Niczego się nie bać, nigdy się nie nudzić, być panem własnego losu, mieć na koncie miliardy, jeździć na białym słoniu, opalać się na prywatnej wyspie, lecieć sobie w kosmos i za każdym razem, gdy pojawia się „niemożliwe” ryzykować wszystko by uczynić je realnym. Do czego prowadzi postawa pewnego siebie zwycięzcy? Czy każdego stać na taką odwagę? W jakim stopniu bujna wyobraźnia determinuje nasz los?
Richard Branson w wieku czternastu lat postanowił zbić majątek na handlu choinkami. Kupił kilkadziesiąt sadzonek, obsadził cały ogród rodziców i cierpliwie czekał, aż podrosną. Hodowla miała w rychłej przyszłości całkowicie zdominować i rzucić na kolana brytyjski rynek drzewek świątecznych. Niestety tej samej nocy ogród odwiedziły dzikie króliki, gustujące ponad wszystko w młodym igliwiu. W obliczu rolniczego fiaska niedoszły choinkowy król musiał wrócić do szkoły, której szczerze nienawidził.
Jego kariera naukowa obfitująca ciągłą zmianą szkół nie wróżyła łatwego życia. Dyrektor ostatniego z liceów, do których uczęszczał nastoletni Richard, widząc mękę nadpobudliwego chłopca przepowiadał mu kryminał albo fortunę. Szczęśliwie dla brytyjskiego wymiaru sprawiedliwości sprawdziło się to drugie. Mając szesnaście lat Richard podjął męską decyzję, że nadszedł dla niego najwyższy czas na samodzielność, czyli tzw. szkołę życia. W rok później założył wraz z długowłosymi kumplami w dzwonach gazetkę o przewrotnym tytule – „Student”.
Redakcja mieściła się w piwnicy, głośniki adapterów, jak przystało na końcówkę lat sześćdziesiątych, pękały od Beatles’ów i Rolling Stones’ów. Jako redaktor naczelny nie miał żadnych wątpliwości, co może zwiększyć poczytność młodzieżowego pisma. Udało mu się przeprowadzić wywiad z Johnem Lennonem i Mickiem Jaggerem, dzięki czemu nakład osiągnął pięćdziesiąt tysięcy egzemplarzy. Idąc na fali muzycznego szału, w wieku lat dwudziestu, Richard założył swoją pierwszą firmę, a skoro była biznesowym debiutem nazwał ją „Virgin” – „Dziewica”.
Był to sklep z płytami, który zarabiał głównie dzięki innowacyjnej na tamte czasy sprzedaży wysyłkowej. Tak oto zaczyna się historia słynnej „Dziewicy”, bo odtąd każda kolejna firma założona przez Bransona będzie nosiła wspólne, rozpoznawalne na całym świecie miano – „Virgin”.
Muzyka okazała się świetnym interesem i z początkiem lat siedemdziesiątych, oprócz małego butiku muzycznego na prestiżowej Oxford Street w Londynie, Richard zaczął rozwijać działalność fonograficzną. Pierwszy milion funtów wpłynął na konto, gdy zaufał Mike’owi Oldfield’owi, czego efektem była legendarna płyta „Tubular Bells”. Kolejnym hitem było odkrycie Sex Pistols. Nikt ich nie chciał, ale „punkowy” ze swej natury instynkt Richarda nie zawiódł. Po dwudziestu latach nieustających sukcesów w branży muzycznej, sygnowanych kontraktami m.in. z Bryanem Ferry, The Rolling Stones, Genesis, Paulą Abdul i wieloma innymi gwiazdami muzycznego firmamentu, Branson sprzedał wytwórnię Virgin Music Group firmie Thorn EMI za symboliczny miliard dolarów.
Wydawałoby się, że był to znakomity moment na wcześniejszą emeryturę i odpoczynek na własnej karaibskiej wyspie Necker, ale dla Richarda Bransona emerytura nie istnieje. Na wyspie pojawia się z rzadka kiedy poczuje wenę na surfing, jednak na co dzień woli ją wynajmować za trzydzieści tysięcy dolarów miesięcznie. Jak sam twierdzi, nie ma czasu na leniwe wakacje, jest wiecznie młody i nienasycony przygodą. Po tym jak pod marką Virgin zrewolucjonizował rynek muzyczny, przyszła kolej na linie lotnicze, a potem na telefonię komórkową.
Na dzień dzisiejszy koncern Virgin Group zrzesza około trzysta pięćdziesiąt firm na całym świecie, zatrudniających kilkadziesiąt tysięcy ludzi, przy czym roczne przychody koncernu sięgają dziesięciu miliardów dolarów. W ofercie Virgin Group jest niemal wszystko – od muzyki, transportu powietrznego i lądowego, strojów ślubnych, napojów, telefonów komórkowych, paliwa, czy usług finansowych.
David Tait, przedstawiciel amerykańskiego oddziału Virgin Group scharakteryzował swojego szefa w jednym zdaniu: „Powiedz Richardowi, że coś jest niemożliwe, a nie odciągniesz go od zrealizowania tego”. Dla konkurencji, świat Bransona to istny chaos, w którym tylko on sam odnajduje porządek. Jako człowiek odważny, któremu nie straszne jest odkrywanie nowych terytoriów dla złotych interesów, zdobył przydomek Juliusza Verne’a biznesu.
Przygoda w interesach nie wyczerpuje energii Richarda Bransona. Nie tylko biznes jest jego żywiołem. Nie zastanawiał się ani chwili, gdy wsiadał na pokład łodzi Virgin Chalenger II, by przemierzyć Ocean Atlantycki w rekordowymtempie, a gdy już to zrobił, zlecił wykonanie największego balonu na świecie i pokonał tę samą trasę drogą powietrzną. Parę razy omal nie przypłacił życiem swych ryzykownych eskapad, np. gdy runął balonem do lodowatego morza u wybrzeży Irlandii.
Nigdy jednak nie stracił woli przezwyciężania granic, a nowe pomysły w pobijaniu rekordów przychodziły mu do głowy w najmniej oczekiwanych momentach, jak choćby w trakcie dramatycznego przelotu balonem, który opisuje w swojej autobiografii pt. Kroki w nieznane – Gdy mknęliśmy w dół, ku niechybnej śmierci w kuli ognia na zboczach Atlasu, myślałem wyłącznie o tym, że jeśli jakimś cudem mi się uda, to nigdy więcej nie powtórzę takiej przygody. Kiedy wyszliśmy już z opresji i balon łagodnie płynął w górę, Alex opowiedział nam historię o pewnym bogatym człowieku, który postanowił przepłynąć Kanał La Manche... W rok później wsiadł do swojej amfibii i pokonał Kanał Angielski.
Sukces Bransona w świecie biznesu nie wynika wyłącznie z jego hartu woli i niezłomnego charakteru w podejmowaniu grożących śmiercią lub bankructwem wyzwań. Jego przebojowość w dużej mierze jest rezultatem bezkompromisowych poczynań niesfornego chłopca, który ponad wszystko lubi dobrą zabawę, co dla niektórych bywa czasami skandaliczne.
Jaskrawą ilustracją bujnej fantazji bogacza są akcje marketingowe, których często jest autorem i głównym bohaterem. Tutaj w pełni objawia się jego ekscentryzm, dla przykładu w ramach promocji nowego połączenia swych linii lotniczych przebrany za kapłana Uniwersalnego Kościoła Życia udzielał ślubu na wysokości 10 km lub w stroju panny młodej biegał po Londynie reklamując swój sklep z ubiorem dla nowożeńców. Jednym z najbardziej znanych „numerów” Bransona jest przybycie na białym słoniu pod parlament w Delhi, gdy zależało mu by rząd indyjski zgodził się na loty Virgin Airlines.
Hinduscy parlamentarzyści musieli poczuć się jak w scenie z fantastycznej, bolywoodzkiej produkcji, czego efektem była ich natychmiastowa zgoda. Potrafił również podwiesić się nago do dźwigu, który unosił go nad nowojorskim Times Square, gdzie za cały strój służyły mu powieszone wokół bioder aparaty telefoniczne marki Virgin, a kompanii dotrzymywała mu obsada broadway’owskiego musicalu „Goło i wesoło” w równie skromnej bieliźnie. Ta niekonwencjonalna strategia reklamowa zapewniła Richardowi Bransonowi nie tylko pomnożenie majątku, ale także miejsce na pierwszych stronach gazet i miano ikony popkultury.
Nikomu już nie przeszkadza, gdy występuje przed brytyjskim parlamentem w starym swetrze i wytartych dżinsach. Królowa nadała mu tytuł szlachecki, a księżniczka Diana została matką chrzestną pierwszego samolotu Virgin Airlines. Sam Branson nie utożsamia się jednak z kimś lepszym i nie nadużywa szlacheckich tytułów, podkreślając w wywiadach, że nie warto zbyt często posługiwać się słowem „ja”. Dla niego sukces Virgin Group jest osiągnięciem większej grupy ludzi, którzy potrafią się wzajemnie motywować, przydzielać zadania według właściwych predyspozycji, tworząc skuteczny zespół.
W doborze pracowników nie kieruje się zasadą wzorowych życiorysów, dobrych szkół i świetnych referencji, za najważniejsze uznając wyszukanie ludzi o właściwych cechach charakteru. Wobec tego często proponuje ludziom stanowiska znacznie wyższe, niż się spodziewali. Raz sprzątaczkę mianował panią dyrektor studia nagraniowego, a stewardessę skierował na stanowisko kierownicze w hotelu. Niekonwencjonalne podejście do pracy, poczucie humoru i zwariowane przygody są dla niego najważniejsze. W 2008 roku na pustyni Mojave w Kalifornii sześćdziesięcioletni Richard Branson po raz kolejny zaskoczył świat fantastyczną wizją, prezentując samolot, który w niedalekiej przyszłości wyniesie statek kosmiczny na wysokość ponad piętnastu tysięcy metrów. Po odłączeniu się od samolotu, statek kosmiczny wzniesie się na orbitę okołoziemską.
Zgodnie z zapowiedzią dziewiczy lot odbędzie się w 2010 roku. Już ponad dwustu pięćdziesięciu śmiałków wykupiło bilety w cenie dwustu tysięcy dolarów za trzygodzinny lot. Jednym z pierwszych pasażerów ma być słynny astrofizyk Stephen Hawking. Samolot został nazwany Biały Rycerz II „Ewa”. Branson tłumaczy, że nazwa Białego Rycerza nawiązuje do pionierskiego charakteru projektu, a imię – Ewa nosi dlatego, że jest to – „nowy początek, szansa, by zobaczyć świat w całkiem nowym świetle”.
Zobaczenie świata z kosmicznej perspektywy jest cechą każdego marzyciela. Chociaż największe z fantastycznych pragnień nie zawsze się spełniają, nigdy nie powinniśmy się ich wyrzekać, bo zasilają naszą wyobraźnię siłą, bez której nie powstałaby żadna fortuna.
Michał Mądracki
Źródło:Noble Bank



























































