Ja nie wiem, czy niektórzy na słowo "inwestor" rzucone w jakimkolwiek kontekście reagują jak psy Pawłowa na dzwonek, czy to objaw zbiorowej histerii?
Wytłumaczcie mi, bo nie rozumiem - jest spółka w likwidacji, zadłużona po uszy, bez pomysłu, bez ludzi, bez klientów, dostawców i bez towaru. Ale za to z maksymalnie zepsutą na rynku renomą. W dodatku prezesem - krętaczem.
A wy się łudzicie, że tu się nagle znajdzie ktoś, kto z własnej kieszeni wyłoży ze sto baniek - tak na start - tylko w imię czego?
Bo co, bo rynek motoryzacyjny jest zarąbiście wielki? To za sto baniek można sobie zbudować przyzwoitą spółkę, od początku do końca i wojować.
Ale na słowo "inwestor" dostajecie jakiegoś obłędu.
Może mi to ktoś wyjaśnić?