Stalowy, wojna na Ukrainie, chociaż jeszcze trwa, jest już praktycznie rozstrzygnięta. Kolektywny Zachód nie osiągnął zakładanych celów czyli tę wojnę przegrał. Naszym, Zachodu, pragnieniem było przy pomocy Ukrainy usunięcie Putina z Kremla. Umieszczenie tam jakieś marionetki na wzór pana Żeleńskiego i przejęcie w ten sposób kontroli nad bogactwami Rosji w zamian za nieprzerwane dostawy "koksu". Niektórym jak np. pani Fotydze marzyło się nawet rozbicie Rosji na kilka mniejszych państewek i zainstalowanie tam zależnych, sprzedajnych kacyków. Pomysł ten najlepiej świadczy o całkowitym upadku intelektualnym elit europejskich bowiem takie rozczłonkowanie, to utrata kontroli nad potęgą nuklearną Rosji i w konsekwencji proszeniem się o zakończenie cywilizacji człowieka na Ziemi. Wiemy zatem kto to starcie wygrał. Wielki czas więc zastanowić się co to dla nas oznacza i jak zapewnić sobie w tej nowej sytuacji własne bezpieczeństwo?
Nie można wygrać wojny nie mając własnego przemysłu zbrojeniowego. Obce wsparcie, co widać po Ukrainie, może być tylko doraźnym uzupełnieniem, nigdy podstawą działań militarnych. Nie odstraszą więc potencjalnego agresora nasze chaotyczne zakupy po świecie sprzętu wojskowego, które po kilkunastu latach staną się przestarzałe i straca swoją moc obronną.
Tak więc budowa nowej stalowni, dla przemysłu obronnego to nie jest megalomania czy fanaberia prezesa Sztuczkowskiego ale kwestia naszego, hamletowskiego, być albo nie być. Poważne państwo winno swoje niedostatki widzieć i na bieżąco inspirować i współfinansować ich odbudowę. Ponieważ wojny nie wybuchają co kilka lat, otwiera się przed nami kilkudziesięcioletnie okienko względnego pokoju. Mamy zatem czas aby nadrobić zaległości z minionych dekad.
Wszystko w naszych głowach i rękach. Po obejrzeniu ostatnich obrad sejmu mam tylko wątpliwości czy jesteśmy naprawdę poważnym państwem?
Pozdrawiam współposiadaczy