Najbardziej być może spektakularnym przykładem błędnej polityki gospodarczej jest próba skonstruowania programu pomocowego dla producentów samochodów w USA, przy jednoczesnym braku gotowości do wyrzeczeń po stronie związków zawodowych i zarządów. Ratowanie nierentownego przemysłu bez widoków na poprawę, zamienia się w jego dotowanie. Na grupę – liczną, co ma usprawiedliwić ten krok – składa się jeszcze bardziej liczna grupa wszystkich podatników. Podobnych przykładów irracjonalnej próby naprawiania cudzych błędów znajdziemy wiele – ratowanie banków to nic innego niż zapychanie nadmuchanego balona posiadanych przez nie aktywów sianem. Czyli sytuacja, w której rządy próbują nie dopuścić do całkowitego rozwiania iluzji potęgi banków. Tylko, że ratunek jest kosztowny, a niczego nie daje – nie jest istotne, czy aktywa instytucji finansowych składają się z wirtualnych już dziś inwestycji, czy z nie mniej wirtualnych dolarów rządowych, na które rząd nie ma pokrycia. Podobnie producenci aut bez reformy samych siebie mogą stać się workiem bez dna dla rządowych dotacji.
A warto w tym miejscu przypomnieć, że pogłoski o bankructwie General Motors pojawiają się przy każdym spowolnieniu gospodarczym. Lecz przez te długie lata firma nie zrobiła nic, lub niewiele aby wyjść z impasu, zawsze licząc na to, że jest zbyt duża, by nieudolne zarządzanie miało skazać ją na bankructwo.
Jednak interwencjonizm państwa wydaje się być i tak koniecznością w obecnej sytuacji. Ale jest opacznie pojmowany – tu trzeba dać wędkę, a nie rybę. Gospodarce należy stworzyć możliwości rozwoju, zamiast trzymać ją de facto w miejscu dotacjami. Dotacje nie pobudzają do działania, lecz do powielania błędów. Przykłady – ile zmieniło się na lepsze w dotowanej PKP przez ostatnich 20 lat? Ile w służbie zdrowia? Przyzwyczajeni do dotacji ludzie, kiedy mają je utracić mobilizują się tylko do strajków i nazywają to działaniem obronnym. Podczas gdy należałoby szukać szans gdzie indziej.
Gdzie jest więc wyjście? Stoimy w obliczu nie tylko spowolnienia gospodarczego, ale jednocześnie przed skutkami zmian klimatycznych i niedostatku energii. Należałoby raczej stworzyć miejsca pracy w sektorach, które mogą rozwiązać ten problem.
Ulgi podatkowe dla firm wytwarzających np. baterie fotowoltaniczne, zwrot podatków dla osób instalujących panele solarne na dachach swoich domów – to już jest krok w lepszym kierunku. Polska, zamiast upierać się przy gospodarce opartej na węglu powinna wręcz zabiegać o stworzenie takiego modelu wytwarzania czystej energii, który zarazem pobudzałby inwestycje w sektorze ochrony środowiska. Ale w Polsce można uzyskać zwrot VAT za kupiony piec węglowy, a za kolektor słoneczny już nie. Straszenie kryzysem energetycznym, w sytuacji gdy inwestycja w ogniwa fotowoltaniczne może zwrócić się w domu jednorodzinnym w 10 lat, a w baterie solarne nawet szybciej, zakrawa na kpinę. Państwa – nasze i inne – powinny tworzyć zachęty do pobudzenia podobnych inwestycji, zamiast starać się utrzymać status quo, które jest i drogie i szkodliwe.
Takich działań może być wiele – koncerny samochodowe muszą i tak zmniejszyć produkcję, skoro ludzie nie chcą ich paliwożernych samochodów, ale mogą mocniej pracować na rzecz aut ekologicznych i wyznaczając sobie taki cel mogłyby liczyć na pomoc państwa przez zachęty podatkowe. Na razie mamy tylko bezprecedensową akcję ratowania przemysłu czy modeli finansowych, które okazały się błędem i są de facto inwestycjami w przeszłość. Ale te modele oparte na prowadzącej na manowce konsumpcji (ostatecznie sporo rzeczy kupionych na kredyt wcale nie potrzebujemy, lub nie potrzebowaliśmy jeszcze kilka lat temu, kiedy nie istniały) właśnie umierają. Czemu ma służyć ich ratowanie za wszelką cenę?
Więc pytanie wydaje się oczywiste - po co właściwie to robić, skoro pieniądze są potrzebne na rzeczywiste inwestycje przyszłości, a które wydają się co najmniej równie palącą potrzebą jak udrożnienie rynku pieniężnego czy wzrost zaufania konsumentów? Ekologiczne inwestycje mogłyby być wielką ucieczką do przodu, zapewne tańszą niż ratowanie przeszłości i ważniejszą dla wszystkich zainteresowanych. Ale tak długo, jak długo większość konsumentów widzi tylko koniec własnego nosa, a większość polityków koniec kadencji, na podobne wyzwania i plany liczyć nie można. A zatem i ratować nie bardzo jest kogo.
{Emil Szweda}
Źródło:Noble Bank





























































