Skromne 5,5 proc. polskich podatników, którzy w 2005 r. znaleźli się w drugim i trzecim progu podatkowym, wniosło do budżetu 42,5 proc. wszystkich wpływów z PIT-u. Podatek płacony przez jedną osobę w drugim progu był średnio 7,4 razy wyższy niż przez podatnika z progu pierwszego. W trzecim progu – aż 40-krotnie wyższy niż w pierwszym. Nawet jeżeli te dane skorygujemy o składkę na NFZ, odliczaną od kwoty, która wędruje do budżetu (lecz stanowiącą faktyczne obciążenie podatkowe), to dysproporcje są ogromne. Osoba z drugiego progu jest ponad pięciokrotnie, a trzeciego – 23-krotnie bardziej obciążona na rzecz państwa niż prawie 95 proc. podatników płacących stawkę podstawową.A PIT to tylko jedna z wielu danin nałożonych na Polaków. Osoby o wyższych dochodach i wydatkach dostarczają państwu znacznie więcej pieniędzy z tytułu VAT-u, akcyzy, CIT-u. Ich składki na ubezpieczenia społeczne stanowią sporą część dochodów ZUS-u.
Na drugim biegunie są rolnicy. Płacą podatek rolny równy wartości 2,5 q żyta z hektara użytków rolnych i 5 q z pozostałych obszarów. Gospodarstwo 20-hektarowe (a więc spore jak na polskie warunki) uiszcza zatem rocznie około 1,7 tys. zł podatku i dodatkowo blisko 1 tys. zł składki na KRUS, a więc w sumie 2,7 tys. złotych. Tymczasem zatrudniony na etacie pracownik, zarabiający zaledwie 1 tys. zł miesięcznie brutto, zapłaci w ciągu roku łącznie ponad 3409 zł PIT, składki na NFZ oraz ZUS i na podobne fundusze. Osoba zarabiająca 10 tys. zł miesięcznie (brutto) odda fiskusowi i ZUS-owi aż 50 tys. zł rocznie – blisko 20-krotnie więcej niż równie zamożny rolnik.
System podatkowy i budżet są od dawna w Polsce narzędziami redystrybucji dochodów. „Bogaci” wpłacają do państwowej kasy znacznie więcej niż „biedni”, a korzystają z niej w o wiele mniejszym stopniu. Nie biorą zasiłków i rzadko leczą się w publicznej służbie zdrowia (choć ich składki wpływają do NFZ), kształcą dzieci w szkołach niepublicznych, nie korzystają z publicznej dotowanej komunikacji.
W Polsce „biedni” niekoniecznie są biedni naprawdę. Wśród rolników, którzy w niewielkim stopniu partycypują w dochodach państwa, nie brakuje ludzi bardzo zamożnych. Wystarczy powiedzieć, że według samych chłopskich polityków, już na kilka lat przed naszą akcesją do Unii grubo ponad jedna trzecia polskich producentów rolnych była w stanie z powodzeniem konkurować – pod względem wydajności i dochodów – z niebiednymi przecież gospodarstwami unijnymi. Kolejne 30 proc. było na dobrej do tego drodze.
Obecnie trafia do rolników duża część unijnych pieniędzy – w postaci dopłat bezpośrednich. Ogromny odsetek mniejszych gospodarstw osiąga dodatkowe dochody socjalne (renty i emerytury z KRUS-u) lub z szarej, nieopodatkowanej części gospodarki (głównie dorywcze prace w budownictwie). Rolnicze renty i emerytury w 95 proc. są finansowane z kieszeni podatników, którzy nie są rolnikami.
A oto kolejny mit do rozwiania – biedni emeryci. Od lat dochody emerytów rosną szybciej niż dochody z pracy. W okresie spowolnienia gospodarki (w latach 2001 – 2003) średnie wynagrodzenia realne nie rosły, a momentami spadały. Ale mechanizm indeksacyjny sprawiał, że średnie emerytury wzrastały nawet wtedy, gdy kurczyły się dochody podatników, którzy te emerytury finansują. Dochód na osobę w gospodarstwach emerytów jest w naszym kraju przeciętnie o 15 proc. wyższy niż w gospodarstwach pracowników. A mimo to wciąż funkcjonuje stereotyp „biednego” emeryta, któremu „należy się” kolejna podwyżka. Emeryci stanowią 34 proc. wszystkich podatników płacących PIT, ale ich udział w dochodach fiskusa z tytułu podatku dochodowego od osób fizycznych wynosi zaledwie 20 procent. W latach 1990 – 2000 liczba emerytów i rencistów wzrosła w Polsce o 2,3 miliona. Tylko częściowo wynikało to z naturalnych procesów demograficznych. Społeczeństwo bowiem wcale się tak szybko nie starzało. Duża część tych nowych emerytów to ludzie stosunkowo młodzi, którzy skorzystali z możliwości wcześniejszego wyjścia z rynku pracy. W II kwartale 2006 r. z pracy żyło w Polsce 14,459 mln osób, natomiast 14,537 mln było biernych zawodowo. Ta ostatnia liczba nie obejmuje, rzecz jasna, dzieci.
Bierni zawodowo, a także ci, którzy znacznie więcej biorą z publicznej kasy niż do niej wkładają, stanowią dziś wyraźną większość społeczeństwa. Rozumieją swoje interesy ekonomiczne jako grę o sumie zerowej, którą prowadzą z aktywną częścią Polaków. Mają tym więcej, im więcej od nich wyszarpią.
W ich interesie (przynajmniej na krótką i średnią metę) leży wzrost podatków, które płacą inni i wzrost wydatków państwa – w których partycypują bardziej niż proporcjonalnie. W demokratycznym państwie stanowią oni bardzo wpływową grupę wyborców, którzy zmuszają kolejne rządy do prowadzenia polityki rozsadzającej finanse publiczne. W ostatnich wyborach głos na Platformę Obywatelską, obiecującą niższe podatki, oddało 2 mln 849 tys. 259 osób – niespełna jedna czwarta tych, którzy poszli do wyborów. Na partię tę głosowała znaczna większość przedsiębiorców, menedżerów, profesjonalistów, ludzi wykształconych.
Gdyby skalę poparcia ważyć wielkością zapłaconych podatków, okazałoby się, że elektorat partii Tuska i Rokity dostarcza państwu ponad 70 proc. jego dochodów. Redystrybucja dochodów przez budżet państwa, uznana w XX w. za normalny instrument wyrównywania poziomów życia we wszystkich krajach, stwarza coraz większe problemy polityczne i społeczne. Osoby korzystające ze wsparcia budżetu mają coraz mniejszą motywację, by zmieniać swój status materialny poprzez większy wysiłek i innowacyjność. Poprawę swego losu widzą za to w jeszcze głębszym sięganiu do publicznej kasy. Szybko przyzwyczajają się do życia na koszt innych, do jazdy „na gapę”. W demokratycznych wyborach głos bezrobotnego jest przecież tyle samo wart, co przedsiębiorcy czy menedżera, którzy dają innym zatrudnienie i dostarczają dochodów dla budżetu państwa.
Puchnąca liczba „gapowiczów” i rosnące korzyści, które osiągają kosztem reszty społeczeństwa, zniechęcają do aktywności innych. Z jednej strony antymotywująco działają wysokie podatki, a z drugiej – przykład tych, którzy bez większego trudu żyją na poziomie niewiele odbiegającym od standardu ludzi, którzy muszą wcześnie wstawać do pracy. Jeśli jednym wolno „jechać na gapę”, coraz większa liczba pasażerów wybiera tę formę podróżowania. Ale im więcej jest „gapowiczów”, tym trudniej społeczeństwu funkcjonować. W samym tym fakcie tkwi logiczna pułapka. Pewne akcje warto jest podejmować wspólnie i razem ponosić ich koszty. Gdy każdy uczestnik wspólnoty uczciwie wykonuje zobowiązania, jakie ona na niego nakłada, wszyscy odnoszą z tego korzyści. Jeżeli jednak część społeczności wyłamie się i uniknie płacenia na rzecz realizacji wspólnego dobra, nie oznacza to przecież całkowitego załamania się porządku. „Gapowicz” po prostu korzysta z tego, że inni członkowie wspólnoty wykonują to, do czego się zobowiązali.
Mamy tu do czynienia z klasycznym tzw. dylematem więźnia. Uczestnicy gry najwięcej (łącznie) zyskują, gdy ze sobą współpracują. Ale zysk poszczególnych uczestników może być większy, gdy uchylają się od współpracy – pod warunkiem że pozostali w dalszym ciągu zachowują lojalność w stosunku do całej wspólnoty. Tyle że postawa „gapowicza” zniechęca innych uczestników gry do lojalności, a w konsekwencji przegrywa cała wspólnota. Pokusa „jazdy na gapę” występuje zwykle wtedy, gdy koszt krańcowy pewnego dobra jest bliski zeru. Tak jest właśnie w komunikacji miejskiej. Jeśli do tramwaju wejdzie dodatkowy pasażer, koszt dalszej jazdy właściwie się nie zmieni. Skoro tak, to czemu ten dodatkowy pasażer ma płacić? Ale jeżeli jeden pasażer uchyla się od płacenia, jego bilet muszą jakoś opłacić inni.
Politycy często biorą stronę „gapowiczów”, którzy mogą także liczyć na obronę ze strony części mediów i opinii publicznej. Ludzie nie uświadamiają sobie straty, którą ponoszą na skutek „jazdy na gapę” innych członków wspólnoty. Widzą natomiast oczywistą korzyść „gapowicza” – zasiłek, darmową usługę...
Pomysłem na rozszerzenie możliwości „jazdy na gapę” jest przygotowywana przez posłów PiS ustawa o przeciwdziałaniu niewypłacalności i o upadłości osoby fizycznej. Projekt jest znacznie bardziej korzystny dla dłużników niż analogiczne rozwiązania w wielu krajach europejskich. Biorąc pod uwagę małą skuteczność polskiego wymiaru sprawiedliwości, można podejrzewać, że dłużnicy przed bankructwem wyprowadziliby większość majątku, nie pozostawiając wierzycielom nic. Pytanie – kto by za nich płacił?
Ochrona bankruta zawsze odbywa się kosztem reszty społeczeństwa i zachęca do zachowań nieodpowiedzialnych. Tego samego zdania jest także coraz więcej mieszkańców USA, gdzie bankruci już od ponad wieku korzystają z przywilejów. Szacuje się, że w 1997 r. osobom, które ogłosiły bankructwo, odpisano ok. 44 mld dol. długu. Kwota ta przekłada się na 400 dol. rocznego „ekstrapodatku”, płaconego przez każde amerykańskie gospodarstwo domowe. W 1998 r. liczba wniosków o upadłość konsumencką przekroczyła w Stanach milion, w 2004 r. wyniosła już 1,6 miliona. Trend ten oznacza, że ogłoszenie bankructwa przestało być ostatnią deską ratunku, a stało się powszechnym remedium na kłopoty finansowe. Badania wykazały, że wielu dłużników mogło spłacić znaczną część długu, która została im umorzona. W tej sytuacji nie dziwi, że w ub.r. Kongres uznał za konieczne zaostrzenie przepisów o bankructwie.
Socjologowie są zdania, że postawa „gapowicza” występuje częściej w społeczeństwach zdezintegrowanych, o słabych więziach, niskim poziomie wzajemnego zaufania. Zapewne jest to twierdzenie prawdziwe, ale przykład bogatych i uważanych za wyjątkowo uczciwe populacji w krajach skandynawskich świadczy, że jeżeli państwo stwarza warunki dla „jazdy na gapę”, ludzie zaczynają z okazji korzystać.
Badania empiryczne wskazują, że w społeczeństwie szwedzkim atmosfera zaufania oraz odpowiedzialności ulega erozji na skutek działania instytucji państwa opiekuńczego. Szwedzi na początku lat 90. zaczęli dostrzegać negatywne konsekwencje dla zatrudnienia, płynące z powszechnego rozbudowanego systemu opiekuńczości. I zaczęli się skarżyć na licznych free riders – konsumentów dóbr publicznych, którzy uchylają się od jakichkolwiek świadczeń i doprowadzają system pomocy społecznej do bankructwa. Dotyczy to m.in. bezrobotnych, żyjących z hojnego zasiłku. W coraz większym stopniu obserwowano zanik takich społecznych cech, jak: kooperatywność, przedsiębiorczość, pracowitość itp. Może to być częściowo związane z wysokością świadczeń, jakie państwo nakłada na swoich obywateli.
Zbyt wysokie obciążenia na rzecz państwa odbierają motywację do pracy, rodzą również inne niekorzystne zjawiska społeczne, np. oszustwa podatkowe. Choć trudno jest zmierzyć zasięg takich nadużyć, ze względu na słabą wykrywalność tego rodzaju przestępstw, pewne statystyki wskazują na rozluźnienie szwedzkiej dyscypliny społecznej. Na przykład w 1955 r. przeciętny Szwed przebywał na urlopie zdrowotnym średnio 11 dni w roku. W 1989 r. na chorobowym pozostawał już 26 dni rocznie. W sytuacji poprawiającej się opieki medycznej i coraz lepszego ogólnego stanu zdrowia społeczeństwa, trudno to zjawisko interpretować inaczej niż jako patologiczny zanik poczucia obowiązku wobec innych. To bezpośrednia konsekwencja demoralizującego działania systemu, w którym pracownikom zapewnia się 100 proc. dochodów już od pierwszego dnia choroby, bez konieczności przedstawienia zaświadczenia lekarskiego.
Pojawia się także problem bezrobocia dobrowolnego. Wysoki poziom zasiłków dla bezrobotnych i zanik jakiegokolwiek „piętna” bezrobocia leży u podstaw coraz powszechniejszej świadomej rezygnacji z czynnej pracy zawodowej. Egalitarna polityka państwa opiekuńczego jest zatem, przynajmniej w swojej najbardziej rozbudowanej postaci, sprzeczna z zasadą sprawiedliwości społecznej. Państwo, wkraczające ze swoją polityką społeczną w celu wyeliminowania wszelkiego ryzyka, zniekształca naturalny proces selekcji, w którym premiowane są jednostki przedsiębiorcze. W zamian chroni tych, którzy są nieodpowiedzialni. Istnieje niebezpieczeństwo, że szeroka oferta ubezpieczeń społecznych będzie wręcz stymulowała zjawiska, przeciwko którym państwo je organizuje (bezrobocie, choroba, bankructwo).
Jest kilka sposobów obrony przed „gapowiczami”. Po pierwsze, konieczne jest zwiększenie „kary” za „jazdę na gapę” – np. obwarowanie niektórych świadczeń społecznych pewnymi wymogami: obowiązkiem podjęcia prostych prac publicznych w zamian za zasiłek dla bezrobotnych, ograniczeniem wysokości zasiłku chorobowego, rent i wcześniejszych emerytur. Gdy „jazda na gapę” stanie się mniej komfortowa, zapewne wiele osób z niej zrezygnuje.
Drugi sposób jest równie ważny: trzeba ograniczyć zakres darmowych usług publicznych i wprowadzić opłaty wszędzie, gdzie to zasadne i możliwe. Najważniejsze jest jednak uświadamianie podatnikom, że to oni i wyłącznie oni płacą za każdego „gapowicza”. Dopiero wtedy, gdy to powszechnie zrozumieją – politycy, którzy obiecują wszystkim „darmową jazdę”, nie będą mogli liczyć na sukces.
Witold Gadomski
























































