Trzy klasyczne funkcje finansów publicznych (alokacyjna, redystrybucyjna i stabilizacyjna) są kluczowe do zrozumienia nie tylko dla teoretyków. Odpowiednia realizacja tych funkcji liczy się też dla praktyków, dla powodzenia każdej gospodarki. Skoro w polskiej rzeczywistości od długiego czasu określeniem stanu finansów publicznych są hasła typu niegospodarność, nieefektywność czy dług, to z dobrą realizacją tych funkcji jest źle. Konieczne tutaj reformy, jak nieustannie podkreśla prof. L. Balcerowicz, nie muszą boleć, skoro choćby obecną kotwicę deficytową można by szybko zastąpić kotwicą wydatkową.
To oznaczałoby, że zamiast corocznie balansować deficytem, czyli różnicą między przychodami a wydatkami, lepsze dla gospodarki byłoby powstrzymywanie dynamiki tych drugich. Jeszcze lepsze, jak można sądzić, okazałyby się skutki tzw. reform strukturalnych, dobrze wyjaśniane i formułowane np. przez prof .L. Zienkowskiego z NOBE. Chodzi tu głównie o zmiany w przedsiębiorstwach (prywatyzacja, odbiurokratyzowanie), a także o usprawnienie systemów edukacji, służby zdrowia i administracji państwowej. Dobrze gospodarce wróżą też priorytety ministra finansów z początku br.: redukcja długu publicznego i obciążeń fiskalnych, wzrost wydatków prorozwojowych, prywatyzacja i liberalizacja gospodarki, a wreszcie i przyjęcie waluty euro.
Ku fundamentom
Tyle o postulatach, propozycjach, aczkolwiek korzystnych także dla rynku usług finansowych w ogóle, skoro mowa tutaj o racjonalności, otwartości czy prywatnej inicjatywie przedsiębiorczej. Silne fundamenty gospodarki krajowej są nie do przecenienia. Fundament to twarda, z reguły niewidoczna na pierwszy rzut oka podstawa, na której można bezpiecznie budować widoczne już konstrukcje, a w przypadku każdej gospodarki fundamentem jest jej ustrój oraz podstawowe parametry (proporcje), których nie da się zmienić (zepsuć, ale i poprawić) z dnia na dzień.
Atutem Polski jest to, że nikt poważny dziś nie podważa istoty ustroju naszej gospodarki, który przyjęty został na starcie ubiegłej dekady. Mamy gospodarkę rynkową, z dominującą własnością prywatną. Zdecydowana większość firm prywatnych jest niezależna od wahań na scenie politycznej i nie interesuje się nimi. Codziennie prowadzi swój biznes według racjonalnych zasad rynku. Podstawowe zasady ustroju gospodarki są chronione przez konstytucję, a także poprzez nasze członkostwo w Unii Europejskiej. Obecność w UE przydaje naszym fundamentom twardości, bo w oczach inwestorów jesteśmy częścią dużej, wysoko rozwiniętej gospodarczo wspólnoty i musimy przestrzegać ustalonych przez UE reguł.
Gwarantowane konstytucją wolny rynek i prywatna własność oraz członkostwo w UE to podstawowe, lecz niewystarczające komponenty zdrowych fundamentów. Same w sobie nie chronią przed kryzysem, ponieważ aby uznać, że fundamenty są naprawdę mocne, wolnorynkowa gospodarka musi znajdować się w stanie równowagi, a ściślej - na ścieżce zrównoważonego wzrostu. Czy tak jest obecnie w Polsce? Warunkiem równowagi jest utrzymywanie niskiej inflacji i niskich oczekiwań inflacyjnych. Ten warunek jest w Polsce spełniony dzięki konsekwentnej polityce niezależnego od innych organów państwa (ta niezależność również jest gwarantowana konstytucją) Narodowego Banku Polskiego (NBP) i jego organu - Rady Polityki Pieniężnej.
Niska inflacja to niskie stopy procentowe, a więc relatywnie tani kredyt, możliwość planowania rozwoju. Elementami fundamentów są również zbilansowane finanse publiczne i zbilansowane obroty z zagranicą. Wprawdzie polskie finanse publiczne mają strukturalne wady i niemal wszyscy dostrzegają konieczność ich reformy, ale mimo wszystko deficyt budżetu państwa będzie w tym roku - dzięki wysokiej koniunkturze - stosunkowo niski. Po upływie dziewięciu miesięcy 2007 r. nasz budżet notował wręcz nadwyżkę!
Zrównoważony (ujemny, ale na razie w dopuszczalnych granicach) jest również polski bilans płatniczy, czyli bilans wszelkich obrotów ze światem. Znaczące dysproporcje w bilansie (np. za duży import wobec skali eksportu) doprowadziły niejeden kraj do kryzysu walutowego. Właśnie ze względu na tego typu dysproporcje mówi się, że nie każdy wzrost jest bezpieczny. Za taki uważa się zaś wzrost zrównoważony, polegający na tym, że - trzymając się podanego przed chwilą przykładu - eksport i import zwiększają się w porównywalnym tempie.
Zrównoważony wzrost gospodarczy oznacza też, że napędzany jest on zarówno przez popyt konsumentów, popyt firm (inwestycje), jak i popyt zagraniczny (eksport). To jest zdrowsze niż np. wzrost oparty tylko na eksporcie. Wtedy bowiem pogorszenie koniunktury za granicą odbija się bardziej gwałtownie na całej gospodarce danego kraju niż w sytuacji, gdy równomiernie rosną wszystkie wielkości. Z kolei wzrost oparty na konsumpcji wewnętrznej, przy stagnacji eksportu, rodzi presję inflacyjną, przyspiesza import, a hamuje eksport, co pogłębia deficyt w bilansie handlowym. Ten zaś doprowadzić może do nerwowych reakcji na rynku walutowym.
Komponentem fundamentów gospodarki jest też jakość sektora finansowego, który, jak dotąd, jest u nas w doskonałej kondycji finansowej. Dla przykładu, udział złych kredytów jest niski, poziom świadomości inwestycyjnej i ubezpieczeniowej systematycznie podnosi się, nie ma więc żadnego zagrożenia kryzysem finansowym.
Podstawową zaletą zrównoważonej gospodarki jest więc to, że nawet jeśli jakiś jeden element zacznie szwankować, to całość się nie wali. Nie ma ryzyka wybuchu kryzysu z dnia na dzień, można spokojnie obserwować, czy dany kraj naprawia zepsuty element, czy dalej brnie w kłopoty. Pod tym kątem obserwowane są decyzje Rady Polityki Pieniężnej: czy w porę zdoła zapobiec narastaniu presji inflacyjnej? Rada z kolei uważnie przygląda się, czy zachowane są właściwe relacje pomiędzy wzrostem PKB rzeczywistego i potencjalnego (ten ostatni mówi, ile gospodarka byłaby w stanie wytworzyć w oparciu o istniejące moce wytwórcze), a także, czy zachowane są proporcje między tempem wzrostu płac i wzrostu wydajności pracy. Gdy tempo płac jest wyższe, rosną jednostkowe koszty pracy, pojawia się presja na wzrost cen, a konkurencyjność gospodarki maleje.
Zdrowe fundamenty buduje się przemyślaną polityką gospodarczą. Nie da się ich zbudować w kilka miesięcy (zazwyczaj trzeba lat). Powtórzmy: wprawdzie zdrowych fundamentów nie da się zniszczyć z dnia na dzień, ale z doświadczenia wiadomo, że nie ma w nich takiej rzeczy, której nie da się zepsuć i zawsze trwa to krócej niż budowanie.
Inwestor też ważny
Co może niepokoić szczególnie w odniesieniu do perspektyw gospodarczych, to ciągły niedostatek rodzimych kapitałów i nowoczesnego know-how w Polsce. Chodzi tu o nasze kontakty z zagranicą, skąd najpewniej może nadejść pomoc w tym względzie. Jak przyciągnąć i zatrzymać inwestorów zagranicznych?
Mowa o bezpośrednich inwestycjach zagranicznych, czyli takich, które służą realizacji konkretnych projektów inwestycyjnych (przejęcia firm, rozbudowa, tworzenie nowych). Bezpośrednie inwestycje przyczyniają się do tworzenia nowych miejsc pracy i do transferu technologii, a więc bezpośrednio wpływają na rozwój gospodarczy. Inwestorzy zagraniczni są aktywni również na naszym rynku finansowym – kupują np. akcje spółek giełdowych lub skarbowe papiery wartościowe.
Takie inwestycje nazywane są pośrednimi, bo nie wiążą się z bezpośrednim i trwałym zaangażowaniem w konkretne projekty, inwestor może w każdej chwili sprzedać akcje i wycofać się z zaangażowania w Polsce. Na dobre i złe z firmą związany jest tylko inwestor bezpośredni, najczęściej branżowy.
Do lokowania w Polsce bezpośrednich inwestycji zagranicznych zachęcają: względnie tania i dobrze wykształcona siła robocza, chłonny rynek zbytu, szybki i zrównoważony rozwój gospodarczy. Nasze atuty wzrosły po wejściu do Unii Europejskiej, bo staliśmy się częścią unijnego rynku, uregulowanego wspólnotowym prawem. Członkostwo w Unii zwiększyło zaufanie inwestorów do naszego kraju. W akcesyjnym 2004 r. bezpośrednie inwestycje zagraniczne wzrosły skokowo (10,5 mld euro, wobec 4,1 mld euro w 2003 r.), a ubiegły rok był wręcz rekordowy.
Można się jednak zastanawiać, czy zdołamy podtrzymać zainteresowanie inwestorów w przyszłości. Potężny magnes, jakim był do tej pory atrakcyjny rynek pracy, zaczyna słabnąć. Wiele firm ma dziś problemy ze znalezieniem wykwalifikowanych pracowników. Płace szybko rosną, bo w wielu zawodach brakuje pracowników. Rosnące płace oznaczają dla firm wzrost kosztów. Zagraniczni inwestorzy mogą więc szukać krajów, gdzie koszty pracy są niższe, i tam przenosić produkcję. Przyjęcie w tym roku do Unii Bułgarii i Rumuni pogorszyło naszą pozycję konkurencyjną w regionie.
Jak zatrzymać inwestorów w Polsce? Przede wszystkim trzeba zlikwidować paradoks, jakim jest bezrobocie strukturalne. Polega ono na tym, że nasi bezrobotni (formalnie wciąż blisko 2 miliony osób), nie mają pożądanych kwalifikacji. Potrzebne są dla nich specjalne szkolenia. Trzeba też dopasować strukturę kształcenia młodzieży do potrzeb rynku pracy. Wiele osób wybiera dziś kierunki humanistyczne, podczas gdy gospodarce potrzebni są inżynierowie i technicy. Rząd chce z funduszy unijnych wspierać najbardziej potrzebne kierunki kształcenia. Pytanie tylko, czy na czas poradzimy sobie z tym problemem. I to kolejna sprawa, która ma rzeczywiście wagę państwową.
dr Marek Śliperski






























































