Forum Jak grać na giełdzie? +Dodaj wątek

Re: Początek na giełdzie

Zgłoś do moderatora
A ona też nie pytała w tym momencie ;)
Internet ma to do siebie, że czas tu przestaje mieć znaczenie. Dla niektórych to wada i irytują się, gdy ktoś odgrzebuje stare wątki. Dla mnie to zaleta. Minęło tyle lat, a ja tutaj i tak trafiłem i czytam sobie, jakbyście to pisali parę chwil temu. Przez kilka kolejnych lat pewnie nadal będą tutaj zaglądać ludzie i czytać to ciągiem bez analizowania dat odpowiedzi, dlatego wtrącę swoje 3 grosze.

Sam nie mam wielkiego doświadczenia. Parę dobrych lat temu fundusz inwestycyjny (niemal idealnie na górce, przed tym wielkim krachem). Od niecałego miesiąca próbuję sam na NewConnect.

Marta napisała, że nie chce stracić swoich oszczędności. Tego raczej nikt nie chce ;) Ale niestety trzeba to brać pod uwagę. Dlatego moim zdaniem na giełdę nie wchodzi się bez poduszki finansowej. Poduszka finansowa, czyli zapas pieniędzy na czarną godzinę. Każdy musi sam sobie przeliczyć jaką poduszkę uznaje za wystarczającą. Czasem będzie to np. rok bez pracy dla jednej osoby. Dla kogoś innego - 2 lata dla 3 osób (2 dorosłych + dziecko). Ktoś ma spokojniejsze nerwy przy zapasie 3 letnim. A już na pewno nie wchodzi się na giełdę "na kredyt", bo ktoś dał cynk, że jakaś spółka na pewno pójdzie w górę. Tutaj nic nie jest pewne.

Pomijając temat giełdy dobrą metodą dzielenia swoich przychodów jest np. 60/40 (oczywiście trzeba mieć dochody, które na to pozwolą, bo niektórym wydatki stałe pochłaniają 100%, ale ci nie myślą o giełdzie raczej). Jak to wygląda? Powiedzmy tak: 
60% - wydatki stałe: mieszkanie, rachunki, jedzenie itd.
10% - wydatki długoterminowe (pewne, ale sporadyczne do roku czasu, np. OC, wakacje)
10% - fundusz emerytalny, poduszka finansowa (tego się nie rusza bez noża na gardle)
10% - inwestycje długoterminowe (nieruchomości, kursy, szkolenia, może giełda)
10% - tzw. fun money, czyli pieniądze na zbędne wydatki, których nie będzie żal (wbrew pozorom istotne) - wyjście na miasto, hobby, alkohol, kino

Jak widzisz na giełdę dzięki temu przeznaczasz "zbędne" pieniądze. Możesz do tego dorzucić fun money. Jeśli stracisz, to nie przegrasz życia. Na początku zacznij od niewielkich kwot - niewiele zyskasz, ale też niewiele stracisz. Jednak sprawdzisz czy wyczuwasz trendy, orientujesz się w nastrojach, potrafisz zapanować nad swoimi emocjami.

Na pewno też musisz poznać podstawy. Dla przykładu stop loss jest ciekawym zleceniem. Ustawiasz zlecenie sprzedaży stop loss określając kwotę aktywacji. Musisz jednak tę wartość określić rozważnie - zbyt niski próg powiększy Twoje straty. Ustawiony zbyt wysoko sprawi, że wyskoczysz z inwestycji nawet gdy jest ona trafna, ale akurat trafiłaś na korektę. To wtedy najbardziej boli.
Jeśli to powyżej jest mało czytelne to konkretny przykład. Powiedzmy kupujesz akcje za 10 zł, bo Twoim zdaniem pójdą w górę. Ustawiasz od razu stop lossa na 9 zł (bo uznajesz, że akceptowalna dla Ciebie strata to 10%). I faktycznie - źle oceniłaś trend, kurs idzie w dół. Dochodzi do 9 zł i... na giełdę trafia Twoje zlecenie sprzedaży akcji. Ale za 9 zł nikt ich nie chce kupić. Za 8,99 też nie... i tak dalej. Okazuje się, że dopiero za 8,50 zł. Czyli tracisz 15%. Ale to i tak niewiele biorąc pod uwagę, że akcje ostatecznie spadły np. o 50%. Myślisz sobie... dobra, to ustawię na 9,50 aktywację - do 9 pewnie pozbędę się wszystkich akcji i stracę maks 10%. I OK. Ale okazało się, że akcje spadły do 9,40 zł i zaczęło się odbicie na 14 zł. Oceniłaś trend dobrze, ale przy tak określonym poziomie wyskoczyłaś za szybko.

Tutaj ma ogromne znaczenie psychologia. No i trzeba "czuć" tych ludzi, poznać ich reakcje. Nie kojarzę też, czy gdziekolwiek jest tak mocno odczuwalne czym jest popyt i podaż jak właśnie na giełdzie. Co z tego, że chcesz kupić akcje za 9 zł, jak nikt ich w tej cenie sprzedać nie chce? Co z tego, że chętnie sprzedaż za 11, jeśli nikt ich nie chce kupić. Gdy wszyscy sprzedają a nikt nie kupuje - podaż przewyższa popyt i trzeba mocno schodzić z ceną (tak leci kurs). Gdy odwrotnie - wszyscy czują piniondz, to skupują co się da - popyt przewyższa podaż, więc ceny idą w górę.

No i najważniejsze - to czy zarobiłaś, czy straciłaś to zawsze jest moment sfinalizowania transakcji. Na początku wspomniałem, że wszedłem w fundusze inwestycyjne na samej górce. Niektórzy mi mówili - patrz ile kasy straciłeś (było 50% na minusie). A ja im odpowiadałem, że w zasadzie to nic nie straciłem. Tyle ile miałem jednostek, tyle mam nadal. Gdy zauważyłem, że spadki przypuszczalnie się skończyły... dokupiłem. W efekcie szybciej odrobiłem straty. Czy zarobiłem? Nie, bo jeszcze nie sfinalizowałem transakcji. Nadal mam tyle jednostek, ile kupiłem - i tyle.
Z akcjami jest podobnie. Kupisz za 10zł, zobaczysz że kurs poszedł 20% w górę i myślisz sobie - ZAROBIŁAM! Guzik. Jutro może spadną o 40%. A nawet jeśli jeszcze dzisiaj wystawisz w takiej cenie to może się okazać, że nie będzie na nie popytu, czyli nikt w tej cenie nie kupi. Uda się dopiero przy kursie powiedzmy 3% niższym.