdzie nowojorskiej indeksy rynków wschodzących radziły sobie całkiem nieźle (poza Europą Środkowo-Wschodnią, która powoli przestaje być traktowana jak rynek wschodzący).
Oczywiście również i one traciły po kilka procent na pojedynczych sesjach, ale biorąc pod uwagę skalę wzrostów od początku roku, nie były to przeceny głębokie, a inwestorzy, którzy kupili 1 stycznia jednostki funduszy inwestujących na giełdach Azji lub Ameryki Łacińskiej nadal cieszą się zyskami liczonymi w dziesiątkach procent. To świadczy o sile wspomnianych rynków.
To się już dzieje
Zmianę nastawiania do rynków wschodzących widać doskonale po rentowności obligacji, które emitują ich rządy. W 2002 roku oprocentowanie papierów skarbowych na rynkach wschodzących było średnio 10 punktów procentowych wyższe, niż w przypadku ich amerykańskich odpowiedników. Miało to na celu przyciągnięcie kapitału zagranicznego, który potrzebował dodatkowej premii za ryzyko inwestycji w młodą gospodarkę.
Przy obecnych problemach krajów rozwiniętych nie można być pewnym, że są one bezpieczniejszym miejscem dla kapitału, co przełożyło się na spadek wspomnianej różnicy w oprocentowaniu do zaledwie dwóch punktów proc. Po części, jest to również związane z umacnianiem się walut rynków wschodzących, które „podkręca” zyskowność inwestycji w aktywa w nich wyceniane.
Czy problemy amerykańskiej gospodarki mogą być początkiem recesji, która przez ponad rok będzie ciągnęła indeksy giełd na całym świecie w dół? Mało prawdopodobne. Hossa zawsze kończy się euforią, kiedy przez parę miesięcy indeksy każdego tygodnia pną się o kilka procent w górę i nikt nie wierzy, że ta sielanka może się skończyć. Obecne nastroje na rynkach finansowych daleko od tego odbiegają. A jeżeli sytuacja z 1999 roku się powtórzy i powstanie bąbel spekulacyjny na rynku akcji, wybór inwestorów prawie na pewno padnie na aktywa rynków wschodzących.
Łukasz Mickiewicz, Analityk Open Finance
Jednak niekorzystna relacja zmian poszczególnych aktywów podczas kryzysu rosyjskiego sprawiła, że jego strategia arbitrażowa okazała się nieskuteczna, a ponieważ zakładała wykorzystanie bardzo dużego lewarowania (gra za pożyczone pieniądze), straty poszły w miliardy dolarów. Pociągnęło to za sobą silne spadki na Wall Street oraz obniżki stóp procentowych przez FED, który chciał przeciwdziałać panice.
Nie będę rozpisywał się nad analizą obecnego kryzysu kredytowego za oceanem, ani prognozował jego rozwoju, bowiem wiele zostało już na ten temat napisane, a spowolnienie gospodarki amerykańskiej w najbliższych kwartałach jest tak oczywiste, że otwarcie może nawet mówić o nim Ben Bernanke, prezes FED. Oczywiste są również analogie do 1999 roku. Zwrócę jednak uwagę, że przy ostatnich silnych spadkach na giełdzie nowojorskiej indeksy rynków wschodzących radziły sobie całkiem nieźle (poza Europą Środkowo-Wschodnią, która powoli przestaje być traktowana jak rynek wschodzący).
Oczywiście również i one traciły po kilka procent na pojedynczych sesjach, ale biorąc pod uwagę skalę wzrostów od początku roku, nie były to przeceny głębokie, a inwestorzy, którzy kupili 1 stycznia jednostki funduszy inwestujących na giełdach Azji lub Ameryki Łacińskiej nadal cieszą się zyskami liczonymi w dziesiątkach procent. To świadczy o sile wspomnianych rynków.
To się już dzieje
Zmianę nastawiania do rynków wschodzących widać doskonale po rentowności obligacji, które emitują ich rządy. W 2002 roku oprocentowanie papierów skarbowych na rynkach wschodzących było średnio 10 punktów procentowych wyższe, niż w przypadku ich amerykańskich odpowiedników. Miało to na celu przyciągnięcie kapitału zagranicznego, który potrzebował dodatkowej premii za ryzyko inwestycji w młodą gospodarkę.
Przy obecnych problemach krajów rozwiniętych nie można być pewnym, że są one bezpieczniejszym miejscem dla kapitału, co przełożyło się na spadek wspomnianej różnicy w oprocentowaniu do zaledwie dwóch punktów proc. Po części, jest to również związane z umacnianiem się walut rynków wschodzących, które „podkręca” zyskowność inwestycji w aktywa w nich wyceniane.
Czy problemy amerykańskiej gospodarki mogą być początkiem recesji, która przez ponad rok będzie ciągnęła indeksy giełd na całym świecie w dół? Mało prawdopodobne. Hossa zawsze kończy się euforią, kiedy przez parę miesięcy indeksy każdego tygodnia pną się o kilka procent w górę i nikt nie wierzy, że ta sielanka może się skończyć. Obecne nastroje na rynkach finansowych daleko od tego odbiegają. A jeżeli sytuacja z 1999 roku się powtórzy i powstanie bąbel spekulacyjny na rynku akcji, wybór inwestorów prawie na pewno padnie na aktywa rynków wschodzących.
Łukasz Mickiewicz, Analityk Open Finance

Dodaj komentarz