2009-04-22 06:00 Źródło: manager magazin
Goodbye, moja firmo
Rozstanie z przedsiębiorstwem. Spieniężyć biznes, a potem zostać rentierem? Sama przyjemność. Tylko że jej smak może popsuć wizyta urzędników skarbowych.
Lata ciężkiej pracy, walka z konkurencją, użeranie się z biurokracją, mętnymi, coraz to zmieniającymi się przepisami… wreszcie decyzja: odchodzę! Wielu prezesom i zarazem założycielom firm to postanowienie chodzi często po głowie.
W końcu odcinanie kuponów od zdobytego dorobku nie jest niczym strasznym. To tylko następny, jakże przyjemny, etap w życiu. Gorzej, gdy decyzja o staniu się rentierem podjęta zostanie bez przemyślenia i zamiast cieszyć się podróżą dokoła świata, przyjdzie stoczyć potyczkę biznesową z fiskusem. Mówiąc najprościej, polski system podatkowy skonstruowany jest w taki sposób, że dopóki przedsiębiorca bogaci się wraz z rozwojem swojej firmy, dopóty wzrost jego majątku nie przekłada się na płacone podatki. Owszem, płaci je – i to niemało – sama spółka (VAT, CIT, od nieruchomości itp.), ale jej założyciel nękany jest dopiero wówczas, kiedy pragnie na swoim sukcesie skorzystać. Płaci wtedy podatek od dywidendy ze spółek kapitałowych czy od zysku na sprzedaży udziałów lub akcji.
Rzecz jasna, oddzielną kategorię stanowią przedsiębiorcy prowadzący działalność samodzielnie bądź w formie spółek osobowych. Dla nich podatek od dochodów z firmy to – w uproszczeniu – taki sam jak osobisty. Często wpływy z różnych rodzajów takiej działalności (przychody i koszty) można konsolidować. Niemniej działalność prowadzona w tej formie, mimo że znacznie bardziej optymalna podatkowo, zwykle kończy się, gdy tylko biznes nabiera nieco większych rozmiarów. A wtedy pozbycie się go także nastręcza problemów.
Obowiązuje bowiem następująca zasada: cena sprzedaży udziałów (akcji) minus koszt wejścia w ich posiadanie razy 19 procent. I tu zaczyna się kłopot. Zakładając spółkę, zwykle zaczyna się z minimalnym wymaganym kapitałem – 50 tys. złotych. Sprzedając zatem na przykład po 10 latach firmę wartą 5 mln zł, trzeba oddać fiskusowi 940,5 tys. złotych. Gdy transakcja opiewa na 50 mln zł – niemal 9,5 miliona. Wkład pracy, poświęcenie czasu i energii – nie ma dla urzędników skarbowych żadnego znaczenia. Dużo zarobiłeś w gotówce – dużo z tego oddajesz. Na szczęście prezes-przedsiębiorca nie jest w tej sytuacji zupełnie bezbronny.
Najefektywniejszy sposób spieniężenia majątku bez konieczności zapłaty podatków, czyli wejście na giełdę, od pewnego czasu jest już nieaktualny. Raz, że rynkowa koniunktura nie ta, a dwa – podatkiem od zysków kapitałowych objęto również zyski ze sprzedaży akcji spółek notowanych na rynku publicznym. Tyle że także poza nim niewiele da się zyskać. Doradcy podatkowi nie pozostawiają złudzeń: manipulowanie ceną zakupu jest właściwie niewykonalne, zaś ceną sprzedaży – niezwykle ryzykowne. Sprzedając firmę komuś z zewnątrz, zależy nam przecież na jak najwyższej cenie. Ukrycie jej części – tak by odbiegała od wartości rynkowej – oznacza jedno: kontrolę skarbową. Urząd powoła biegłego, który oszacuje wartość spółki. Jeżeli ta wycena będzie wyższa od ceny deklarowanej, nakaże zapłacić podatek stosownie do tej wartości. Co gorsza, naliczy odsetki za zwłokę, a kosztem sporządzenia opinii obarczy przedsiębiorcę. W razie znacznej rozbieżności, w grę może wejść nawet kodeks karnoskarbowy.
Chyba że sprzeda się firmę w częściach… W końcu nigdzie nie napisano, że od razu trzeba być rentierem na całego. Najprostszym sposobem będzie rozdzielenie majątku. Najpierw jedna linia produkcyjna, osobno inna, w trzeciej transakcji – z następnym przedsiębiorcą – kolejna. Powstaje jednak problem zapłaty VAT-u stosownie do każdego aktywa, które nie jest przedsiębiorstwem albo jego zorganizowaną częścią (przy innych pojawia się podatek od czynności cywilnoprawnych w wysokości 1 lub 2 proc.). O jedynie słuszną wycenę wówczas trudniej, dlatego że majątek może być różnie zamortyzowany (ustawa mówi tylko o minimalnym czasie, który można wydłużać), jak i jego wartość rzeczywista nie musi odzwierciedlać tej, jaka jest w księgach. Do tego dochodzi konieczność zapłaty podatków korporacyjnych (patrz ramka na str. 98).
Sprzedaż w częściach to dobry pomysł na odzyskanie pieniędzy przez przedsiębiorców, których firmy są w tarapatach. Dlatego że nawet jeśli cała organizacja jest obciążona stratami, nie znaczy to, że jej majątek w innej konfiguracji nie może przynosić zysków. W razie formalnej likwidacji takiej spółki właściciel będzie ostatnim, który coś z niej otrzyma. Po spłacie wierzycieli ustawi się w kolejce skarbówka.Dodajmy, że i sama procedura likwidacyjna trwa, a także kosztuje.
Inną techniką jest aport. Na przykład wniesienie całego przedsiębiorstwa albo jego poszczególnych składników do nowej spółki. Niekiedy pociąga to za sobą konieczność zapłaty podatku od czynności cywilnoprawnych (0,5 proc.), w zamian zaś otrzymuje się udziały. Na marginesie: od 2009 r. zwolniono z tego podatku czynności związane z przekształceniami spółek kapitałowych. Te udziały mogą być wiele warte (to plus), lecz są traktowane na równi z gotówką (duży minus), co oznacza konieczność zapłaty podatku. Tym bardziej uciążliwego, że do uiszczenia w gotówce, mimo że zysk jest „papierowy”. Kolejna opcja to sprzedaż zorganizowanej części firmy lub nawet całości, co ma tę przewagę, że wówczas nie dolicza się VAT-u. Za to po transakcji (i spłaceniu zobowiązań) zostaje sama gotówka i „pusta” spółka. Lecz i tu powstaje następny problem do rozwiązania – jak ją odzyskać ze spółki? Technicznie to operacja podobna do wypłaty czystego zysku właścicielom.
Paradoksalnie, częstą sytuacją w rodzimych firmach są wieloletnie skumulowane i niepodzielone zyski znajdujące się na kapitale zapasowym. Jednorazowe ich wybranie to nic innego jak powstanie konieczności zapłaty podatku od dywidendy. Co gorsza, od początku roku znika możliwość przekształcenia spółek kapitałowych w osobowe bez podatku. Lecz gdy do spółki wejdzie inny udziałowiec, na przykład zagraniczny… Doradcy podatkowi nazywają to eufemistycznie planowaniem międzynarodowym. – Jeżeli nowy współwłaściciel jest z Cypru lub innego kraju stosującego preferencyjne stawki podatkowe odnośnie do zysków kapitałowych, zapłaci on taki podatek, jaki obowiązuje go w jego kraju macierzystym – informuje Paweł Tomczykowski, partner w kancelarii Ożóg i Wspólnicy. – Jeśli zaś pomiędzy tym krajem a Polską istnieje umowa o unikaniu podwójnego opodatkowania, podatek może nawet nie wystąpić.
Nic nie stoi na przeszkodzie, aby właścicielem zagranicznego podmiotu była zaufana osoba lub wręcz my sami. Wchodząc wtedy do spółki (można powiedzieć: kuchennymi schodami), na przykład z 950 tys. zł, rozwadniamy nasze dotychczasowe udziały do 5 proc., sprawiając, że 95 proc. zysków zostanie wypłaconych według zagranicznych zasad. To samo dotyczy sprzedaży udziałów. Na wspomnianym Cyprze (nasz kraj podpisał aż 83 umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania) podatek od zysków kapitałowych wynosi zero. Ponadto zawsze można się pokusić o zawarcie umowy na zarządzanie rodzimą spółką z zagranicy. Wtedy możliwe jest otrzymanie tak zwanego wynagrodzenia dyrektorskiego – korzystnie opodatkowanego i wypłacanego przez spółkę cypryjską.
Swego czasu głośno było o podobnej operacji dokonanej przez Leszka Czarneckiego i LC Corp czy też Zygmunta Solorza-Żaka i Polsat. A skoro oszczędzają bogaci… Jest tylko jeden szkopuł – zatrudnienie doradcy, który pozwoli całą tę operację przeprowadzić, tanie nie jest. No i fiskus szczególnie chętnie weźmie wszystkie transakcje pod lupę.
Lecz i nie opuszczając granic, można się pokusić o założenie własnego funduszu inwestycyjnego zamkniętego. Chociaż – co warte zaznaczenia od razu – koszty sprawiają, że dotyczy to tylko interesów, których skala idzie w dziesiątki milionów złotych. Dużym utrudnieniem jest bowiem samo zarządzanie funduszem, natomiast ogromną przewagą – z definicji zwolnione z podatku operacje kapitałowe. Również tymi akcjami i udziałami, które właściciel przedsiębiorstwa wniesie do FIZ w zamian za certyfikaty. Tylko że ostatnio sprawa staje się mocno wątpliwa.
Otóż, jak wszystkiemu, co staje się popularne, operacjom tego typu zaczął się bacznie przyglądać resort finansów. Taką wymianę (przekazanie udziałów lub akcji za certyfikaty) traktuje jak opodatkowany aport. W jego mniemaniu certyfikat jest ekwiwalentem gotówki, zatem należy zapłacić podatek. I wymaga tego, mimo że wprost nie wynika to z żadnego przepisu. Tyle że fiskus zmienił sposób interpretacji uregulowań. Problem jest na tyle nowy (a przez to także dyskusyjny!), że nic nie jest z góry przesądzone.
Niemniej jednak, co doradcy podkreślają z całą mocą, można o własny FIZ pokusić się dopiero po wystąpieniu oraz uzyskaniu pozytywnej interpretacji z właściwej izby skarbowej. Tylko że nikt nie kwestionuje innego przykrego obowiązku. Tego mianowicie, że powstanie konieczność zapłaty podatku w chwili likwidacji funduszu i spieniężenia certyfikatów. Chyba że zawczasu postaramy się, by aktywami zaczął zarządzać uprzywilejowany podatkowo fundusz zagraniczny.
Inna sprawa to przekazanie firmy następcom. A nie zawsze oddanie biznesu (i życie rentiera) musi się łączyć z ostatecznym jego wyzbyciem. Czasem lepiej, by został w rodzinie, w zamian za zapewnioną dostatnią starość. Można przekazać interes sukcesorom i udać się na zasłużone wakacje. Od początku 2007 r. ustawodawca wprowadził bowiem ulgę od takiej darowizny. Krewni pierwszego stopnia nie płacą nic, pod warunkiem że w terminie sześciu miesięcy zgłoszą darowiznę i jej wielkość fiskusowi. Przy niedochowaniu obowiązku informacyjnego powstaje konieczność oddania do urzędu 7 proc. wartości darowizny. Lecz zakładając dotrzymanie terminów, następuje kontynuacja działalności bez żadnych negatywnych skutków.
– To taka podana na zachętę marchewka ze strony ustawodawcy, który w ten sposób chce sprzyjać budowaniu silniejszej klasy średniej i akumulowaniu rodzimego kapitału – ocenia Paweł Tomczykowski. – Jedynie w drugim stopniu pokrewieństwa podatek wynosi maksymalnie 12 proc. (od darowizny wielkości 20,5 tys. zł lub więcej), a gdy pokrewieństwo nie występuje – maksymalnie 20 procent.
Nowi właściciele zapłacą podatek, gdy pozbędą się swoich udziałów, chyba że na nowej zasadzie przekażą je dalej. Dla tych, którzy nie zrealizują zamiaru za życia, pozostaje jeszcze testament, ponieważ spadki są traktowane tak jak darowizny. Choć marne to pocieszenie dla niedoszłych rentierów, przynajmniej mają świadomość, że ich następcom na starcie będzie nieco lżej.
Adam Mielczarek
Księgi do raportu
Przygotowanie firmy do sprzedaży, a tym samym wycofania się z biznesu, może być dobrą okazją do dokonania podatkowej inwentaryzacji. Często przedsiębiorcy w natłoku codziennych zadań zapominają o zmieniających się przepisach, nowych, chociażby tylko lokalnych ulgach czy historycznie niepotrzebnie nadpłacanych podatkach. Tymczasem na odchodne można powalczyć o zwrot kwot zbędnie oddawanych fiskusowi przez lata.
Bardzo często zapomnianym obciążeniem jest stosunkowo niewielki podatek od nieruchomości płacony do gminy. Tymczasem jeżeli ze względów technicznych jakiś budynek nie może być użytkowany, nie należy płacić podatku z tytułu jego posiadania. Podobnym zwolnieniem objęto (po niedawnej, pozytywnej interpretacji) place oraz drogi wewnętrzne na terenie zakładów pracy. Niekiedy lokalnie pojawiają się zwolnienia albo ulgi dla producentów jakichś dóbr (na przykład materiałów budowlanych – niezwykle szeroka kategoria) lub choćby dla firm wspierających lokalny sport. Inną prostą oszczędnością jest zmiana podstawy do wyliczeń podatków. Bardzo często popełnianym błędem jest obliczenie powierzchni nieruchomości po obrysie, podczas gdy dopuszczalne jest wyłączenie ścian działowych i schodów.
Majątek niejedną ma cenę
Sprzedaż poszczególnych składników majątku spółki oznacza, że firma może na nich zarobić tak jak na każdej innej działalności. Zysk do opodatkowania jest liczony jako różnica między ceną sprzedaży maszyn i urządzeń a ich wartością netto, czyli pomniejszoną o amortyzację. Zatem mając, przypuśćmy, działający stary park maszynowy, a więc o pewnej wartości rynkowej, ale księgowo wart zero, zyskiem będzie cały przychód ze sprzedaży, nawet jeżeli za owe urządzenia historycznie zapłaciliśmy kwotę na przykład rzędu dwukrotności otrzymanej obecnie ceny.
Komentarz: Pożegnanie z fiskusem
Decyzja o rozstaniu się z własną firmą nigdy nie jest łatwa. Umieszczenie jej w kontekście podatkowym komplikuje to podwójnie, bo wtedy nie chodzi już tylko o korzystne spieniężenie biznesu, ale i ochronę członka zarządu oraz dorobku jego życia. Bo jeśli menedżer założył firmę przed laty, różnica między kosztem jej stworzenia a obecną wartością bywa ogromna. I takież będą podatki. Chyba że w granicach prawa uda się te dysproporcje zmniejszyć.
Niestety, nie ma rozwiązań uniwersalnych. Wiele zależy od tego, czy chcemy sprzedać całą spółkę, czy tylko niektóre jej części. Jeszcze inaczej należy zaplanować kroki zmierzające do przekazania biznesu następcom. Zarówno przechodząc na zasłużoną emeryturę, jak i zapisując go w testamencie. Teoretycznie w tym drugim przypadku problem znika (najbliższa rodzina nie płaci podatku), ale co zrobić, gdy nie doczekaliśmy się godnych siebie następców? Może wówczas lepiej zabezpieczyć siebie i rodzinę czystą gotówką? Odpowiedzi rodzą kolejne pytania. Z jednej strony, zależy nam na jak najwyższej cenie, ale z drugiej, niekoniecznie za idącymi w ślad za nią podatkami. Może więc pomyśleć o problemie zawczasu i wybrać transakcję na skalę międzynarodową. Nie wolno także zapominać, że trwa odwieczna wojna między przedsiębiorcami a fiskusem. To, co jeszcze wczoraj wydawało się świetnym rozwiązaniem, na przykład usłyszanym od znajomego biznesmena, dzisiaj będzie piętnowane przez urzędników. Zatem po sprawdzeniu najświeższego stanu regulacji, z pozoru „genialny” pomysł może się okazać tak zwaną miną. Co gorsza, niekoniecznie muszą tu wejść w życie nowe przepisy – wystarczy, że zmieni się ich interpretacja. Bo to co popularne, szybko trafia pod lupę fiskusa. Tymczasem nawet zdawałoby się prosta wypłata zysków skumulowanych może zostać dokonana na kilka sposobów. Najbardziej wyrafinowane techniki powodują jednak dodatkowe koszty transakcyjne. Dlatego nie da się uniknąć wcześniejszego etapu dokładnego policzenia wszystkiego. No i sprawdzenia prawa, w tym umów międzynarodowych. Zyskujące na popularności wykorzystanie optymalizacji podatkowej z zastosowaniem zagranicznych systemów prawnych powoduje na przykład konieczność sprawdzenia porozumień o unikaniu podwójnego opodatkowania.
Decyzji o spieniężeniu biznesu nie wolno też podejmować w oderwaniu od czasu, w jakim się ma to odbyć. Może więc niekiedy, zwłaszcza w okresie kryzysu, zwyczajnie przeczekać. Myślenie o rozstaniu się z firmą to również dobra okazja, by przejrzeć z doradcą podatkowym księgi rachunkowe. A nuż uda się coś odzyskać, na przykład tytułem zwrotu nadpłacanego podatku. Nawet małe kwoty skumulowane do pięciu lat wstecz mogą się okazać bardzo kuszące.
Jedno jest pewne – rozstanie z własną firmą jest zawsze życiową decyzją i trzeba się dobrze do niej przygotować. W końcu nigdy nie jest tak, że sprzedaje się biznes dlatego, że się chce coś zrobić z podatkami. To tylko towarzyszące temu zło konieczne. Niemniej zawsze można próbować je pomniejszyć.
Lata ciężkiej pracy, walka z konkurencją, użeranie się z biurokracją, mętnymi, coraz to zmieniającymi się przepisami… wreszcie decyzja: odchodzę! Wielu prezesom i zarazem założycielom firm to postanowienie chodzi często po głowie.
W końcu odcinanie kuponów od zdobytego dorobku nie jest niczym strasznym. To tylko następny, jakże przyjemny, etap w życiu. Gorzej, gdy decyzja o staniu się rentierem podjęta zostanie bez przemyślenia i zamiast cieszyć się podróżą dokoła świata, przyjdzie stoczyć potyczkę biznesową z fiskusem. Mówiąc najprościej, polski system podatkowy skonstruowany jest w taki sposób, że dopóki przedsiębiorca bogaci się wraz z rozwojem swojej firmy, dopóty wzrost jego majątku nie przekłada się na płacone podatki. Owszem, płaci je – i to niemało – sama spółka (VAT, CIT, od nieruchomości itp.), ale jej założyciel nękany jest dopiero wówczas, kiedy pragnie na swoim sukcesie skorzystać. Płaci wtedy podatek od dywidendy ze spółek kapitałowych czy od zysku na sprzedaży udziałów lub akcji.
Rzecz jasna, oddzielną kategorię stanowią przedsiębiorcy prowadzący działalność samodzielnie bądź w formie spółek osobowych. Dla nich podatek od dochodów z firmy to – w uproszczeniu – taki sam jak osobisty. Często wpływy z różnych rodzajów takiej działalności (przychody i koszty) można konsolidować. Niemniej działalność prowadzona w tej formie, mimo że znacznie bardziej optymalna podatkowo, zwykle kończy się, gdy tylko biznes nabiera nieco większych rozmiarów. A wtedy pozbycie się go także nastręcza problemów.
Obowiązuje bowiem następująca zasada: cena sprzedaży udziałów (akcji) minus koszt wejścia w ich posiadanie razy 19 procent. I tu zaczyna się kłopot. Zakładając spółkę, zwykle zaczyna się z minimalnym wymaganym kapitałem – 50 tys. złotych. Sprzedając zatem na przykład po 10 latach firmę wartą 5 mln zł, trzeba oddać fiskusowi 940,5 tys. złotych. Gdy transakcja opiewa na 50 mln zł – niemal 9,5 miliona. Wkład pracy, poświęcenie czasu i energii – nie ma dla urzędników skarbowych żadnego znaczenia. Dużo zarobiłeś w gotówce – dużo z tego oddajesz. Na szczęście prezes-przedsiębiorca nie jest w tej sytuacji zupełnie bezbronny.
Najefektywniejszy sposób spieniężenia majątku bez konieczności zapłaty podatków, czyli wejście na giełdę, od pewnego czasu jest już nieaktualny. Raz, że rynkowa koniunktura nie ta, a dwa – podatkiem od zysków kapitałowych objęto również zyski ze sprzedaży akcji spółek notowanych na rynku publicznym. Tyle że także poza nim niewiele da się zyskać. Doradcy podatkowi nie pozostawiają złudzeń: manipulowanie ceną zakupu jest właściwie niewykonalne, zaś ceną sprzedaży – niezwykle ryzykowne. Sprzedając firmę komuś z zewnątrz, zależy nam przecież na jak najwyższej cenie. Ukrycie jej części – tak by odbiegała od wartości rynkowej – oznacza jedno: kontrolę skarbową. Urząd powoła biegłego, który oszacuje wartość spółki. Jeżeli ta wycena będzie wyższa od ceny deklarowanej, nakaże zapłacić podatek stosownie do tej wartości. Co gorsza, naliczy odsetki za zwłokę, a kosztem sporządzenia opinii obarczy przedsiębiorcę. W razie znacznej rozbieżności, w grę może wejść nawet kodeks karnoskarbowy.
Chyba że sprzeda się firmę w częściach… W końcu nigdzie nie napisano, że od razu trzeba być rentierem na całego. Najprostszym sposobem będzie rozdzielenie majątku. Najpierw jedna linia produkcyjna, osobno inna, w trzeciej transakcji – z następnym przedsiębiorcą – kolejna. Powstaje jednak problem zapłaty VAT-u stosownie do każdego aktywa, które nie jest przedsiębiorstwem albo jego zorganizowaną częścią (przy innych pojawia się podatek od czynności cywilnoprawnych w wysokości 1 lub 2 proc.). O jedynie słuszną wycenę wówczas trudniej, dlatego że majątek może być różnie zamortyzowany (ustawa mówi tylko o minimalnym czasie, który można wydłużać), jak i jego wartość rzeczywista nie musi odzwierciedlać tej, jaka jest w księgach. Do tego dochodzi konieczność zapłaty podatków korporacyjnych (patrz ramka na str. 98).
Sprzedaż w częściach to dobry pomysł na odzyskanie pieniędzy przez przedsiębiorców, których firmy są w tarapatach. Dlatego że nawet jeśli cała organizacja jest obciążona stratami, nie znaczy to, że jej majątek w innej konfiguracji nie może przynosić zysków. W razie formalnej likwidacji takiej spółki właściciel będzie ostatnim, który coś z niej otrzyma. Po spłacie wierzycieli ustawi się w kolejce skarbówka.Dodajmy, że i sama procedura likwidacyjna trwa, a także kosztuje.
Inną techniką jest aport. Na przykład wniesienie całego przedsiębiorstwa albo jego poszczególnych składników do nowej spółki. Niekiedy pociąga to za sobą konieczność zapłaty podatku od czynności cywilnoprawnych (0,5 proc.), w zamian zaś otrzymuje się udziały. Na marginesie: od 2009 r. zwolniono z tego podatku czynności związane z przekształceniami spółek kapitałowych. Te udziały mogą być wiele warte (to plus), lecz są traktowane na równi z gotówką (duży minus), co oznacza konieczność zapłaty podatku. Tym bardziej uciążliwego, że do uiszczenia w gotówce, mimo że zysk jest „papierowy”. Kolejna opcja to sprzedaż zorganizowanej części firmy lub nawet całości, co ma tę przewagę, że wówczas nie dolicza się VAT-u. Za to po transakcji (i spłaceniu zobowiązań) zostaje sama gotówka i „pusta” spółka. Lecz i tu powstaje następny problem do rozwiązania – jak ją odzyskać ze spółki? Technicznie to operacja podobna do wypłaty czystego zysku właścicielom.
Paradoksalnie, częstą sytuacją w rodzimych firmach są wieloletnie skumulowane i niepodzielone zyski znajdujące się na kapitale zapasowym. Jednorazowe ich wybranie to nic innego jak powstanie konieczności zapłaty podatku od dywidendy. Co gorsza, od początku roku znika możliwość przekształcenia spółek kapitałowych w osobowe bez podatku. Lecz gdy do spółki wejdzie inny udziałowiec, na przykład zagraniczny… Doradcy podatkowi nazywają to eufemistycznie planowaniem międzynarodowym. – Jeżeli nowy współwłaściciel jest z Cypru lub innego kraju stosującego preferencyjne stawki podatkowe odnośnie do zysków kapitałowych, zapłaci on taki podatek, jaki obowiązuje go w jego kraju macierzystym – informuje Paweł Tomczykowski, partner w kancelarii Ożóg i Wspólnicy. – Jeśli zaś pomiędzy tym krajem a Polską istnieje umowa o unikaniu podwójnego opodatkowania, podatek może nawet nie wystąpić.
Nic nie stoi na przeszkodzie, aby właścicielem zagranicznego podmiotu była zaufana osoba lub wręcz my sami. Wchodząc wtedy do spółki (można powiedzieć: kuchennymi schodami), na przykład z 950 tys. zł, rozwadniamy nasze dotychczasowe udziały do 5 proc., sprawiając, że 95 proc. zysków zostanie wypłaconych według zagranicznych zasad. To samo dotyczy sprzedaży udziałów. Na wspomnianym Cyprze (nasz kraj podpisał aż 83 umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania) podatek od zysków kapitałowych wynosi zero. Ponadto zawsze można się pokusić o zawarcie umowy na zarządzanie rodzimą spółką z zagranicy. Wtedy możliwe jest otrzymanie tak zwanego wynagrodzenia dyrektorskiego – korzystnie opodatkowanego i wypłacanego przez spółkę cypryjską.
Swego czasu głośno było o podobnej operacji dokonanej przez Leszka Czarneckiego i LC Corp czy też Zygmunta Solorza-Żaka i Polsat. A skoro oszczędzają bogaci… Jest tylko jeden szkopuł – zatrudnienie doradcy, który pozwoli całą tę operację przeprowadzić, tanie nie jest. No i fiskus szczególnie chętnie weźmie wszystkie transakcje pod lupę.
Lecz i nie opuszczając granic, można się pokusić o założenie własnego funduszu inwestycyjnego zamkniętego. Chociaż – co warte zaznaczenia od razu – koszty sprawiają, że dotyczy to tylko interesów, których skala idzie w dziesiątki milionów złotych. Dużym utrudnieniem jest bowiem samo zarządzanie funduszem, natomiast ogromną przewagą – z definicji zwolnione z podatku operacje kapitałowe. Również tymi akcjami i udziałami, które właściciel przedsiębiorstwa wniesie do FIZ w zamian za certyfikaty. Tylko że ostatnio sprawa staje się mocno wątpliwa.
Otóż, jak wszystkiemu, co staje się popularne, operacjom tego typu zaczął się bacznie przyglądać resort finansów. Taką wymianę (przekazanie udziałów lub akcji za certyfikaty) traktuje jak opodatkowany aport. W jego mniemaniu certyfikat jest ekwiwalentem gotówki, zatem należy zapłacić podatek. I wymaga tego, mimo że wprost nie wynika to z żadnego przepisu. Tyle że fiskus zmienił sposób interpretacji uregulowań. Problem jest na tyle nowy (a przez to także dyskusyjny!), że nic nie jest z góry przesądzone.
Niemniej jednak, co doradcy podkreślają z całą mocą, można o własny FIZ pokusić się dopiero po wystąpieniu oraz uzyskaniu pozytywnej interpretacji z właściwej izby skarbowej. Tylko że nikt nie kwestionuje innego przykrego obowiązku. Tego mianowicie, że powstanie konieczność zapłaty podatku w chwili likwidacji funduszu i spieniężenia certyfikatów. Chyba że zawczasu postaramy się, by aktywami zaczął zarządzać uprzywilejowany podatkowo fundusz zagraniczny.
Inna sprawa to przekazanie firmy następcom. A nie zawsze oddanie biznesu (i życie rentiera) musi się łączyć z ostatecznym jego wyzbyciem. Czasem lepiej, by został w rodzinie, w zamian za zapewnioną dostatnią starość. Można przekazać interes sukcesorom i udać się na zasłużone wakacje. Od początku 2007 r. ustawodawca wprowadził bowiem ulgę od takiej darowizny. Krewni pierwszego stopnia nie płacą nic, pod warunkiem że w terminie sześciu miesięcy zgłoszą darowiznę i jej wielkość fiskusowi. Przy niedochowaniu obowiązku informacyjnego powstaje konieczność oddania do urzędu 7 proc. wartości darowizny. Lecz zakładając dotrzymanie terminów, następuje kontynuacja działalności bez żadnych negatywnych skutków.
– To taka podana na zachętę marchewka ze strony ustawodawcy, który w ten sposób chce sprzyjać budowaniu silniejszej klasy średniej i akumulowaniu rodzimego kapitału – ocenia Paweł Tomczykowski. – Jedynie w drugim stopniu pokrewieństwa podatek wynosi maksymalnie 12 proc. (od darowizny wielkości 20,5 tys. zł lub więcej), a gdy pokrewieństwo nie występuje – maksymalnie 20 procent.
Nowi właściciele zapłacą podatek, gdy pozbędą się swoich udziałów, chyba że na nowej zasadzie przekażą je dalej. Dla tych, którzy nie zrealizują zamiaru za życia, pozostaje jeszcze testament, ponieważ spadki są traktowane tak jak darowizny. Choć marne to pocieszenie dla niedoszłych rentierów, przynajmniej mają świadomość, że ich następcom na starcie będzie nieco lżej.
Adam Mielczarek
Księgi do raportu
Przygotowanie firmy do sprzedaży, a tym samym wycofania się z biznesu, może być dobrą okazją do dokonania podatkowej inwentaryzacji. Często przedsiębiorcy w natłoku codziennych zadań zapominają o zmieniających się przepisach, nowych, chociażby tylko lokalnych ulgach czy historycznie niepotrzebnie nadpłacanych podatkach. Tymczasem na odchodne można powalczyć o zwrot kwot zbędnie oddawanych fiskusowi przez lata.
Bardzo często zapomnianym obciążeniem jest stosunkowo niewielki podatek od nieruchomości płacony do gminy. Tymczasem jeżeli ze względów technicznych jakiś budynek nie może być użytkowany, nie należy płacić podatku z tytułu jego posiadania. Podobnym zwolnieniem objęto (po niedawnej, pozytywnej interpretacji) place oraz drogi wewnętrzne na terenie zakładów pracy. Niekiedy lokalnie pojawiają się zwolnienia albo ulgi dla producentów jakichś dóbr (na przykład materiałów budowlanych – niezwykle szeroka kategoria) lub choćby dla firm wspierających lokalny sport. Inną prostą oszczędnością jest zmiana podstawy do wyliczeń podatków. Bardzo często popełnianym błędem jest obliczenie powierzchni nieruchomości po obrysie, podczas gdy dopuszczalne jest wyłączenie ścian działowych i schodów.
Majątek niejedną ma cenę
Sprzedaż poszczególnych składników majątku spółki oznacza, że firma może na nich zarobić tak jak na każdej innej działalności. Zysk do opodatkowania jest liczony jako różnica między ceną sprzedaży maszyn i urządzeń a ich wartością netto, czyli pomniejszoną o amortyzację. Zatem mając, przypuśćmy, działający stary park maszynowy, a więc o pewnej wartości rynkowej, ale księgowo wart zero, zyskiem będzie cały przychód ze sprzedaży, nawet jeżeli za owe urządzenia historycznie zapłaciliśmy kwotę na przykład rzędu dwukrotności otrzymanej obecnie ceny.
Komentarz: Pożegnanie z fiskusem
Decyzja o rozstaniu się z własną firmą nigdy nie jest łatwa. Umieszczenie jej w kontekście podatkowym komplikuje to podwójnie, bo wtedy nie chodzi już tylko o korzystne spieniężenie biznesu, ale i ochronę członka zarządu oraz dorobku jego życia. Bo jeśli menedżer założył firmę przed laty, różnica między kosztem jej stworzenia a obecną wartością bywa ogromna. I takież będą podatki. Chyba że w granicach prawa uda się te dysproporcje zmniejszyć.
Niestety, nie ma rozwiązań uniwersalnych. Wiele zależy od tego, czy chcemy sprzedać całą spółkę, czy tylko niektóre jej części. Jeszcze inaczej należy zaplanować kroki zmierzające do przekazania biznesu następcom. Zarówno przechodząc na zasłużoną emeryturę, jak i zapisując go w testamencie. Teoretycznie w tym drugim przypadku problem znika (najbliższa rodzina nie płaci podatku), ale co zrobić, gdy nie doczekaliśmy się godnych siebie następców? Może wówczas lepiej zabezpieczyć siebie i rodzinę czystą gotówką? Odpowiedzi rodzą kolejne pytania. Z jednej strony, zależy nam na jak najwyższej cenie, ale z drugiej, niekoniecznie za idącymi w ślad za nią podatkami. Może więc pomyśleć o problemie zawczasu i wybrać transakcję na skalę międzynarodową. Nie wolno także zapominać, że trwa odwieczna wojna między przedsiębiorcami a fiskusem. To, co jeszcze wczoraj wydawało się świetnym rozwiązaniem, na przykład usłyszanym od znajomego biznesmena, dzisiaj będzie piętnowane przez urzędników. Zatem po sprawdzeniu najświeższego stanu regulacji, z pozoru „genialny” pomysł może się okazać tak zwaną miną. Co gorsza, niekoniecznie muszą tu wejść w życie nowe przepisy – wystarczy, że zmieni się ich interpretacja. Bo to co popularne, szybko trafia pod lupę fiskusa. Tymczasem nawet zdawałoby się prosta wypłata zysków skumulowanych może zostać dokonana na kilka sposobów. Najbardziej wyrafinowane techniki powodują jednak dodatkowe koszty transakcyjne. Dlatego nie da się uniknąć wcześniejszego etapu dokładnego policzenia wszystkiego. No i sprawdzenia prawa, w tym umów międzynarodowych. Zyskujące na popularności wykorzystanie optymalizacji podatkowej z zastosowaniem zagranicznych systemów prawnych powoduje na przykład konieczność sprawdzenia porozumień o unikaniu podwójnego opodatkowania.
Decyzji o spieniężeniu biznesu nie wolno też podejmować w oderwaniu od czasu, w jakim się ma to odbyć. Może więc niekiedy, zwłaszcza w okresie kryzysu, zwyczajnie przeczekać. Myślenie o rozstaniu się z firmą to również dobra okazja, by przejrzeć z doradcą podatkowym księgi rachunkowe. A nuż uda się coś odzyskać, na przykład tytułem zwrotu nadpłacanego podatku. Nawet małe kwoty skumulowane do pięciu lat wstecz mogą się okazać bardzo kuszące.
Jedno jest pewne – rozstanie z własną firmą jest zawsze życiową decyzją i trzeba się dobrze do niej przygotować. W końcu nigdy nie jest tak, że sprzedaje się biznes dlatego, że się chce coś zrobić z podatkami. To tylko towarzyszące temu zło konieczne. Niemniej zawsze można próbować je pomniejszyć.
- Re: Goodbye, moja firmo Autor: ~Aldek 2009-04-22 12:25
- Otóż to. Jak to możliwe ?? Miałem prenumerate, przestała przychodzić, nikt nic nie napisał - że tak powiem wziął kase i uciekł (na szczęscie tylko pół roku ;). A teraz widze, że jakieś artykuły?????
- Goodbye, moja firmo Autor: ~he 2009-04-22 08:40
- Artykuł z gazety. która nie istnieje...








Dodaj komentarz