Polityka
negocjacyjna Donalda Trumpa trzęsie światowymi rynkami finansowymi. W Polsce
odczuwamy to głównie poprzez niespokojnie falujący kurs euro. Natomiast na świecie ważny jest fakt, że kurs dolara w Chinach osiągnął najwyższy poziom od 11 lat.


Prezydent Stanów Zjednoczonych powiedział dziennikarzom, że chiński rząd w niedzielę kontaktował się telefonicznie z administracją USA – donosi agencja Bloomberg. To pierwsza od kilku dni pozytywna informacja z frontu chińsko-amerykańskiej wojny handlowej. W piątek oraz w trakcie weekendu Donald Trump tylko zaogniał sytuację, grożąc nałożeniem kolejnych ceł na produkty z Chin i wzywając amerykańskie firmy do opuszczenia tego kraju.
- Chiny dzwoniły zeszłej nocy do naszych ludzi od handlu i powiedziały, żeby wrócić do rozmów. Oni wiedzą, jak to jest w życiu – powiedział prezydent USA.
W poniedziałek kurs dolara na rynku onshore w Chinach osiągnął poziom 7,1425 juanów – to najwięcej od 2008 roku. Na rynku offshore, gdzie kurs juana podlega mniejszym kontrolom, jego wartość spadła do poziomu 7,1850 za dolara, czyli najniższego, od kiedy w 2010 roku umożliwiono taki handel.
Zmienne humory amerykańskiego prezydenta w piątek wieczorem i w poniedziałek rano doprowadziły do silnych spadków na giełdach. Ale poranna informacja o „chińskim telefonie” nieco poprawiła nastroje inwestycyjne. Indeksy w Europie rozpoczęły sesję od niewielkich, nieprzekraczających 0,5% spadków.
Poprawiły się także notowania złotego. Wcześnie rano kurs euro sięgał nawet 4,38 zł, by do 9:25 obniżyć się w pobliże 4,37 zł. W dalszym ciągu oznacza to słabość polskiej waluty. Jeszcze miesiąc temu euro kosztowało bowiem 4,25 zł. Ruch o kilkanaście groszy w górę w ciągu miesiąca nie należy do nikłych.
Tuż poniżej 2-letniego szczytu notowany był dolar amerykański, za którego trzeba było zapłacić prawie 3,93 zł. Frank szwajcarski kosztował blisko 4,02 zł. Funt brytyjski był wyceniany na niespełna 4,82 zł.
KK
























































