2008-12-04 06:00 Źródło: manager magazin
Koniec kredytowego eldorado
Kredyty. Banki zaczęły szanować pieniądz
i w efekcie zakręcają
kurek z pożyczkami.
Rok 2001 i 2002. Tysiące relatywnie tanich mieszkań w cenie 3 tys. zł za metr (łza się w oku kręci…) w atrakcyjnych lokalizacjach Warszawy czekają na właścicieli. Bez skutku. Ci z trzech milionów Polaków, którzy chcieliby się do nich wprowadzić, mogą o tym tylko pomarzyć. Bariera – brak wkładu własnego i zdolności kredytowej.
Historia lubi się powtarzać. Najbliższe dwa lata mogą, zdaniem ekspertów, wyglądać podobnie: będzie popyt, będzie podaż, zabraknie tylko „oleju” – skłonności banków do dawania długoterminowych pożyczek. – Na usztywnieniu polityki banków najbardziej ucierpią kredytobiorcy hipoteczni – nie ma wątpliwości Jacek Wiśniewski, główny ekonomista Raiffeisen Banku. – W sytuacji występowania niedostatku depozytów instytucje finansowe będą preferować pożyczki o krótkim terminie zapadalności. Dostępność kredytu dodatkowo będzie ograniczać jego koszt: drogi pieniądz bankowy oznacza podniesienie marży o 100 – 200 punktów bazowych.
Blady strach padł na tych, którzy liczyli na – ciągle tańszy – kredyt we frankach. Banki, podnosząc natychmiast marże, często do poziomów zaporowych (3,5 proc.), wysłały jednoznaczny sygnał: to koniec ery franka. – Najbardziej ucierpią ci, którzy mają dochodowość i płynność, ale nie mają wkładu własnego – uważa Włodzimierz Bogucki, założyciel Vindigo Capital Partners w Genewie, wcześniej odpowiedzialny za bankowość prywatną w Europie Środkowo-Wschodniej dla szwajcarskiego Citibanku.
Byłoby to, jego zdaniem, wylewanie dziecka z kąpielą, ponieważ w krajach rozwijających się, bez znacznych prywatnych zasobów, nieco luźniejsza polityka, zwłaszcza w kredytach hipotecznych, jest w pełni uzasadniona. Rynek nie znosi próżni, więc, według Boguckiego, restrykcje zachęcą do wejścia na polski rynek nowych graczy, gotowych kredytować udziały własne.
– Pytanie, czy pozwoli na to regulator, i czy Polska, ze swoją mimo wszystko ograniczoną skalą, zainteresuje wtedy specjalistyczne fundusze zagraniczne – zastanawia się Włodzimierz Bogucki.
Banki przecież na czymś zarabiać muszą (łatwo przyzwyczaić się do komfortu bycia jedną z najbardziej dochodowych branż w Polsce – a taką finanse były przez ostatnie lata), więc spadek dynamiki przychodów z kredytów hipotecznych będą się starały choć w części rekompensować na polu consumer finance. Instytucje finansowe mobilizowały w ostatnich latach olbrzymie siły, aby zaistnieć w bardzo rentownym segmencie szybkich pożyczek i kart kredytowych, zatem tak łatwo nie odpuszczą. Oczywiście, skończą się promocje w sklepach RTV i AGD typu „3 razy 0 proc.”, ale banki dalej będą nas wspierać w akcjach na rzecz podtrzymywania wzrostu PKB przez zakup nowej plazmy czy samochodu.
– Z tym że dużo staranniej będą filtrować zdolność kredytową ich nabywców – uczula Jacek Wiśniewski. Dla wszystkich kredyt będzie droższy i trudniej dostępny – nie ma wątpliwości. Czy oznacza to powrót do czasów, w których pożyczkę otrzymywali tylko najlepsi klienci banków? Zaniepokojone są zwłaszcza osoby, które uzyskują dochód z innych źródeł niż umowa o pracę. Przez wiele lat były one (zwłaszcza te prowadzące działalność gospodarczą) traktowane przez system bankowy po macoszemu.
W ostatnich latach załapały się jednak na hojność banków. Teraz znów mogą paść ofiarą dokręcenia śruby. – Banki nie działają już tak mechanicznie; znacząco poprawiły systemy informacji o kliencie, scoringowe itd. – uspokaja Wiśniewski. – A że będzie im zależało na klientach o dobrym standingu, na pewno nie odprawią z kwitkiem kredytobiorcy, którego konto od pięciu lat zasilają regularne wpływy na przykład z kontraktu menedżerskiego. Oby!
Małgorzata Remisiewicz
Rok 2001 i 2002. Tysiące relatywnie tanich mieszkań w cenie 3 tys. zł za metr (łza się w oku kręci…) w atrakcyjnych lokalizacjach Warszawy czekają na właścicieli. Bez skutku. Ci z trzech milionów Polaków, którzy chcieliby się do nich wprowadzić, mogą o tym tylko pomarzyć. Bariera – brak wkładu własnego i zdolności kredytowej.
Historia lubi się powtarzać. Najbliższe dwa lata mogą, zdaniem ekspertów, wyglądać podobnie: będzie popyt, będzie podaż, zabraknie tylko „oleju” – skłonności banków do dawania długoterminowych pożyczek. – Na usztywnieniu polityki banków najbardziej ucierpią kredytobiorcy hipoteczni – nie ma wątpliwości Jacek Wiśniewski, główny ekonomista Raiffeisen Banku. – W sytuacji występowania niedostatku depozytów instytucje finansowe będą preferować pożyczki o krótkim terminie zapadalności. Dostępność kredytu dodatkowo będzie ograniczać jego koszt: drogi pieniądz bankowy oznacza podniesienie marży o 100 – 200 punktów bazowych.
Blady strach padł na tych, którzy liczyli na – ciągle tańszy – kredyt we frankach. Banki, podnosząc natychmiast marże, często do poziomów zaporowych (3,5 proc.), wysłały jednoznaczny sygnał: to koniec ery franka. – Najbardziej ucierpią ci, którzy mają dochodowość i płynność, ale nie mają wkładu własnego – uważa Włodzimierz Bogucki, założyciel Vindigo Capital Partners w Genewie, wcześniej odpowiedzialny za bankowość prywatną w Europie Środkowo-Wschodniej dla szwajcarskiego Citibanku.
Byłoby to, jego zdaniem, wylewanie dziecka z kąpielą, ponieważ w krajach rozwijających się, bez znacznych prywatnych zasobów, nieco luźniejsza polityka, zwłaszcza w kredytach hipotecznych, jest w pełni uzasadniona. Rynek nie znosi próżni, więc, według Boguckiego, restrykcje zachęcą do wejścia na polski rynek nowych graczy, gotowych kredytować udziały własne.
– Pytanie, czy pozwoli na to regulator, i czy Polska, ze swoją mimo wszystko ograniczoną skalą, zainteresuje wtedy specjalistyczne fundusze zagraniczne – zastanawia się Włodzimierz Bogucki.
Banki przecież na czymś zarabiać muszą (łatwo przyzwyczaić się do komfortu bycia jedną z najbardziej dochodowych branż w Polsce – a taką finanse były przez ostatnie lata), więc spadek dynamiki przychodów z kredytów hipotecznych będą się starały choć w części rekompensować na polu consumer finance. Instytucje finansowe mobilizowały w ostatnich latach olbrzymie siły, aby zaistnieć w bardzo rentownym segmencie szybkich pożyczek i kart kredytowych, zatem tak łatwo nie odpuszczą. Oczywiście, skończą się promocje w sklepach RTV i AGD typu „3 razy 0 proc.”, ale banki dalej będą nas wspierać w akcjach na rzecz podtrzymywania wzrostu PKB przez zakup nowej plazmy czy samochodu.
– Z tym że dużo staranniej będą filtrować zdolność kredytową ich nabywców – uczula Jacek Wiśniewski. Dla wszystkich kredyt będzie droższy i trudniej dostępny – nie ma wątpliwości. Czy oznacza to powrót do czasów, w których pożyczkę otrzymywali tylko najlepsi klienci banków? Zaniepokojone są zwłaszcza osoby, które uzyskują dochód z innych źródeł niż umowa o pracę. Przez wiele lat były one (zwłaszcza te prowadzące działalność gospodarczą) traktowane przez system bankowy po macoszemu.
W ostatnich latach załapały się jednak na hojność banków. Teraz znów mogą paść ofiarą dokręcenia śruby. – Banki nie działają już tak mechanicznie; znacząco poprawiły systemy informacji o kliencie, scoringowe itd. – uspokaja Wiśniewski. – A że będzie im zależało na klientach o dobrym standingu, na pewno nie odprawią z kwitkiem kredytobiorcy, którego konto od pięciu lat zasilają regularne wpływy na przykład z kontraktu menedżerskiego. Oby!
Małgorzata Remisiewicz



Dodaj komentarz