Wiceminister Dominik Radziwiłł wyjaśnił gazecie „Parkiet”, że zmianie uległby sposób przeliczenia długu zagranicznego. Zamiast na bazie kursów walut z ostatniego dnia roku, rząd chciałby liczyć na podstawie kursów średniorocznych. Dzięki temu, gdyby na koniec roku kurs euro przekroczył poziom 4,70 zł, MF nie musiałoby ogłaszać przekroczenia progu 55% długu w relacji do PKB. Bo średnioroczny kurs euro wciąż byłby niższy, a zadłużenie sektora finansów publicznych „spadłoby” o kilkanaście miliardów złotych i rząd nie musiałby podejmować bardzo niepopularnych decyzji.
Źródło: Bankier.pl
| Akcyza mogła być niższa | |
| Ciekawe, dlaczego MF nie zaproponowało tych zmian w przypadku podniesienia akcyzy na olej napędowy, gdy bez skrępowania użyto kursu euro z pierwszego roboczego dnia października, który był o 50 groszy wyższy niż rok temu. |
Greckie igrzyska
Czy stan finansów publicznych jest aż tak zły, że wiceminister finansów ucieka się do księgowych sztuczek? Czy rząd już wie, że nie będzie w stanie obronić kursu złotego i że na koniec roku cena euro może zbliżyć się do pięciu złotych? Przecież gdyby takiego ryzyka nie było, ta kreatywna księgowość nie byłaby potrzebna. I nie przekonuje mnie deklaracja, że zmiany zaczęłyby obowiązywać od „końca 2012 roku”. W trakcie prac legislacyjnych ginęły już całe frazy i paragrafy, więc zmiana jednej cyferki nie powinna stanowić problemu.
Po drugie, kolejna zmiana zasad księgowania długu jeszcze mocniej podważy zaufanie do rządowych statystyk. Już teraz ekonomiści i inwestorzy nie mają wątpliwości, że MF próbuje ich oszukać. Dlatego patrzą na dane publikowane przez Eurostat. A tam czarno na białym stoi, że relacja długu sektora finansów publicznych do PKB na koniec 2010 roku wyniosła 55%. Ile wynosi teraz? 54%? A może 56%? To wiedzą tylko w Ministerstwie Finansów i w Głównym Urzędzie Statystycznym.
Papier jest cierpliwy i zniesie nawet najbardziej absurdalny zapis. Tyle że rząd podważa w ten sposób wiarygodność kraju i zamiast ograniczać przyrost długu publicznego, woli go maskować. Sztuka ta przez prawie dekadę udawała się Grekom, którzy bezkarnie oszukiwali Brukselę, inwestorów i własne społeczeństwo. W przypadku Polski efekty zapewne będą mniej spektakularne ale skutek zapewne taki sam. Nikt nie będzie patrzeć na dane z Warszawy, tylko na raporty Eurostatu. Bo jak podobno zażartował jeden z posłów PO: „nie po to zmienialiśmy szefa GUS, aby teraz przekraczać jakieś progi”.
Krzysztof Kolany
Bankier.pl
























































