cz1.: "Ameryka jest w szoku!
Nad jednym z jej najbardziej strzeżonych lotnisk, w bazie Barksdale w Luizjanie, gdzie stacjonują bombowce B-52 i gdzie obowiązują warstwy zabezpieczeń, zgodnie z którymi taki dron w ogóle nie powinien mieć prawa znaleźć się nad taką przestrzenią, przez kilka marcowych dni krążyły fale nieautoryzowanych maszyn, latających nad wrażliwymi strefami, odpornych na zakłócanie i działających tak, jakby chciały powiedzieć całemu światu jedno: największe mocarstwo globu też można dziś bezczelnie podglądać, testować i ośmieszać stosunkowo tanim kosztem.
„Nowa epoka wojny już tu jest”
W opublikowanym 31 marca w „The Atlantic” tekście „America Needs to Get Serious About Drones” Brynn Tannehill napisała zdanie, które powinno trafić na biurka wszystkich generałów świata: „Nowa epoka wojny już tu jest, krążąc nad bazą lotniczą Barksdale.” To nie jest metafora na wyrost. Sama baza potwierdziła, że incydenty zaczęły się 9 marca, a dokumenty cytowane przez amerykańskie media mówią o okresie od 9 do 15 marca, o wielu falach po kilkanaście dronów, o lotach nad wrażliwymi obszarami instalacji i o maszynach wykazujących odporność na zakłócanie. To właśnie dlatego ta historia jest tak ważna: nie chodzi o pojedynczy złośliwy przelot nad pasem, lecz o demonstrację bezradności wobec nowego typu zagrożenia.
Nie liczba żołnierzy, tylko liczba dronów
Przez dekady straszono nas wielkimi armiami, ich liczebnością, potęgą przemysłową, tysiącami czołgów i niekończącymi się szeregami mundurów. Tymczasem wszystko wskazuje na to, że epoka lęku przed samą liczbą żołnierzy dobiega końca. Coraz bardziej powinniśmy się bać liczby dronów, systemów autonomicznych, operatorów i hakerów, którzy potrafią tej technologii otwierać drzwi do najbardziej strzeżonych miejsc. Dzisiejsza wojna coraz rzadziej przypomina starcie mas ludzkich, a coraz bardziej precyzyjny atak na infrastrukturę, systemy obrony, zasilanie, komunikację i psychikę przeciwnika. W takim świecie nastolatek dobrze obsługujący drona może, z dowolnego miejsca na świecie, stać się zagrożeniem dla strategicznego obiektu na drugim końcu globu. To już nie jest fantazja z kina science fiction, tylko logiczna konsekwencja technologii, której próg wejścia gwałtownie spadł.
Ukraina zrozumiała to dawno
Ukraina pojęła to szybciej niż wielu zachodnich strategów. Dlatego potrafi dziś nie tylko bronić się przed rojami irańskich Shahedów, lecz także sama tak skutecznie wykorzystywać drony do ataków, że to nie ona już wyłącznie uczy się od Zachodu, ale Zachód zaczyna uczyć się od niej. Reuters podał 5 marca, że to Stany Zjednoczone zwróciły się do Ukrainy o pomoc w przeciwdziałaniu irańskim dronom. I można by to określić taką figurą retoryczną: jeszcze niedawno Donald Trump chciał, żeby Zełenski trzęsąc się przed nim dziękował za pomoc, prosząc jednocześnie o kolejną, a dziś sam Trump musi trząść się przed Zełenskim, prosząc go o kompetencje, których Ameryka sama nie zbudowała. To jest jeden z tych momentów, kiedy pycha wielkiego mocarstwa zderza się z praktyczną wiedzą państwa, które od lat żyje pod presją nowego typu wojny.
„Ameryka poświęcała temu zbyt mało uwagi”
Tannehill trafnie zauważa także coś jeszcze: „Ameryka poświęcała zbyt mało uwagi użyciu małych dronów jako śmiercionośnych narzędzi w Ukrainie.” To zdanie jest oskarżeniem nie tylko wobec jednego Pentagonu, lecz wobec całej zachodniej kultury strategicznej, która zbyt długo patrzyła na ukraińskie doświadczenie jak na lokalną improwizację frontową, a nie jak na zapowiedź własnej przyszłości. A przecież właśnie tam, na ukraińskim niebie i nad rosyjskimi celami, widzieliśmy już wszystko: improwizację, seryjną produkcję, adaptację, tanie przełamywanie drogich systemów, połączenie danych, sensorów, oprogramowania i odwagi. To było i jest wciąż laboratorium przyszłości. Kto nie wyciągnął z niego wniosków, ten dziś patrzy z niedowierzaniem na roje nad Barksdale.
Wojna Izraela, USA i Iranu też to pokazała
Najnowsza wojna Izraela i Stanów Zjednoczonych z Iranem, a także odpowiedzi Iranu, pokazują jeszcze wyraźniej, że dziś nie trzeba rzucać na pole bitwy miliona żołnierzy, by zadać przeciwnikowi ciężki cios. Wystarczy precyzyjnie uderzyć w technologię, która utrzymuje jego normalność: w energię, logistykę, transport, systemy obrony, dane, sieci komunikacyjne, lotniska, terminale, porty. W takim świecie jedno trafienie w punkt krytyczny może znaczyć więcej niż cała armia maszerująca przez pustynię. I właśnie dlatego największe zagrożenie nie wygląda już jak wielka defilada, lecz jak seria celnych, rozproszonych, technologicznych ukłuć, które razem potrafią sparaliżować państwo skuteczniej niż klasyczna inwazja.
Ciche armie hakerów
Do tego dochodzi jeszcze drugi front, równie ważny jak drony, a może miejscami ważniejszy: ciche armie hakerów. Bo nowa wojna nie toczy się wyłącznie w powietrzu. Ona toczy się także w najbardziej strzeżonych wirtualnych obszarach państwa. Azjaci mają świetne grupy hakerskie, które już pokazały swoje możliwości, między innymi przez opublikowanie prywatnych maili i zdjęć szefa FBI, kompromitując w ten sposób amerykańskie służby. To właśnie taki rodzaj ciosu, który pokazuje, że potęga państwa może zostać naruszona nie tylko przez rakietę czy bombę, ale przez grupę ludzi siedzących przed ekranami. Kilku dobrze zorganizowanych hakerów może dziś być groźniejszych niż część klasycznych armii, bo oni nie muszą zdobywać terenu. Wystarczy, że zdobędą dostęp.
Cyfrowa armia terakotowa
Jeśli zaś ktoś chce nadal wyobrażać sobie przyszłą wielką armię w klasycznych kategoriach, to moim zdaniem bardziej sensowne byłoby myślenie nie o niekończących się szeregach piechurów, lecz o czymś na kształt nowoczesnej, [...]