Na niektórych produktach domowej chemii widnieje znak ostrzegawczy - "uwaga produkt niebezpieczny dla zdrowia". Podobne oznaczenia przydałyby się w przypadku produktów finansowych, które przewidują możliwość utraty znaczącej części środków mimo teoretycznie oszczędnościowego charakteru.

Źródło: IS Stock/Thinkstock
Kilka lat temu zadzwonił do mnie znajomy, z którym nie widziałem się od dłuższego czasu. Chciał się spotkać i porozmawiać. Po kilku chwilach wymiany uprzejmości kolega sięgnął do teczki i wyciągnął z niej foldery noszące logo jednej z firm oferujących ubezpieczenia i inwestycje. Nieco zaskoczony wysłuchałem wykładu o tym, że warto oszczędzać długoterminowo, zwłaszcza jeśli ma się na utrzymaniu powiększającą się rodzinę. Zaskoczenie było tym większe, że znajomy nie kojarzył mi się w żaden sposób z karierą w finansach - pamiętałem, że studiował kierunek odległy od problemów zarządzania pieniędzmi.
Pozostałem sceptyczny, mimo że na wykresach pokazywano imponujący wzrost zgromadzonego kapitału (przy założeniu 8-procentowej rocznej stopy zwrotu). Aby skorzystać z dobrodziejstw produktu, trzeba było zdecydować się na regularne opłacanie składek. Grzecznie odmówiłem, kolega pożegnał się wyraźnie zawiedziony i więcej go już nie zobaczyłem.
ReklamaZobacz także
Kto się wycofa, ten straci
Agresywna sprzedaż polis inwestycyjnych do pewnego czasu przynosiła efekty. Polacy chętnie kupowali produkty, które miały zagwarantować zgromadzenie kapitału na uzupełnienie dochodów na emeryturze czy wsparcie edukacji dzieci. Jednak na tych, którzy zbyt pochopnie zdecydowali się na "regularne oszczędzanie" czekała niemiła niespodzianka - wycofanie się z podjętego zobowiązania okazywało się bardzo kosztowne.
W tym tygodniu media donosiły o pozwie zbiorowym klientów firmy Aegon. Kością niezgody jest opłata likwidacyjna pobierana w momencie rezygnacji z polisy. Klienci, którzy z różnych powodów zdecydowali się przerwać regularne wpłaty, tracili nawet 100 proc. wpłaconych regularnych składek. Teraz domagają się zwrotu opłat.
Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumenta już w 2011 roku wpisał do rejestru niedozwolonych wzorców umownych tabelę Aegon TU na Życie SA, w której widniał zapis, iż wysokość opłaty likwidacyjnej w pierwszych dwóch latach wynosi 99 proc. środków zgromadzonych na subkoncie gromadzącym składki (postanowienie nr 3834). Co ciekawe, rok później ponownie wpisano do rejestru podobną tabelę tego samego towarzystwa, gdzie wysokość opłaty w pierwszych dwóch latach wynosiła 100 proc (postanowienie nr 4633).
To wcale nie jest oszczędzanie
Koszty wycofania się z umowy to nie jedyne grzechy polis inwestycyjnych. Wielokrotnie sprzedawano je jako odpowiednik lokat bankowych, przynoszących stabilny i dający się z góry określić zysk. Tymczasem wyniki funduszy, do których trafiały środki właścicieli polis, bywały bardzo zmienne. Nierzadko obserwowali oni ze zdumieniem, jak ich kapitał topnieje - pomniejszany nie tylko o dość wysokie w początkowym okresie opłaty, ale również przez spadającą wartość inwestycji.
W tym roku Polska Izba Ubezpieczeń przyjęła rekomendację, która przewiduje, że klienci powinni otrzymywać wyraźne ostrzeżenie w przypadku, gdy nabywają produkt, który przewiduje możliwość utraty środków. Potencjalny nabywca ma być także informowany o wysokości opłat w różnych scenariuszach przebiegu ubezpieczenia. Dla tysięcy klientów, którzy stali się ofiarami "nietrafionej sprzedaży" to jednak marne pocieszenie. Na grzechach przeszłości stracą także ubezpieczyciele - pokrzywdzeni zapowiadają kolejne pozwy wobec następnych instytucji.
Michał Kisiel
Analityk Bankier.pl


























































