Trudno zdecydować, co w tym wywodzie jest bardziej imponujące: pewność siebie, czy ilość furiackich wniosków oderwanych od faktów. Zaczynasz od straszenia „powiązaniami z wrogiem”, jakby każda śrubka z RPA miała magiczną moc wyłączania współpracy z NATO, a kończysz wizjami Europy pokazującej USA „palec” w globalnej konfrontacji. Tempo godne telenoweli, logika – już niekoniecznie.
Teza o „uzależnieniu od wroga” przez zakup czegokolwiek z RPA jest równie poważna, jak twierdzenie, że kupno kawy z Kolumbii oznacza wciąganie kraju do kartelu. A lekceważące traktowanie europejskiego przemysłu i procesów licencyjnych sugeruje, że pojęcie „technologia” sprowadzasz do poziomu „jak coś nie lata, to jest prymitywne”.
Do tego cały wywód o biurze w USA – jakby istnienie oddziału było z definicji dowodem oszustwa, bo „nie sprzedali nic Amerykanom”. No cóż, na świecie istnieje sporo firm, które mają przedstawicielstwa nie po to, by kupowało je Pentagon, tylko by prowadzić normalny biznes.
Podsumowując: dużo emocji, dużo pewności siebie, ale argumenty – jak wóz bez kół. Dobrze hałasuje, ale daleko nie zajedzie.