Budżet państwa na rok 2017 jest projektem kontynuacji polityki fiskalnej z ostatnich 25 lat – czyli nieustannego zadłużania obywateli z powodu rosnących transferów socjalnych. To polityka osłabiająca rozwój kraju.
Rząd nie ma własnych pieniędzy. Ma tylko te, które odbierze obywatelom – jeśli pominiemy mało istotne w skali makro przychody z tytułu dywidend od spółek Skarbu Państwa.
Wydatki państwa finansowane są z naszych pieniędzy. Im więcej rząd wydaje, tym więcej najpierw musi nam zabrać lub pożyczyć od inwestorów, co na dłuższą metę na jedno wychodzi.
Proszę wybaczyć tę „oczywistą oczywistość”, ale niestety większość społeczeństwa nadal żyje iluzją, że rząd może im coś „dać”, względnie że mogą coś otrzymać „za darmo”. Nawet wykształceni ludzie wierzą w ekonomiczne mity dotyczące finansów publicznych. Ba, spora część zawodowych ekonomistów sądzi, że sektor finansów publicznych może rządzić się innymi prawami niż reszta gospodarki. Otóż nie. Na dłuższą metę dotyczą go te same ograniczenia, co wszystkich innych.
Polska długiem stoi
Przynajmniej od roku 1991 Polska ani razu nie miała zrównoważonego budżetu państwa. Deficyt był permanentnym stanem przez minione 25 lat, niezależnie która opcja polityczna była u władzy. W zależności od koniunktury gospodarczej deficyty budżetowe były mniejsze bądź większe, ale zawsze były. I niestety, z reguły były dużo za duże.
Zarówno w ujęciu względnym (w relacji do PKB) jak i bezwzględnym najgorszym rokiem dla polskich finansów publicznych był 2010, gdy w kasie państwa zabrakło 108,77 mld złotych, czyli równowartości 7,5% ówczesnego PKB. To deficyt całego sektora finansów publicznych, do którego oprócz budżetu państwa (rządu) zalicza się finanse samorządów i funduszy „zabezpieczenia społecznego” – czyli zarządzanych przez ZUS i KRUS systemów emerytalno-rentowych.
Skutkiem permanentnego deficytu jest kumulujący się dług publiczny, którego kwota nieubłaganie zbliża się do biliona złotych. Za obsługę długu trzeba zapłacić. Odsetki finansowane są z podatków. Ekonomicznym efektem utrzymujących się deficytów budżetowych jest zatem transfer dochodu od polskich podatników do zagranicznych inwestorów. Mówimy tu o niebagatelnych kwotach. Pomimo rekordowo niskich stóp procentowych w 2015 roku obsługa długu publicznego pochłonęła 29,2 mld złotych. To kwota trzy razy wyższa od wydatków na uzbrojenie polskiej armii i sześć razy większa od nakładów państwa na naukę.
Rosnące wydatki tworzą dług publiczny
Winę za permanentny deficyt budżetowy nie ponoszą rzekomo niskie wpływy z podatków, lecz nieustannie rosnące wydatki państwa. W 2015 roku „dochody sektora finansów publicznych” wyniosły 687,8 mld złotych, a więc były 10,6 mld zł wyższe niż rok wcześniej. Równocześnie wydatki państwa zwiększyły się o blisko 15 mld złotych, sięgając rekordowych 731,8 mld zł. W ciągu poprzednich 10 lat nominalne dochody państwa zwiększyły się o 80%, czyli o 305 mld zł.
W tym samym czasie wydatki wzrosły o blisko 320 mld zł, czyli o 77,6%. Efektem tylko 10 lat deficytu był wzrost długu publicznego o 410,7 mld zł i to odliczając ok. 150 mld zł zabranych z OFE przez rząd Donalda Tuska.
Na poziomie budżetu państwa wzrost wydatków wydaje się mniejszy (z 208 mld zł w roku 2005 do 331,7 mld zł w 2015), ale to dlatego, że część z nich została usunięta z budżetu centralnego, aby nie paskudzić już i tak paskudnych statystyk deficytu.
Stare grzechy nowej władzy
Patrząc w historycznym kontekście, budżet na 2017 rok jest kontynuacją szkodliwej polityki poprzedników. To mix optymistycznych założeń umożliwiających – przynajmniej na papierze – sfinansowanie kolejnych wydatków państwa, w tym przede wszystkim transferów socjalnych. „Socjał” oraz pensje pracowników sfery budżetowej stanowią ok. 70% wydatków państwa.
Przyszłoroczny deficyt finansów publicznych ma się zmieścić w unijnym limicie 3% PKB, przy czym sam deficyt budżetowy zaplanowano na blisko 60 mld złotych, czyli 2,9% PKB. Aby rząd "zmieścił się" w unijnym limicie, muszą zostać spełnione dwa podstawowe warunki:
- Salda pozostałych części sektora finansów publicznych muszą być nieujemne – tj. ani FUS, ani samorządy nie mogą się zadłużyć. Wątpię, aby udało się powstrzymać samorządowców przed zapożyczaniem się na projekty współfinansowane z nowej transzy funduszy unijnych. Tym bardziej, że jesienią 2018 roku czekają nas wybory, które trudno jest wygrać bez pochwalenia się inwestycjami.
- Zmaterializują się przyjęte przez rząd prognozy makroekonomiczne. Jak zwykle Ministerstwo Finansów założyło różowe okulary, przyjmując założenia bardziej optymistyczne od prognoz rynkowych.
Po pierwsze, ryzykownym założeniem jest zaplanowanie na 2017 rok wzrostu PKB o 3,6%. W pierwszym półroczu 2016 dynamika PKB spowolniła do ok. 3%. Przyspieszenie wzrostu oczekiwane jest dopiero w drugim półroczu 2017 roku, gdy mają ruszyć inwestycje publiczne współfinansowane z funduszy unijnych. Rządowi w sukurs może przyjść za to struktura wzrostu PKB. Jeśli będzie ona oparta o szybki wzrost konsumpcji napędzanej przez rosnące wynagrodzenia (prognoza: +5%), to ponieważ obie te rzeczy są w Polsce bardzo wysoko opodatkowane, rząd może wyjść na swoje nawet przy niższej od założonej dynamice PKB.
Po drugie, resort finansów zaplanował w przyszłorocznym budżecie ponadprzeciętny przyrost dochodów podatkowych. Przy prognozowanym nominalnym wzroście PKB o blisko 5% wpływu z podatków mają wzrosnąć aż o 8,9% względem prognozowanego wykonania budżetu w 2016 r. To wzrost bardzo duży, niemal dwukrotnie większy od przyjętego nominalnego wzrostu PKB!
Wpływy z VAT-u mają się zwiększyć aż o 10,9% rdr i sięgnąć 143 mld zł. Minister Szałamacha liczy zapewne na pozytywny efekt działań mających na celu ukrócenie wyłudzeń vatowskich (tzw. karuzele), ale może się przeliczyć. Przestępcy są na ogół sprytniejsi i lepiej zmotywowani niż urzędnicy, a i sam podatek VAT jest wręcz stworzony dla wszelkiej maści oszustów. Niemal równie optymistycznie brzmią założenia zwiększenia wpływów z CIT o 9,6% rdr. Szumnie zapowiadany nowy podatek od handlu ma przynieść niespełna pół miliarda złotych, a podatek od instytucji finansowych (czyli od kredytów i ubezpieczeń) zasili kasę państwa niespełna czterema miliardami złotych.
Planowane zwiększenie wpływów podatkowych może nie wystarczyć na sfinansowanie programu „Rodzina 500 plus”, który w 2017 roku będzie kosztować podatników ponad 22 mld zł. To o pięć miliardów więcej niż w tym roku, gdy program działał od kwietnia. Gdyby nie nowy zasiłek, przyszłoroczny deficyt budżetowy mógłby być niższy o ok. 40%.
W 2017 r. może zabraknąć także jednorazowych przychodów, które pozwoliły rządowi sfinansować 500+ w tym roku. Chodzi o 9,2 mld zł z zeszłorocznej aukcji LTE oraz 7,9 mld zł przekazanych do budżetu przez Narodowy Bank Polski. W 2017 r. tych pieniędzy będzie mniej – założony w budżecie zysk NBP to niespełna 0,7 mld zł. Ale nieoficjalnie mówi się, że ze względu na osłabienie złotego bank centralny znów może wspomóc rząd kwotą rzędu 7-8 mld zł.
Budżet trzeszczący w szwach
Przyszłoroczny budżet jest bardzo napięty. Przyjęte założenia są dość optymistyczne, ale szanse na ich realizację wciąż są realne, choć raczej mało prawdopodobne. Głównym punktem mojej krytyki są nie tyle przyjęte założenia, co sam sposób tworzenia planu finansowego państwa.
Po pierwsze, nie jest dobrze, gdy minister finansów zakłada, że wszystko potoczy się dobrze. Nie chodzi o to, aby co roku przewidywać zapaść światowego systemu finansowego i globalną recesję (co zresztą prędzej czy później jest dość prawdopodobne). Ale dobry budżet zapewnia pewne „luzy” i znaczący margines bezpieczeństwa w przypadku pogorszenia się koniunktury gospodarczej. Projekt na rok 2017 tego warunku nie spełnia.
Po drugie, jest to kolejny z rzędu budżet rozdawnictwa pieniędzy podatników. Wydatki cały czas rosną, co w konsekwencji pociąga za sobą wzrost podatków – przynajmniej w ujęciu nominalnym.
Po trzecie, skoro rząd zwiększa deficyt przy względnie dobrej koniunkturze gospodarczej, to aż strach pomyśleć, co zrobi, gdy gospodarka wpadnie w recesję. W wariancie bezpiecznym MF powinno założyć zerowy wzrost wpływów podatkowych i dostosować do nich poziom wydatków. Tyle że w sektorze finansów publicznych mamy prymat polityki nad gospodarką, co uniemożliwia rozsądne planowanie wydatków.
Budżet na dobrą pogodę
Jak ten budżet przetrwa zderzenie z rzeczywistością? W tej chwili trudno to przewidzieć. Jeśli w Polsce i na świecie nie wydarzy się nic nadzwyczajnie złego, to finanse państwa jakoś wytrzymają kolejny rok deficytu. Ale wszystko ma swoje granice i dotyczy to także limitów długu publicznego ponownie posuwającego się w kierunku konstytucyjnego ograniczenia w postaci 60% PKB.
Lecz wystarczy jedno nieprzewidziane zdarzenie i budżet posypie się jak domek z kart. To lekcja z kadencji ministra Rostowskiego, której obecna władza nie odrobiła, powielając błędy poprzedników. I dodając własne.


























































