Ekonomiści o szczycie G-20
PAP 13.11.2008 19:15
Rozpoczynający się w najbliższą sobotę szczyt G-20 w Waszyngtonie przez wielu obserwatorów traktowany jest jako moment przełomowy w dziejach światowego porządku ekonomicznego. Nie brak jednak i takich, którzy sądzą, że niewiele on zmieni.
Niektórzy ekonomiści już okrzyknęli waszyngtońskie spotkanie nowym "Bretton Woods". Nawiązują w ten sposób do konferencji z lipca 1944 w niewielkim miasteczku w stanie New Hampshire. W jej wyniku powstał międzynarodowy system finansowy i monetarny.
Postawą systemu było m.in. ustalenie stałego kursu walut. Do jego nadzorowania powołano Międzynarodowy Fundusz Walutowy oraz Międzynarodowy Bank Odbudowy i Rozwoju (dziś Bank Światowy).
Wielu uczestników sobotniego spotkania, w tym m.in. Unia Europejska, jest zdania, by nowy system finansowy oprzeć na Międzynarodowym Funduszu Walutowym. W tym celu należy wzmocnić tę instytucję.
Tymczasem zdaniem np. Jose Antonio Ocampo, profesora Columbia Univercity, oraz byłego podsekretarza ONZ ds. społecznych i ekonomicznych, reforma przychodzi zbyt późno.
"Poważnym sygnałem do reformy systemu był już kryzys w Azji i Rosji w latach 1997-1998. Został on zignorowany. Teraz, ponieważ problem dotknął najbogatszych, rozmowy zwołane zostały natychmiast. Niestety bez żadnego planu" - twierdzi Ocampo, cytowany przez Project Syndycate. Brak przygotowania to główny powód, dla którego szczyt skończy się porażką.
Zdaniem Ocampo, należy raczej postawić na instytucje mające lepsze - bardziej adekwatne do istniejących problemów narzędzia. Jego zdaniem, Międzynarodowy Fundusz Walutowy nie sprawdził się.
Ekonomista uważa, że z obecnymi problemami lepiej poradzą sobie np. Bank Rozrachunków Międzynarodowych i Bazylejski Komitet Nadzoru Bankowego.
Bank Rozrachunków Międzynarodowych (Bank for International Settlements) to instytucja, której podstawowym celem jest koordynacja współpracy pomiędzy bankami centralnymi (należy do niej m.in. NBP). Bazylejski Komitet Nadzoru Bankowego (Basel Committee on Banking Supervision) jest z kolei twórcą praktyk rynkowych w zakresie zarządzania ryzykiem finansowym w sektorze bankowym.
Nieco inaczej na zbliżający się szczyt patrzy Jeffrey Sachs, światowej sławy ekonomista, doradca ekonomiczny Solidarności na przełomie lat 90.
Sachs chce, by nowy system stworzył trwałe podstawy finansowe potrzebne do osiągnięcia stabilności makroekonomicznej, trwałego rozwoju ekonomicznego oraz ekorozwoju.
W przeciwieństwie do Ocampy, Sachs uważa, że Międzynarodowy Fundusz Walutowy należy wzmocnić. Jego zdaniem, można to osiągnąć m.in. poprzez wprowadzenie tak zwanego podatku Tobina - podatku od spekulacyjnych transakcji walutowych. Dochody z niego miałyby wzmocnić Fundusz tak, by w razie kryzysu finansowego był on ostatnią "deską ratunku".
Zdaniem Sachsa, nowy system musi przede wszystkim uwzględnić znacznie większą niż dotychczas partycypację w procesie globalizacji państw tak zwanego Południa. Mieszka w nich miliard najuboższych na świecie ludzi. Obecny system, zdaniem ekonomisty, wyklucza najbiedniejszych poza główny nurt światowej ekonomii.
Wzmocnienia MFW domaga się także Kenneth Rogoff, profesor ekonomii na Uniwersytecie Harvarda. Jego zdaniem najwyższy czas, by zreformować tę instytucję. Najpilniejsza dziś zmiana to zwiększenie w niej reprezentacji krajów azjatyckich, przy jednoczesnym pomniejszeniu udziału państw europejskich.
Waszyngtoński szczyt potrwa dwa dni. W rozmowach, oprócz grupy najbardziej uprzemysłowionych państw świata (G7) i Unii Europejskiej, do stołu usiądą także: Argentyna, Australia, Brazylia, Chiny, Indie, Indonezja, Meksyk, Rosja, Arabia Saudyjska, Republika Południowej Afryki, Korea Południowa oraz Turcja. W rozmowach wezmą także udział przedstawiciele Międzynarodowego Funduszu Walutowego oraz Banku Światowego.
Kolejna tura rozmów ma obyć się dokładnie w sto dni po waszyngtońskiej, czyli pod koniec lutego