2010-03-19 15:00 Źródło: BankierPress
Parking, który płaci
Parking, który płaci za postój? To nie koncepcja z „Alicji w Krainie Czarów”, tylko jeden z filarów domainingu. Jednak ten prosty mechanizm coraz częściej służy właścicielom adresów internetowych bardziej do ograniczania kosztów niż generowania zysków. Mogłoby być inaczej, gdyby nie fakt, że najwięcej – jak zwykle – zarabiają pośrednicy
Parking domen to usługa polegająca na bezpłatnym utrzymaniu adresu internetowego na serwerach DNS. Właścicielowi domeny umożliwia ona przede wszystkim ekspozycję nazwy w internecie bez ponoszenia kosztów hostingu. Pod zaparkowanym adresem zostaje automatycznie wygenerowana strona zawierająca formularz kontaktowy, dzięki któremu potencjalny nabywca może skontaktować się z właścicielem domeny w celu złożenia oferty zakupu. Technika jest prosta, ale w praktyce tu zaczynają się schody. Raczkujący domainerzy mają z reguły jeden cel: złapać adresową okazję i jak najszybciej ją spieniężyć. Niestety patenty na złoty interes często biorą się z sufitu – emocje biorą górę nad analizą i pozornie chwytliwe nazwy okazują się niewypałem. Większość młodych inwestorów po pierwszych porażkach rozstaje się z branżą. Ci, którzy obserwują rynek, z bólem serca zdają sobie sprawę z zaprzepaszczonych możliwości. Szczególnie, że stopa zwrotu w tej branży może przyprawić o zawrót głowy nawet najstarszych bankierów. Bo jeśli zakup domeny uszczupli nasze konto o ok. 10 zł (a czasem w ogóle), to zysk ze sprzedaży uzupełni je z przynajmniej kilkusetprocentową nadwyżką. Częściej jednak procenty liczy się w tysiącach i nie zmieniają tego nawet koszty przedłużenia – nikt rozsądny nie pozbywa się wartościowej nazwy za kilkadziesiąt złotych. Jak długo trzeba zatem czekać na „sensowną” ofertę? – To źle postawione pytanie. Domena jest zbyt indywidualną sprawą. Na niektóre nazwy otrzymuję oferty co tydzień, ale w granicach 200 zł – odrzucam je systematycznie od dwóch lat. Na inne domeny oferty nie przychodzą przez rok, nagle pojawia się konkretna propozycja, np. 2500 euro. Wszystko zależy od jakości domen i sytuacji na rynku. Sztuka sprzedawania domen to sztuka czekania na odpowiednią ofertę na realistycznie wycenioną przez siebie domenę – mówi Zuzanna Litwińska, która działa w branży domenowej od 2007 r. Jednak czekanie kosztuje. O ile parking jest darmowy, o tyle przedłużenia nikt nam nie zasponsoruje – im większe portfolio, tym większe wydatki. Co począć z tym fantem?
Zlecamy reklamy
Ci, którzy na hasło „darmowy” reagują wyrozumiałością, tylko częściowo mają rację. Parking zarabia, chociaż niezupełnie na nas. A przy okazji zarabia dla nas. Brzmi to urzekająco, jednak rzeczywistość jak zwykle jest mniej różowa. Ale po kolei. Parkując domenę, zlecamy firmie parkingowej zamieszczanie reklam na stronie „podpiętej” pod nasz adres. Gdy przypadkowy internauta trafia pod naszą e-strzechę i klika na link reklamowy – zarabiamy. Zarabia też firma parkingowa i dostawca reklam. A kto dostarcza reklam? Oczywiście Google – za pośrednictwem programu Google AdWords. I to właśnie gigant z Mountain View jest największym wygranym w biznesie parkingowym – przynajmniej w Polsce, gdzie nie grozi mu konkurencja ze strony Yahoo, innego potentata w tej branży. Wypada więc zadać sakramentalne pytanie: ile można na tym zarobić? – Przychód zależy od wielkości i rodzaju ruchu na zaparkowanych domenach. Dobre portfolia złożone z kilkuset nazw nierzadko generują wpływy na poziomie kilku tysięcy złotych miesięcznie, co znacznie odciąża koszty utrzymania domen lub zapewnia zysk w ogólnym bilansie przedłużeń – wyjaśnia Rafał Pietrzyk z firmy NameDrive.com. To właśnie na parkingu NameDrive.com i jego konkurenta Sedo zarabia – lub nie – ponad 99% domen z końcówką „.pl”. Trudno nie zainteresować się podziałem dochodów, jednak ten jest nie do końca przejrzysty. Nie wiadomo, jaką część puli reklamowej zgarnia Google, chociaż jest jasne, że największą. Ile kosztuje pośrednictwo firm parkingowych? Dane na ten temat są skąpe. Na forum domainerów di.pl można znaleźć promującą parking notkę z 2006 r., zgodnie z którą NameDrive.com wypłaca właścicielom domeny 80% pieniędzy od Google, zaś Sedo – 50%. Przynajmniej ta pierwsza opcja brzmi nie najgorzej, ale klienci firm parkingowych nie mają złudzeń. – Nie wierzę w takie deklaracje. Tego nikt nie kontroluje. Zgadzam się, że przy dobrej optymalizacji stron i rozsądnie dobranych nazwach na parkingu można zarobić. Jednak sytuacja wygląda trochę tak, że firmy parkingowe są zdane na łaskę Google, a my na łaskę firm parkingowych – wypowiada się anonimowo uczestnik jednego z cyklicznych, półprywatnych spotkań domainerów w Krakowie. Oczywiście zamiast liczyć na łaskę pośredników, lepiej zwiększyć przychody z parkingu dzięki przemyślanej strategii. Ale na początek trzeba zadbać o liczbę odwiedzin.
Ruch to pieniądz
Warunkiem koniecznym, lecz niewystarczającym generowania wpływów przez zaparkowane domeny jest ruch – im większy, tym lepszy. Tu kluczem do sukcesu jest sama nazwa. Jeśli dysponujemy generykiem, czyli domeną słownikową, będącą popularnym określeniem (najlepiej chodliwego towaru), możemy spodziewać się zawrotnego „trafficu”. Problem w tym, że szczęśliwi posiadacze takich cacek, jak meble.pl czy komputery.pl to albo tuzy w swojej branży, albo domainerzy, którzy mieli nosa zanim przeciętny Kowalski zadomowił się w internecie. By zatem nie marnować czasu, świeżo upieczeni inwestorzy powinni szukać zgrabnych fraz, śledzić nowinki lub zająć się tropieniem neologizmów (warto rozważyć anglicyzmy) z potencjałem – np. pojęć odnoszących się do wschodzących technologii. Jeśli temat „chwyci”, wzrośnie ruch na parkingu, a także wartość domeny. Jednak skąd ten ruch, skoro informacji szukamy korzystając z okna przeglądarki, a zaparkowane strony nie mają szans z serwisami, bo hierarchia wyników opiera się na pozycjonowaniu? Odpowiedź jest prosta – w założeniu pytania tkwi błąd. Wiele osób szukając w sieci „popularnego produktu” wpisze frazę „popularnyprodukt.pl” w pasek adresu zamiast w okno wyszukiwarki. Szczególnie, jeśli nazwa poszukiwanego przedmiotu jest jednowyrazowa. Częściowo wynika to z braków w wiedzy o nawigacji po internecie, nie bez znaczenia jest też popularność końcówki „.pl” i jej „odruchowe” skojarzenie z wyszukiwaną frazą. Poza tym założenie, że pod adresem „popularnyprodukt.pl” znajdziemy to, czego szukamy, jest dość logiczne. Niestandardowe techniki wyszukiwania to nie jedyne źródło ruchu. Poza generykami najwięcej wejść zaliczają popularne literówki – czyli przeinaczenia znanych wyrazów, w tym marek. Na tym polu konkurencja jest duża. Wypatrywanie obiecujących serwisów i wykupywanie ich literówkowych mutacji to właściwie gałąź domainingu. Upolowanie dobrej literówki wymaga nie tylko szczęścia, ale i doświadczenia. O ile łatwo się domyślić, że wielu internautów gubi kropkę po „www” (co stanowi o wartości domeny „wwwonet.pl”), o tyle zarabianie na omyłkowych kombinacjach literowych wymaga znajomości tematu i... gruntownej analizy klawiatury. Tak czy owak, z typosquattingiem (czyli rejestrowaniem literówek) lepiej uważać. Żerowanie na cudzym trademarku, poza tym że nie do końca uczciwe, może skończyć się w sądzie. Na szczęście tylko Polubownym ds. Domen Internetowych.
Bezpieczne zakupy
Zakup domeny to niewielkie ryzyko, ale i tu można się zabezpieczyć. Jeśli zależy nam na ruchu, mamy trzy możliwości sprawdzenia, czy nazwa jest warta inwestycji. Pierwsza z nich to narzędzie Google AdWords – Keyword Tool External. Pokazuje ono częstotliwość wyszukiwania danego zwrotu przez internautów. Takiego wyniku nie da się oczywiście przełożyć wprost na liczbę wejść na stronę, ale z grubsza ilustruje on potencjał frazy. Inną formą asekuracji jest usługa Domain Name Tasting (smakowanie domeny), polegająca na krótkoterminowej rejestracji nazwy w celu sprawdzenia jej atrakcyjności. Obecnie za symboliczną złotówkę lub niewiele więcej możemy przez dwa tygodnie analizować ruch na zaparkowanej domenie za pośrednictwem takich rejestratorów, jak Active24.pl, Az.pl, Dropped.pl czy Domeny.tv. DNT pomaga podjąć decyzję, ale z reguły nie pokazuje długofalowego potencjału nazwy. Trzecie, najbardziej miarodajne narzędzie, dostępne jest na wtórnym rynku domen. AfterMarket.pl, wiodąca firma w tym segmencie, umożliwia sprawdzenie liczby odsłon domeny w ciągu ostatnich 30 dni. Dodatkowo istnieje możliwość podglądu pięciu adresów, z których pochodzi ruch. Minusem tego rozwiązania jest koszt, jaki trzeba ponieść, by odkupić domenę. Ale okazje się trafiają – szczególnie w czasach kryzysu.
Tuning parkingu
Bez ruchu nie ma pieniędzy, ale nie ma ich też bez klikalności. Opisuje ją parametr CTR, czyli click-through rate, będący stosunkiem liczby kliknięć w link reklamowy do liczby wejść na stronę. Jeśli więc zaparkowaną domenę odwiedzi 1000 osób, lecz żadnej z nich nie skusi link sponsorowany, nie zarobimy ani centa. Jeżeli jednak na 100 odsłon, doczekamy się 20 kliknięć, możemy zarobić nawet na obiad – przynajmniej w barze mlecznym. CTR na poziomie 20% to wynik niecodzienny, ale jeszcze nie fantastyczny. Szczególnie, że można nad nim popracować. Jak? Przede wszystkim trzeba zadbać o adekwatność linków reklamowych do nazwy. Uzyskujemy ją wybierając odpowiednie kategorie tematyczne i słowa kluczowe w panelu użytkownika na parkingu. Chodzi o to, żeby pod adresem ciuchy.pl nie wyświetliły się reklamy z branży rolniczej. Szansa na to, że internauta poszukujący fatałaszków, zainteresuje się kombajnem jest niewielka. Warto też wybrać odpowiedni szablon i nagłówek strony, tak by jej estetyka w miarę możliwości nawiązywała do znaczenia zaparkowanej nazwy. Jeśli chodzi o podrasowanie ogólnego CTR portfolio, to najlepszy sposób podsuwa natura. Domeny o niskiej wartości handlowej (efekt przemęczenia lub ułańskiej fantazji domainera), które nie zarabiają na swoje utrzymanie, powinny wypaść z puli podczas selekcji nazw do przedłużenia. Zaoszczędzone pieniądze można zainwestować w adres z bardziej dochodowej branży. Bo chyba nikt nie ma wątpliwości, że serwisy plotkarskie płacą mniej niż deweloperzy. – Największe stawki za kliknięcie notuje się w takich branżach, jak kredyty, ubezpieczenia, nieruchomości, medycyna czy kosmetyki. Mniej zarobimy na parkingu inwestując w domeny z branży muzycznej. Pamiętajmy jednak, że większy zysk może przynieść domena z gorzej płatnej branży, która ma większy ruch – wyjaśnia Rafał Pietrzyk. Może więc najlepsza jest dywersyfikacja? Część domen z „chodliwej”, lecz taniej dziedziny, część z dochodowej, choć mniej „ruchliwej” to dość sensowna kompozycja. Ale uwaga na branżę porno! Seks, wbrew pozorom, nie popłaca – przynajmniej w domainingu. Budżety reklamowe w różowym przemyśle nigdy nie należały do podniecających, a inwestycje domenowe w tym segmencie są raczej passé. Sprawę dodatkowo komplikuje fakt, że na przychody z parkingu wpływa nie tylko branża reklamodawcy, ale – być może przede wszystkim – kraj, w którym internauta klika w link sponsorowany. O ile polski „klik” zasili nasz budżet o jedyne 5 centów, o tyle kliknięcia z USA, Kanady czy Wielkiej Brytanii wzbogacą nas o 0,1 dolara lub więcej. W czasach prosperity (czyli przed Kryzysem) zdarzały się wypłaty przekraczające nawet 5 „zielonych”. Szkopuł w tym, że trudno spodziewać się tłumów z Ameryki na stronach z końcówką „.pl”. Niestety globalna domenosfera została przeczesana jeszcze zanim NASK obniżył ceny rejestracji nazw do poziomu nieurągającego zdrowemu rozsądkowi, jednak inwestorzy obyci z językiem Szekspira wciąż mają szansę na znalezienie perełki (in spe). Poza tym nadal wiele do zdziałania jest w obszarze domen z końcówką „.eu”. Last but not least: pomysł, że klikanie w reklamy na stronach swoich domen przyniesie zysk, to niedobry pomysł. Algorytm parkingu wykryje również machlojki związane z wysyłaniem linków znajomym czy ukrywaniem IP. Konsekwencją braku rozwagi w tym zakresie może być blokada domeny, a nawet konta delikwenta.
Quo vadis, domeno?
Kto się nie rozwija, ten się cofa – to porzekadło dotyczy również parkingów. Mniej więcej rok temu Google wprowadził możliwość niewyświetlania reklam klientom AdWords. W konsekwencji na parkingi trafiają tańsze reklamy, co odbija się na zarobkach właścicieli domen. Jest też tajemnicą poliszynela, że internetowy moloch zgarnia coraz większą część reklamowego tortu. Kiedy koszty pośrednictwa zamieniają się w haracz, trzeba je wyeliminować – tak też robią właściciele internetowych adresów. – Zamiast korzystać z parkingów, domainerzy coraz częściej tworzą własne strony i podpinają je pod programy partnerskie oferowane bezpośrednio przez firmy z danej branży. Jedna z moich domen zarabiała na parkingu 10 dolarów miesięcznie, a odkąd ustawiłam ją na program partnerski z serwisem turystycznym, zarabia ok. 100 euro na miesiąc – zachwala „antygoogle’ową” alternatywę Zuzanna Litawińska. Jak na tę sytuację reagują firmy parkingowe? Niespecjalnie. Od niedawna mówi się o parkingach „nowej generacji”, które zamiast ograniczać się do jednostronicowej „linkowni” umożliwiałyby użytkownikom tworzenie serwisów. Nowe narzędzia dawałyby nawet szansę na wypozycjonowanie zaparkowanej strony. Taką innowację oferują obecnie bodis.com i whypark.com, a na polskim rynku próbował ją wdrożyć serwis dropped.pl za pośrednictwem parkingu droppark.pl. Na razie projekt pozostaje w fazie beta i wiele wskazuje na to, że zostanie zaniechany. A szkoda – opcja zarabiania na własnym serwisie bez płacenia za hosting mogłaby obrodzić ciekawymi adresami. Ale może nie ma sensu mnożyć bytów? W końcu i tak szykuje się redukcja internetowego pogłowia za sprawą pewnej czarnej listy. Na szczęście nie zagraża ona „tradycyjnemu” domainingowi.
/ Przemysław Ćwik
Parking domen to usługa polegająca na bezpłatnym utrzymaniu adresu internetowego na serwerach DNS. Właścicielowi domeny umożliwia ona przede wszystkim ekspozycję nazwy w internecie bez ponoszenia kosztów hostingu. Pod zaparkowanym adresem zostaje automatycznie wygenerowana strona zawierająca formularz kontaktowy, dzięki któremu potencjalny nabywca może skontaktować się z właścicielem domeny w celu złożenia oferty zakupu. Technika jest prosta, ale w praktyce tu zaczynają się schody. Raczkujący domainerzy mają z reguły jeden cel: złapać adresową okazję i jak najszybciej ją spieniężyć. Niestety patenty na złoty interes często biorą się z sufitu – emocje biorą górę nad analizą i pozornie chwytliwe nazwy okazują się niewypałem. Większość młodych inwestorów po pierwszych porażkach rozstaje się z branżą. Ci, którzy obserwują rynek, z bólem serca zdają sobie sprawę z zaprzepaszczonych możliwości. Szczególnie, że stopa zwrotu w tej branży może przyprawić o zawrót głowy nawet najstarszych bankierów. Bo jeśli zakup domeny uszczupli nasze konto o ok. 10 zł (a czasem w ogóle), to zysk ze sprzedaży uzupełni je z przynajmniej kilkusetprocentową nadwyżką. Częściej jednak procenty liczy się w tysiącach i nie zmieniają tego nawet koszty przedłużenia – nikt rozsądny nie pozbywa się wartościowej nazwy za kilkadziesiąt złotych. Jak długo trzeba zatem czekać na „sensowną” ofertę? – To źle postawione pytanie. Domena jest zbyt indywidualną sprawą. Na niektóre nazwy otrzymuję oferty co tydzień, ale w granicach 200 zł – odrzucam je systematycznie od dwóch lat. Na inne domeny oferty nie przychodzą przez rok, nagle pojawia się konkretna propozycja, np. 2500 euro. Wszystko zależy od jakości domen i sytuacji na rynku. Sztuka sprzedawania domen to sztuka czekania na odpowiednią ofertę na realistycznie wycenioną przez siebie domenę – mówi Zuzanna Litwińska, która działa w branży domenowej od 2007 r. Jednak czekanie kosztuje. O ile parking jest darmowy, o tyle przedłużenia nikt nam nie zasponsoruje – im większe portfolio, tym większe wydatki. Co począć z tym fantem?
Zlecamy reklamy
Ci, którzy na hasło „darmowy” reagują wyrozumiałością, tylko częściowo mają rację. Parking zarabia, chociaż niezupełnie na nas. A przy okazji zarabia dla nas. Brzmi to urzekająco, jednak rzeczywistość jak zwykle jest mniej różowa. Ale po kolei. Parkując domenę, zlecamy firmie parkingowej zamieszczanie reklam na stronie „podpiętej” pod nasz adres. Gdy przypadkowy internauta trafia pod naszą e-strzechę i klika na link reklamowy – zarabiamy. Zarabia też firma parkingowa i dostawca reklam. A kto dostarcza reklam? Oczywiście Google – za pośrednictwem programu Google AdWords. I to właśnie gigant z Mountain View jest największym wygranym w biznesie parkingowym – przynajmniej w Polsce, gdzie nie grozi mu konkurencja ze strony Yahoo, innego potentata w tej branży. Wypada więc zadać sakramentalne pytanie: ile można na tym zarobić? – Przychód zależy od wielkości i rodzaju ruchu na zaparkowanych domenach. Dobre portfolia złożone z kilkuset nazw nierzadko generują wpływy na poziomie kilku tysięcy złotych miesięcznie, co znacznie odciąża koszty utrzymania domen lub zapewnia zysk w ogólnym bilansie przedłużeń – wyjaśnia Rafał Pietrzyk z firmy NameDrive.com. To właśnie na parkingu NameDrive.com i jego konkurenta Sedo zarabia – lub nie – ponad 99% domen z końcówką „.pl”. Trudno nie zainteresować się podziałem dochodów, jednak ten jest nie do końca przejrzysty. Nie wiadomo, jaką część puli reklamowej zgarnia Google, chociaż jest jasne, że największą. Ile kosztuje pośrednictwo firm parkingowych? Dane na ten temat są skąpe. Na forum domainerów di.pl można znaleźć promującą parking notkę z 2006 r., zgodnie z którą NameDrive.com wypłaca właścicielom domeny 80% pieniędzy od Google, zaś Sedo – 50%. Przynajmniej ta pierwsza opcja brzmi nie najgorzej, ale klienci firm parkingowych nie mają złudzeń. – Nie wierzę w takie deklaracje. Tego nikt nie kontroluje. Zgadzam się, że przy dobrej optymalizacji stron i rozsądnie dobranych nazwach na parkingu można zarobić. Jednak sytuacja wygląda trochę tak, że firmy parkingowe są zdane na łaskę Google, a my na łaskę firm parkingowych – wypowiada się anonimowo uczestnik jednego z cyklicznych, półprywatnych spotkań domainerów w Krakowie. Oczywiście zamiast liczyć na łaskę pośredników, lepiej zwiększyć przychody z parkingu dzięki przemyślanej strategii. Ale na początek trzeba zadbać o liczbę odwiedzin.
Ruch to pieniądz
Warunkiem koniecznym, lecz niewystarczającym generowania wpływów przez zaparkowane domeny jest ruch – im większy, tym lepszy. Tu kluczem do sukcesu jest sama nazwa. Jeśli dysponujemy generykiem, czyli domeną słownikową, będącą popularnym określeniem (najlepiej chodliwego towaru), możemy spodziewać się zawrotnego „trafficu”. Problem w tym, że szczęśliwi posiadacze takich cacek, jak meble.pl czy komputery.pl to albo tuzy w swojej branży, albo domainerzy, którzy mieli nosa zanim przeciętny Kowalski zadomowił się w internecie. By zatem nie marnować czasu, świeżo upieczeni inwestorzy powinni szukać zgrabnych fraz, śledzić nowinki lub zająć się tropieniem neologizmów (warto rozważyć anglicyzmy) z potencjałem – np. pojęć odnoszących się do wschodzących technologii. Jeśli temat „chwyci”, wzrośnie ruch na parkingu, a także wartość domeny. Jednak skąd ten ruch, skoro informacji szukamy korzystając z okna przeglądarki, a zaparkowane strony nie mają szans z serwisami, bo hierarchia wyników opiera się na pozycjonowaniu? Odpowiedź jest prosta – w założeniu pytania tkwi błąd. Wiele osób szukając w sieci „popularnego produktu” wpisze frazę „popularnyprodukt.pl” w pasek adresu zamiast w okno wyszukiwarki. Szczególnie, jeśli nazwa poszukiwanego przedmiotu jest jednowyrazowa. Częściowo wynika to z braków w wiedzy o nawigacji po internecie, nie bez znaczenia jest też popularność końcówki „.pl” i jej „odruchowe” skojarzenie z wyszukiwaną frazą. Poza tym założenie, że pod adresem „popularnyprodukt.pl” znajdziemy to, czego szukamy, jest dość logiczne. Niestandardowe techniki wyszukiwania to nie jedyne źródło ruchu. Poza generykami najwięcej wejść zaliczają popularne literówki – czyli przeinaczenia znanych wyrazów, w tym marek. Na tym polu konkurencja jest duża. Wypatrywanie obiecujących serwisów i wykupywanie ich literówkowych mutacji to właściwie gałąź domainingu. Upolowanie dobrej literówki wymaga nie tylko szczęścia, ale i doświadczenia. O ile łatwo się domyślić, że wielu internautów gubi kropkę po „www” (co stanowi o wartości domeny „wwwonet.pl”), o tyle zarabianie na omyłkowych kombinacjach literowych wymaga znajomości tematu i... gruntownej analizy klawiatury. Tak czy owak, z typosquattingiem (czyli rejestrowaniem literówek) lepiej uważać. Żerowanie na cudzym trademarku, poza tym że nie do końca uczciwe, może skończyć się w sądzie. Na szczęście tylko Polubownym ds. Domen Internetowych.
Bezpieczne zakupy
Zakup domeny to niewielkie ryzyko, ale i tu można się zabezpieczyć. Jeśli zależy nam na ruchu, mamy trzy możliwości sprawdzenia, czy nazwa jest warta inwestycji. Pierwsza z nich to narzędzie Google AdWords – Keyword Tool External. Pokazuje ono częstotliwość wyszukiwania danego zwrotu przez internautów. Takiego wyniku nie da się oczywiście przełożyć wprost na liczbę wejść na stronę, ale z grubsza ilustruje on potencjał frazy. Inną formą asekuracji jest usługa Domain Name Tasting (smakowanie domeny), polegająca na krótkoterminowej rejestracji nazwy w celu sprawdzenia jej atrakcyjności. Obecnie za symboliczną złotówkę lub niewiele więcej możemy przez dwa tygodnie analizować ruch na zaparkowanej domenie za pośrednictwem takich rejestratorów, jak Active24.pl, Az.pl, Dropped.pl czy Domeny.tv. DNT pomaga podjąć decyzję, ale z reguły nie pokazuje długofalowego potencjału nazwy. Trzecie, najbardziej miarodajne narzędzie, dostępne jest na wtórnym rynku domen. AfterMarket.pl, wiodąca firma w tym segmencie, umożliwia sprawdzenie liczby odsłon domeny w ciągu ostatnich 30 dni. Dodatkowo istnieje możliwość podglądu pięciu adresów, z których pochodzi ruch. Minusem tego rozwiązania jest koszt, jaki trzeba ponieść, by odkupić domenę. Ale okazje się trafiają – szczególnie w czasach kryzysu.
Tuning parkingu
Bez ruchu nie ma pieniędzy, ale nie ma ich też bez klikalności. Opisuje ją parametr CTR, czyli click-through rate, będący stosunkiem liczby kliknięć w link reklamowy do liczby wejść na stronę. Jeśli więc zaparkowaną domenę odwiedzi 1000 osób, lecz żadnej z nich nie skusi link sponsorowany, nie zarobimy ani centa. Jeżeli jednak na 100 odsłon, doczekamy się 20 kliknięć, możemy zarobić nawet na obiad – przynajmniej w barze mlecznym. CTR na poziomie 20% to wynik niecodzienny, ale jeszcze nie fantastyczny. Szczególnie, że można nad nim popracować. Jak? Przede wszystkim trzeba zadbać o adekwatność linków reklamowych do nazwy. Uzyskujemy ją wybierając odpowiednie kategorie tematyczne i słowa kluczowe w panelu użytkownika na parkingu. Chodzi o to, żeby pod adresem ciuchy.pl nie wyświetliły się reklamy z branży rolniczej. Szansa na to, że internauta poszukujący fatałaszków, zainteresuje się kombajnem jest niewielka. Warto też wybrać odpowiedni szablon i nagłówek strony, tak by jej estetyka w miarę możliwości nawiązywała do znaczenia zaparkowanej nazwy. Jeśli chodzi o podrasowanie ogólnego CTR portfolio, to najlepszy sposób podsuwa natura. Domeny o niskiej wartości handlowej (efekt przemęczenia lub ułańskiej fantazji domainera), które nie zarabiają na swoje utrzymanie, powinny wypaść z puli podczas selekcji nazw do przedłużenia. Zaoszczędzone pieniądze można zainwestować w adres z bardziej dochodowej branży. Bo chyba nikt nie ma wątpliwości, że serwisy plotkarskie płacą mniej niż deweloperzy. – Największe stawki za kliknięcie notuje się w takich branżach, jak kredyty, ubezpieczenia, nieruchomości, medycyna czy kosmetyki. Mniej zarobimy na parkingu inwestując w domeny z branży muzycznej. Pamiętajmy jednak, że większy zysk może przynieść domena z gorzej płatnej branży, która ma większy ruch – wyjaśnia Rafał Pietrzyk. Może więc najlepsza jest dywersyfikacja? Część domen z „chodliwej”, lecz taniej dziedziny, część z dochodowej, choć mniej „ruchliwej” to dość sensowna kompozycja. Ale uwaga na branżę porno! Seks, wbrew pozorom, nie popłaca – przynajmniej w domainingu. Budżety reklamowe w różowym przemyśle nigdy nie należały do podniecających, a inwestycje domenowe w tym segmencie są raczej passé. Sprawę dodatkowo komplikuje fakt, że na przychody z parkingu wpływa nie tylko branża reklamodawcy, ale – być może przede wszystkim – kraj, w którym internauta klika w link sponsorowany. O ile polski „klik” zasili nasz budżet o jedyne 5 centów, o tyle kliknięcia z USA, Kanady czy Wielkiej Brytanii wzbogacą nas o 0,1 dolara lub więcej. W czasach prosperity (czyli przed Kryzysem) zdarzały się wypłaty przekraczające nawet 5 „zielonych”. Szkopuł w tym, że trudno spodziewać się tłumów z Ameryki na stronach z końcówką „.pl”. Niestety globalna domenosfera została przeczesana jeszcze zanim NASK obniżył ceny rejestracji nazw do poziomu nieurągającego zdrowemu rozsądkowi, jednak inwestorzy obyci z językiem Szekspira wciąż mają szansę na znalezienie perełki (in spe). Poza tym nadal wiele do zdziałania jest w obszarze domen z końcówką „.eu”. Last but not least: pomysł, że klikanie w reklamy na stronach swoich domen przyniesie zysk, to niedobry pomysł. Algorytm parkingu wykryje również machlojki związane z wysyłaniem linków znajomym czy ukrywaniem IP. Konsekwencją braku rozwagi w tym zakresie może być blokada domeny, a nawet konta delikwenta.
Quo vadis, domeno?
Kto się nie rozwija, ten się cofa – to porzekadło dotyczy również parkingów. Mniej więcej rok temu Google wprowadził możliwość niewyświetlania reklam klientom AdWords. W konsekwencji na parkingi trafiają tańsze reklamy, co odbija się na zarobkach właścicieli domen. Jest też tajemnicą poliszynela, że internetowy moloch zgarnia coraz większą część reklamowego tortu. Kiedy koszty pośrednictwa zamieniają się w haracz, trzeba je wyeliminować – tak też robią właściciele internetowych adresów. – Zamiast korzystać z parkingów, domainerzy coraz częściej tworzą własne strony i podpinają je pod programy partnerskie oferowane bezpośrednio przez firmy z danej branży. Jedna z moich domen zarabiała na parkingu 10 dolarów miesięcznie, a odkąd ustawiłam ją na program partnerski z serwisem turystycznym, zarabia ok. 100 euro na miesiąc – zachwala „antygoogle’ową” alternatywę Zuzanna Litawińska. Jak na tę sytuację reagują firmy parkingowe? Niespecjalnie. Od niedawna mówi się o parkingach „nowej generacji”, które zamiast ograniczać się do jednostronicowej „linkowni” umożliwiałyby użytkownikom tworzenie serwisów. Nowe narzędzia dawałyby nawet szansę na wypozycjonowanie zaparkowanej strony. Taką innowację oferują obecnie bodis.com i whypark.com, a na polskim rynku próbował ją wdrożyć serwis dropped.pl za pośrednictwem parkingu droppark.pl. Na razie projekt pozostaje w fazie beta i wiele wskazuje na to, że zostanie zaniechany. A szkoda – opcja zarabiania na własnym serwisie bez płacenia za hosting mogłaby obrodzić ciekawymi adresami. Ale może nie ma sensu mnożyć bytów? W końcu i tak szykuje się redukcja internetowego pogłowia za sprawą pewnej czarnej listy. Na szczęście nie zagraża ona „tradycyjnemu” domainingowi.
/ Przemysław Ćwik
- Re: Parking, który płaci Autor: ~Piotr 2010-03-21 13:20
- A ja chętnie sprzedam domenę finansową EuroDolar.pl zapraszam!
- Parking, który płaci Autor: ~DomenyDoKupienia.pl 2010-03-20 22:11
- Bardzo dobry i rzetelnie opisujący temat artykuł.
- Sprzedam Polityka.tv Autor: ~Michał3 2010-03-19 16:04
- To obciach, dla dobrych domen na sprzedaż wystawiać je w zaproponowany wyżej sposób. Zapraszam na www.polityka.tv, aby zobaczyć jak to się robi.








Dodaj komentarz