Ta teza opiera się na błędzie metodologicznym, bo miesza dwa różne porządki: wycenę rynkową i księgowe przeliczenia siły nabywczej. Cena akcji to zawsze punkt równowagi tu i teraz. Skoro ORLEN osiąga dziś historyczne maksimum nominalne, to znaczy, że przy obecnych stopach procentowych, inflacji, wynikach i ryzyku inwestorzy akceptują najwyższą wycenę w historii. To jest definicja najdrożej w finansach rynkowych.
Przeliczanie szczytu z 2017 roku o CPI ignoruje kluczowy fakt: inflacja nie jest czymś zewnętrznym wobec spółki. Ona wpływa na przychody, ceny paliw, wartość aktywów i nominalne zyski. Dzisiejszy PKN działa przy zupełnie innym poziomie cen w gospodarce, więc wyższa cena akcji jest naturalną konsekwencją tego środowiska. Realne 210–220 zł to konstrukt, który nie ma odpowiednika w żadnej obserwowalnej transakcji.
Drugi problem to ignorowanie kosztu kapitału. W 2017 roku stopy procentowe były bliskie zera, dziś są istotnie wyższe. To oznacza, że przyszłe przepływy pieniężne są dyskontowane mocniej, więc aby osiągnąć nowy szczyt ceny mimo wyższej stopy dyskontowej, spółka musi być postrzegana jako bardziej dochodowa lub mniej ryzykowna niż wcześniej. To wzmacnia, a nie osłabia tezę, że obecna wycena jest wymagająca.
Trzeci element to mieszanie ceny z całkowitą stopą zwrotu. Dywidendy są częścią inwestycji, ale nie zmieniają faktu, ile rynek płaci dziś za jedną akcję. Jeśli trzeba przejść na total return, żeby dowodzić droższego 2017 roku, to znaczy, że sama metryka ceny przeczy tej tezie.
W sensie rynkowym i decyzyjnym akcje ORLEN są dziś najdroższe w historii, bo osiągnęły najwyższą realnie płaconą cenę w warunkach wyższego kosztu kapitału i innego otoczenia makro. Przeliczenia inflacyjne to nie argument inwestycyjny.