Zdać na prawo jazdy, czyli tor przeszkód krok po kroku

Szczęście, dużo pieniędzy na kolejne jazdy i egzaminy, ogromne pokłady cierpliwości, znajomości, odporność na stres czy może rzetelna wiedza i umiejętności? Co naprawdę jest niezbędne, żeby droga przez mękę do własnego prawka zakończyła się powodzeniem?

Krok pierwszy: zdaj teorię

Podróż do prawa jazdy rozpoczynamy na piechotę, a zwykle wręcz na siedząco. Po sprawdzeniu zasobów portfela i zasileniu jego zawartością konta jednej ze szkół jazdy w okolicy warto rzucić okiem na kodeks drogowy. Tę całkiem sympatyczną książkę otwiera banalne stwierdzenie o tym, że „znajomość przepisów ruchu drogowego jest konieczna przy poruszaniu się po drogach publicznych”. Aż trudno uwierzyć, że już tu mogą pojawić się pierwsze schody. Na drodze po prawo jazdy, rzecz jasna...

Anielską cierpliwość wyprze zapewne niebawem koreańska, ponieważ to właśnie z Seulu pochodzi kobieta, która ma za sobą 771 niezdanych egzaminów teoretycznych z zasad ruchu drogowego. - Trzeba albo mocno nie chcieć zdać, albo rozwiązywać zadania z zamkniętymi oczami – komentuje Arek, student budownictwa na Politechnice Wrocławskiej.

Krok drugi: właściwy egzamin

Egzamin praktyczny najpierw odbywa się na placu manewrowym. Zanim jednak przystąpimy do wykonywania manewrów, należy przygotować samochód do jazdy. Podniesienie maski, sprawdzenie płynu do spryskiwacza czy wymienienie wszystkich rodzajów świateł, w jakie pojazd jest wyposażony, wydaje się zadaniem prostym i przyjemnym. Niestety, nie zawsze.

Ania zdawała swój egzamin w Warszawie. Była bardzo pewna siebie, bo za kółkiem czuła się jak ryba w wodzie. Jej egzamin trwał tylko chwilę. Wcale nie dlatego, że tak dobrze sobie radziła i szybko zdała...

- Miałam sprawdzić światła zewnętrzne. Wymieniłam wszystkie oprócz oświetlających tablicę rejestracyjną. I tak skończył się mój egzamin – żali się. - Popełniłam błąd, ale czym jest taki błąd w porównaniu do spowodowania niebezpiecznej sytuacji na drodze? A został potraktowany tak samo... - dodaje zawiedziona Ania.

- Egzamin musi być przerwany, jeśli zostało stworzone na drodze zagrożenie - tłumaczy jeden z wrocławskich egzaminatorów. - Na przykład, jeśli zdający wjechał na skrzyżowanie na czerwonym świetle.

Poradziłeś sobie z przygotowaniem auta do jazdy? Brawo - przechodzisz do następnego kroku! W przeciwnym razie płacisz ponownie za egzamin i wracasz na start kroku drugiego.

Krok trzeci: manewry

Łuk i górka – to jedyne manewry wykonywane dziś na placu manewrowym przez osoby zdające egzamin na prawko. Kiedyś – gdy podczas egzaminu na placu obowiązywały również zatoczka, parkowanie skośne i prostopadłe przodem oraz tyłem czy zawracanie – łuk i górka cieszyły się opinią manewrów prostych, raczej formalności, które każdy przechodzi. Okazuje się, że dziś nie jest jednak tak kolorowo...

Na jednej z internetowych dyskusji znajdujemy historię Magi z Olsztyna. Zakończenie opowieści nie jest zbyt oryginalne, bo jak 70 proc. innych kończy się oblanym egzaminem.

- Mam żal do egzaminatora, ponieważ nie poinformował mnie, że „trasa” łuku kończy się pod zadaszeniem. Zatrzymałam się, bo byłam pewna, że już skończyłam zadanie. Nie jestem pierwszą osobą, która tam oblała w ten sposób. Szkoda czasu i pieniędzy na takie pułapki – narzeka Maga.

Sprytne pułapki to nie wszystko, na co muszą uważać na placu manewrowym kandydaci na kierowców. Doświadczenie niektórych kursantów uczy, że uwagę należy zwracać także na język i nazewnictwo, którym się posługujemy.

- Na wstępie miałam wykład – mówi Natalia, która egzamin zdała dopiero za czwartym razem. - Złośliwości egzaminatora dotyczyły mojego słownictwa i wcale nie chodzi tu o wulgaryzmy, bo tych nie używałam. Chodziło o używane przeze mnie określenia manewrów. Oberwał też instruktor, który według egzaminatora nie powinien uczyć kursantów, skoro używa gwarowych odzywek. Przecież słowa „łuk” i „górka” są nie na miejscu i nie są prawidłowymi nazwami manewrów egzaminacyjnych – parodiuje egzaminatora dziewczyna.

Podczas egzaminu Jarka na placu egzaminator jeszcze bardziej dbał o detale. - Po prawidłowym, według mnie, wykonaniu łuku spoglądam na niego, a on się krzywi. Co mu się nie podobało? Podobno przyczepiona do zderzaka tablica rejestracyjna wystawała trochę poza linię. "Nie zamknąłby pan garażu" – usłyszałem jako uzasadnienie oblanego egzaminu.

Nie zdałeś? Płacisz, wracasz na start i czekasz na następny termin. Zdałeś? Aż trudno uwierzyć!

Krok czwarty: jazda po mieście

Ten etap zabawy w prawo jazdy jest szczególnie znany z opowieści rodem z filmów. Ale można go przejść. Sposobów na ułatwienie sobie zadania jest wiele. Można nauczyć się każdego kawałka drogi w mieście na pamięć, można puścić plotkę o krążącej epidemii i wyeliminować ruch pieszych, można wreszcie spotkać egzaminatora z prawdziwego zdarzenia. To się jednak rzadko zdarza.

- Dojechałem do pasów. Starszy mężczyzna szykował się do przejścia przez ulicę. Zatrzymałem samochód, pieszy ruszył. A jakiś wariat za mną zatrąbił. No i egzamin oblany – opowiada Piotrek z Poznania. - Powód? Dopuściłem do sytuacji, w której ktoś musiał użyć klaksonu. A co miałem zrobić? Jechać? Przejechać faceta? – żali się chłopak.

Piotrek odwołał się od decyzji egzaminatora. Wiedział, że egzaminy są nagrywane – liczył więc, że nagranie będzie przemawiało na jego korzyść, potwierdzi jego wersję zdarzeń. Niestety, nie miał tyle szczęścia – powiedziano mu, że film z kamery zamontowanej w aucie nie nagrał się. Cóż – kursantowi zawsze wiatr w oczy...

- Przy wyjeździe z ośrodka miałam skręcać w prawo – opowiada Agnieszka z Wrocławia, która prawka doczekała się dopiero po piątym egzaminie. Dodajmy - egzaminie w Kłodzku. - Zatrzymuję się, jedyneczka, ruszam. Auto nie jedzie. Poprawiam bieg, jeszcze raz próbuję ruszyć, ale samochód dalej nie jedzie. Zerkam na nogi egzaminatora i wszystko jasne - wciśnięty hamulec. Facet nie zmieszał się nawet, kiedy zobaczył, że to widzę. Coś tam odburknął, a za kilka minut i tak kazał się przesiąść na fotel pasażera i było po egzaminie.

Jeszcze inna sytuacja spotkała Olgę. Zdawała również we Wrocławiu. Jadąc przez strefę uspokojonego ruchu, zwalniała przed każdym skrzyżowaniem, żeby przepuścić nadjeżdżających z prawej strony. Na którejś z krzyżówek natknęła się na zagubionego tira po prawej stronie. Kierowca nie był do końca zdecydowany co do dalszej jazdy - miał włączony kierunkowskaz, ale rozłożył mapę na kierownicy i czegoś szukał. Dziewczyna więc po chwili czekania ruszyła dalej.

- Usłyszałam wtedy, że powinnam przepuszczać tych z prawej i czekać, dopóki nie ruszą. Oczywiście było po egzaminie. Przecież jeżeli wszyscy kierowcy by tak robili i czekali w nieskończoność, zablokowalibyśmy sobie chyba wszystkie ulice i przejazdy – tłumaczy Olga.

Nie zdałeś? Płaczesz, płacisz i znów... wracasz na start. Chyba że zdecydujesz się na krok piąty.

Krok piąty: gdzie indziej będzie łatwiej

Podobno sporo gdańszczan przyjeżdża zdawać egzamin do Elbląga. Z Wrocławia pielgrzymki kursantów wybierają się do Kłodzka. Zawiedzeni polskimi wynikami egzaminów mogą spróbować swoich sił również w innym państwie. Najłatwiej podobno jest w Libanie. Tam, żeby dostać prawko, wystarczy dwóch świadków, którzy potwierdzą, że umiemy jeździć. Polakom bliżej i wygodniej jednak na Ukrainę. Tysiąc siedemset złotych, fikcyjne zameldowanie załatwione przez znajomych lub firmy polskie, błyskawiczny kurs i z góry zdany egzamin - oto recepta na prawo jazdy we Lwowie. Czy to legalne? Nie wiadomo, w jaki sposób to możliwe, ale tak.

Krok szósty: nawet jak zdałeś, to i tak nie zdałeś

Szymon z Łodzi twierdzi, że nie oblał egzaminu. Był tego pewien przez sześć lat – dopóki nie kupił auta. Dopiero wtedy poszedł odebrać prawo jazdy i dowiedział się, że musi najpierw zdać egzamin. - To kompletnie zwariowana historia - opowiada. - Egzaminator wpisywał przy mnie dwie litery P na kartę. To oznacza, że zdałem. Cieszyłem się. A teraz, kiedy mam już czym jeździć - okazuje się, że egzamin rzekomo oblałem.

W łódzkim ośrodku wciąż jest dokumentacja sytuacji, ale sprzeczna ze sobą. Według jednej z kart Szymon zdał, a według drugiej – nie. Kto się pomylił – nie wiadomo. Wiadomo natomiast, kto będzie musiał zdawać egzamin jeszcze raz.

Oblać powinna z kolei Aśka, studentka z wrocławskiego Uniwersytetu Ekonomicznego. - Jestem łamagą, myślałam, że prawka się już nigdy nie doczekam. Aż do parkowania prostopadłego. Pod okiem egzaminatora wybrałam miejsce, a potem wykonując manewr, urwałam sąsiedniemu autu lusterko. Z czyjej winy? Oczywiście z mojej, ale to egzaminator nie zahamował na czas i nie przerwał egzaminu. Przestraszony kazał mi szybko odjechać, a potem pogratulował zdania.

* * * *

Ośrodki Ruchu Drogowego zarabiają same na siebie, a duża ilość oblewanych kursantów wcale nie zwiększa prywatnych budżetów poszczególnych egzaminatorów. Ich wypłaty i tak są na stałym poziomie, odpowiednio wysokim w zależności od stażu i posiadanych uprawnień. Nikomu nie powinno więc zależeć, żeby starający się o prawo jazdy w nieskończoność wpłacał na konto WORD-u 22 zł za teorię i 112 zł za praktykę...

- Zdawalność jest niska – tłumaczy Michał Trąbski, instruktor jednej z wrocławskich szkół jazdy. – Jej poziom nie zależy jednak od złośliwości czy upierdliwości egzaminatora, który tylko wykonuje swój zawód zgodnie z przepisami. Wina leży po stronie instruktorów i kursantów, którzy sami wybierają, z kim chcą jeździć.

Chcąc nauczyć się jeździć, trzeba sprawdzić statystyki i wybrać najlepszego nauczyciela. Są tacy, którzy uczą błędnych zachowań na drodze, bo nie wiedzą albo nie pamiętają, jak teraz wygląda egzamin na prawo jazdy. Oszczędzanie na dodatkowych godzinach jazd kończy się bardzo często zwiększonymi wydatkami za kolejne egzaminy.

- Zdawalność w ośrodkach egzaminacyjnych to około 25 procent. Osobiście znam instruktorów, u których 9 na 10 kursantów zdaje za pierwszym razem, a przecież nie trafiają do niego tylko mistrzowie szos i maniacy motoryzacyjni. Muszą być w takim razie też ludzie, u których zdaje tylko jedna osoba, żeby wyszła nam taka średnia – tłumaczy Trąbski. – Pytajmy o takie dane, a jeśli szkoła nie chce ich podać, znaczy że warto pójść gdzie indziej.

Niestety, nie ma kursów doszkalających dla instruktorów. Dociekanie, sprawdzanie standardów egzaminacyjnych, monitorowanie zmian w sposobie przeprowadzania testu leży indywidualnie w gestii każdego z nich. Zdanie egzaminu bardzo często zależy od poziomu stresu, a im większe mamy umiejętności, tym bardziej jesteśmy opanowani. Witamy na mecie.

Olga Bierut
Źródło:
Tematy:

Newsletter Bankier.pl

Przeczytaj więcej na temat: Budżet rodziny

Dodałeś komentarz Twój komentarz został zapisany i pojawi się na stronie za kilka minut.

Jeszcze nikt nie skomentował tego artykułu - Twój komentarz może być pierwszy.

Nowy komentarz

Anuluj

Znajdź nas na Facebooku