Nie ma już żadnego bufora chroniącego świat przed szokiem podażowym - i to w momencie, gdy popyt zaczyna rosnąć za sprawą wakacyjnych wyjazdów. Aby ocenić, jak blisko świat znajduje się energetycznej katastrofy, "The Economist" przeanalizował panel wskaźników. Wynika z niego, że kaskada poważnych szkód ruszyła. I jest właściwie nie do zatrzymania.Ten kojący obraz jest jednak głęboko mylący. Do 20 kwietnia ostatnie tankowce, które przepłynęły przez cieśninę Ormuz przed wybuchem wojny, dotarły do swoich portów
w Malezji i Kalifornii. Nie ma już żadnego bufora chroniącego świat przed szokiem podażowym - i to w momencie roku, gdy popyt zaczyna rosnąć za sprawą wakacyjnych wyjazdów.
Aby ocenić, jak blisko świat znajduje się energetycznej katastrofy, "The Economist" zestawił panel wskaźników. Wynika z niego, że poważne szkody zostały już wyrządzone. Co gorsza, bez ponownego otwarcia cieśniny koszty mogą gwałtownie wzrosnąć, wywołując zdarzenia, które sparaliżują system dostaw paliw. Jej otwarcie na tym etapie pozwoliłoby ledwie uniknąć całkowitej katastrofy. Pewien dodatkowy ból jest jednak już nieunikniony.
Trzy czynniki popychają świat ku krawędzi. Dostępne do kupienia ładunki ropy szybko się kurczą. Rafinerie ograniczają produkcję paliw, a popyt pozostaje sztucznie zawyżony, zwłaszcza w Europie. Aby rynki energii odzyskały równowagę, gdzieś musi nastąpić poważne tąpnięcie.
Fragment z "Ekonomosta"