Chociaż idea samochodu o napędzie elektrycznym nie jest nowa, pomysł ten wciąż nie zrewolucjonizował światowej motoryzacji. Próby dokonania przełomu podjęła się amerykańska Tesla Motors, która zaczyna zbierać pierwsze owoce sukcesu. Czy na pojazdach pogardliwie zwanych "meleksami" powstanie imperium na miarę Apple'a?

Źródło: iStockphoto/Thinkstock
Pierwszy kwartał 2013 r. Tesla Motors zamknęła zyskiem 11,2 mln i przychodami rzędu 562 mln dolarów. Pierwszy w historii dodatni kwartalny wynik finansowy spółki wywołał euforię wśród inwestorów - w trakcie jednej sesji akcje Tesli zdrożały o ponad 25%. Kapitalizacja producenta samochodów o napędzie elektrycznym przekroczyła 7,9 mld dolarów - to więcej niż warte były wówczas notowane na mediolańskiej giełdzie akcje Fiata, chociaż załoga włoskiego giganta jest ponad 60-krotnie większa.
Dzięki tym informacjom, producent samochodów elektrycznych wrócił na czołówki amerykańskich mediów. Entuzjaści wróżą mu świetlaną przyszłość, sceptycy nazywają "powtórką z bańki internetowej". Jedno jest pewne - Tesla Motors budzi nie mniejsze emocje niż jej "patron", genialny serbski wynalazca (lub zdaniem niektórych szarlatan) Nikola Tesla.
Samochód od Iron Mana
Tesla Motors powstała w 2003 r. w sercu Doliny Krzemowej - w kalifornijskim Palo Alto, gdzie obecnie siedziby i oddziały mają m.in. Facebook, Hewlett-Packard, Google czy Logitech.
Wśród ojców-założycieli spółki największą uwagę przyciąga nazwisko jej obecnego prezesa, Elona Muska. Projekt budowy samochodu elektrycznego, wraz z programem prywatnych lotów kosmicznych SpaceX, stał się "nowym dzieckiem" południowoafrykańskiego biznesmena, który fortunę zbił na sprzedaży akcji Pay-Pala, którego również był współtwórcą. Liczne zainteresowania i ambitne plany sprawiły, że Musk zyskał sławę nie tylko wśród inwestorów. Szeroka publiczność zna go, jako inspiracja do stworzenia odgrywanej przez Roberta Downeya Jr. filmowego Iron Mana, którego przygody święcą triumfy w salach kinowych całego świata.
Charyzmatyczny prezes-wizjoner, którego amerykańscy komentatorzy porównują do Stevea Jobsa, nie jest jedynym atutem spółki. Już od dawna Tesla Motors to nie tylko piękne zapowiedzi i prototypy, lecz prawdziwe pojazdy, które zyskują coraz większe uznanie wśród amerykańskich odbiorców.
Auto prawie idealne
Flagowym autem Tesli jest Model S. W ostatnim prestiżowym teście amerykańskiego Związku Konsumentów ten luksusowy sedan zyskał notę 99/100 - to najlepszy (obok Lexusa LS460) wynik w historii. Po uwzględnieniu rządowych ulg podatkowych na zakup samochodu o napędzie elektrycznym (7,5 tys. dolarów), cena Modelu S waha się - w zależności od wersji silnika - od 62 tys. do 87 tys. dolarów.
Według specyfikacji producenta, w wersji podstawowej samochód przyspiesza do 96,5 km/h (60 mp/h) w 5,9 sekundy, a jego prędkość maksymalna sięga blisko 195 km/h. Przy prędkości 90 km/h, na jednym ładowaniu auto może przejechać ok. 370 km - w lepszych modelach zasięg zwiększa się do 480 km. Ładowanie objętej 8-letnią gwarancją baterii odbywa się za pomocą zwykłego gniazdka lub specjalnych stacjach Tesli (Supercharger), które umożliwiają doładowanie połowy "baku" w ciągu pół godziny.
W pierwszym kwartale tego roku Tesla Motors sprzedała 4900 egzemplarzy Modelu S. W sumie dostawy w 2013 r. sięgnąć mają 21 tys. sztuk - to dużo jak na wciąż raczkujące przedsięwzięcie, jednak warto pamiętać, że General Motors tyle samo aut produkuje w tydzień. W rozszerzeniu skali działalności, spółce ma pomóc stworzenie sieci sprzedaży w Europie i Chinach (obecnie samochody dostępne są tylko w USA), a także wprowadzenie nowego Modelu X. Produkcja 7-osobowego cross-overa - samochodu bardziej "rodzinnego" niż od sportowych poprzedników - ma rozpocząć się w przyszłym roku.
Nie wszyscy są przekonani
Na amerykańskiej giełdzie Nasdaq akcje Tesli zadebiutowały w czerwcu 2010 r. po cenie 17 dolarów. Chociaż od tamtej pory walory spółki dały zarobić ponad 400% (60% od momentu publikacji ostatnich wyników), wciąż spore grono inwestorów nie podziela entuzjazmu mediów i zajmuje krótkie pozycje na akcjach kalifornijskiej spółki. Jak wynika z danych Bloomberga, ponad 40% inwestorów posiadających akcje Tesli sądzi, że ich cena w przyszłości spadnie. W odpowiedzi na takie nastawienie rynku, spółka zapowiedziała wyemitowanie 2,7-3,1 mln nowych akcji oraz obligacji zamiennych o wartości 450 mln dolarów. Elon Musk zainwestuje w Teslę 100 mln dolarów.
Powodów do wieszczenia spadków dostarczyli inni przedstawiciele "nowej motoryzacji". 1 maja wniosek o upadłość złożyła Coda - producent sedana sprzedawanego za 38 tys. dolarów. Kłopoty ma też Fisker, który według doniesień "New York Times" zwolnił część załogi i zatrudnił prawników specjalizujących się w bankructwach.
Jeżeli Elon Musk faktycznie ma być nowym Stevem Jobsem, to musi nie tylko stworzyć dobry produkt, ale i przekonać klientów, że zamiast tradycyjnych samochodów potrzebują aut elektrycznych. Upowszechnienie się samochodów elektrycznych nie jest przecież mniej prawdopodobne niż przed laty było zawojowanie rynku telekomunikacyjnego przez "telefony bez przycisków".
Michał Żuławiński
Bankier.pl






























































