

Przykład Grecji pokazuje, jak niebezpieczne potrafi być nadmierne zadłużenie zagraniczne. Kraj jest całkowicie uzależniony od wierzycieli i ich kolejnych programów ratunkowych, przez co najważniejsze decyzje dotyczące polityki gospodarczej i społecznej kraju zapadają dziś poza jego granicami. Polska na tym tle wygląda o wiele lepiej, ale da się zauważyć pewne zagrożenia.
Dwoma krajami charakteryzującymi się najwyższym długiem publicznym w stosunku do PKB na świecie są Japonia i Grecja, gdzie wskaźnik ten wynosi odpowiednio 229 i 177 proc. Pierwsza cechuje się wysoką wiarygodnością na rykach długu, natomiast druga od kilku lat zmaga się z potężnym kryzysem zadłużenia. Różni je wiele, ale zdecydowanie wyróżnia się udział inwestorów zagranicznych w strukturze długu. W przypadku Japonii jest to 7 proc., natomiast rząd Grecji jest zadłużony za granicą w około 75 proc.
Reformy Atenom dyktuje tzw. Troika, która jest przedstawicielem najważniejszych wierzycieli rządu, czyli Komisji Europejskiej, Europejskiego Banku Centralnego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego. O skali uzależnienia świadczy fakt, że nawet populistyczny premier Alexis Tsipras ostatecznie ugiął się przed jej żądaniami.
Polsce jeszcze trochę brakuje do sytuacji, w której znalazła się Grecja. Nasz wskaźnik długu do PKB nieznacznie przekracza 51 proc., co jest jedną z najniższych wartości w Unii Europejskiej. Jednak stosunkowo wysoki jest udział w zadłużeniu skarbu państwa inwestorów zagranicznych, wynoszący 53,6 proc., co może stanowić już potencjalne zagrożenie, z uwagi na niestabilność zagranicznych źródeł finansowania, które mogą bardzo gwałtownie reagować na zmiany w otoczeniu gospodarczym.
Polska jest krajem dużym, jednym z większych w regionie Europy Środkowo-Wschodniej. Oznacza to, że choć nasz dług publiczny w relacji do PKB jest stosunkowo niewielki na tle całej Unii Europejskiej, to wielkość długu w wartościach nominalnych jest już relatywnie duża. W październiku zadłużenie skarbu państwa według danych Ministerstwa Finansów wynosiło 910,8 mld zł, z czego 488 mld zł było w rękach inwestorów zagranicznych. Czyni to rynek polskich obligacji skarbowych jednym z największych i najbardziej płynnych w tej części Europy.
Sprawia to, że w przypadku pogorszenia nastrojów na rynkach światowych, które powoduje wycofywanie kapitału z rynków wschodzących i osłabienie ich walut, złoty jest zwykle wśród liderów rankingu walut najbardziej tracących na wartości w Europie Środkowo-Wschodniej (CEE). Tak było na przykład po wyborach prezydenckich w USA, kiedy jedyną walutą CEE osłabiającą się silniej niż złoty była turecka lira.
Właśnie kanał walutowy jest tym, co przypadku długu zagranicznego może mieć kluczowy wpływ na gospodarkę. Około 307 mld zł polskiego długu publicznego czyli 33,8 proc., jest denominowana w walutach obcych. Jest on co prawda obłożony niższym oprocentowaniem, czyli tańszy w obsłudze niż denominowany w złotym, jednak osłabienie naszej waluty powoduje wzrost kosztów jego obsługi. Dokładnie tak, jak ma to miejsce w przypadku frankowych kredytów hipotecznych.
Ponadto, w przypadku długu denominowanego w walucie emitowanej przez dane państwo, zawsze istnieje teoretyczna możliwość jego spłaty przez inflację, czyli po prostu dodruk pieniędzy. Z tego powodu inwestorzy działający na rynkach obligacji krajów rozwijających się mawiają, że (z ich punktu widzenia) w przypadku obligacji w lokalnej walucie nie ma ryzyka kredytowego, za to jest ryzyko walutowe. W walutach obcych, czyli pozostających poza jakąkolwiek kontrolą danego państwa, występuje odwrotna sytuacja - nie ma ryzyka walutowego, ale jest ryzyko niewypłacalności. Pod tym względem dług Grecji był z jej punktu widzenia nie tylko zagraniczny, ale też denominowany w całości w walucie obcej.
Szczyt udziału inwestorów zagranicznych w długu publicznym Polska przypadał na koniec 2014 roku, kiedy wyniósł on ponad 60 proc. Było to spowodowane z jednej strony reformą OFE, która doprowadziła do zniknięcia z rynku obligacji dużych inwestorów krajowych, a także deficytem na rachunku obrotów bieżących, który wymuszał poszukiwania inwestorów za granicą. Krótko mówiąc, krajowe oszczędności były zbyt małe, by mogły sfinansować potrzeby pożyczkowe państwa. Wtedy konieczny jest albo import kapitału z zagranicy, który uzupełnia te braki, albo redukcja wydatków budżetowych.
Nieco "przypadkiem" udział inwestorów krajowych w długu publicznym zwiększył tzw. podatek bankowy, którym nie są objęte skarbowe papiery wartościowe, więc instytucje finansowe mają dodatkową motywację, by je kupować. Ich wartość w portfelach banków zwiększyła się od początku roku o prawie 60 mld zł. Niestety odbiło się to na inwestycjach prywatnych, które zostały w pewnym stopniu wyparte z portfeli banków przez papiery skarbowe.
Wysokość polskiego długu publicznego nie jest jeszcze problemem, ale zacznie nim wkrótce być, jeżeli utrzymamy dotychczasowe tempo zadłużania naszego państwa. Warto w tym kontekście zastanowić się nad strukturą długu, by wydatki publiczne nie wypierały inwestycji prywatnych oraz by jak najmniej uzależniać Polskę od zagranicy, co nie jest łatwym połączeniem. Z pewnością nie obędzie się bez zwiększenia stopy oszczędności krajowych, co nie będzie proste w sytuacji, kiedy podatki pochłaniają dużą część dochodu obywateli.


























































