cz. 2: [...] cyfrowej armii terakotowej. Nie z gliny, tylko z robotów, dronów, systemów autonomicznych, sensorów i maszyn uczących się nawzajem własnych błędów. Analogii z chińską armią terakotową nie traktuję tu jako ozdobnika. Jest w niej coś głęboko niepokojącego: dawniej armia cesarza miała trwać wiecznie w martwej formie, dziś zaś można sobie wyobrazić armię maszyn wspieranych przez AI, która nie potrzebuje snu, nie zna strachu i nie męczy się na polu walki. A gdy weźmie się pod uwagę, że Chiny pozostają światową potęgą robotyki przemysłowej, taka wizja przestaje być literacką fantazją i zaczyna wyglądać jak jeden z możliwych języków przyszłej przewagi.
„Roje nad Barksdale pokazują, jak wysoka może być cena”
W tekście z „The Atlantic” jest jeszcze jedno zdanie, które warto zapamiętać: „Roje nad Barksdale pokazują, jak wysoka może być cena.” I właśnie to zdanie powinno zostać z nami najdłużej. Bo cena nie oznacza tu wyłącznie zniszczonego samolotu, trafionej bazy czy kompromitacji służb. Cena oznacza rozpad starej pewności, że największe i najdroższe systemy są automatycznie najbezpieczniejsze. W nowej epoce wojny najdroższe rzeczy bywają po prostu największymi i najbardziej oczywistymi celami. A jeśli Zachód tego nie zrozumie, będzie dalej inwestował w widowisko siły, podczas gdy przeciwnik będzie inwestował w jej kompromitację. I to właśnie jest dla mnie prawdziwy sens tej historii: nie chodzi o to, że drony stały się ważne. Chodzi o to, że świat, który zbyt długo lekceważył tanią, inteligentną, rozproszoną technologię, zaczyna płacić za tę ślepotę coraz wyższą cenę.
Jeśli dotarłaś, dotarłeś aż do końca, to znaczy, że przeczytałaś, przeczytałeś całość.