Czas Lubawy to nadejdzie (przy korzystnych wiatrach; czytaj: rosnących wydatkach na zbrojenia w Europie), ale dopiero za jakiś czas. pisałem wam to te kilka miesięcy temu, gdy wysiadałem z tego pociągu (to był kwiecień?, początek maja?; ech..., czas błyskawicznie zlatuje... - to jest najważniejsze "aktywo" człowieka, nikt wam tego nie zwróci i nic tego nie zastąpi). Na razie paliwa do wzrostów po prostu nie ma, więc jest boczniak z ryzykiem spadków. Jak/jeśli w przyszłych kwartałach firma pokaże odpowiednio duże zyski, lub ujawni jakieś inne bardzo korzystne infa, to ten "czas Lubawy" nadejdzie. Na razie na to nie liczcie (oczywiście wyłączywszy z tej prognozy wszelkie zdarzenia, dobre lub złe, które są nieprzewidywalne, typu tzw. czarne łabędzie). Urosło tyle, ile mogło, i trudno, wiecznie rosnąć nie będzie, bo nic wiecznie nie rośnie; ani wiecznie nie spada. Sorry za "bycie posłańcem złych wieści", ale inwestor musi patrzeć trzeźwo na realia, a nie zaklinać rzeczywistość. A realia są, jakie są. Zresztą, jeśli to was trochę pocieszy, ;) to mi jazda na Boryszewie też nie wyszła tak, jak chciałem, i opchnąłem cały pakiet w zeszły wtorek. Te kilkanaście % wpadło, nie powiem. Ale jak za około 2 miesiące kiszonki, to to nie był taki dobry biznes, na jaki się zapowiadał w maju, tym bardziej, że spora część tych kilkunastu % to dywidenda. No cóż..., bywa. Najważniejsze że zawsze to zarobione i że z pociągu się wysiadło chyba w sensownym momencie kierując realiami, a nie sentymentami i zaklinaniem rzeczywistości mającym usprawiedliwiać trzymanie bezsensownie jakiegoś papieru, zamiast zarabiać dalej. A za parę miesięcy, kto wie? Może znów się wejdzie do tej samej rzeki, jeśli będzie odpowiedni czas i okazja.
Anyway..., tęskniliście? :) (bindol to podobno na niezadowolenie klientów się narażał, z nieutulonego żalu i tęsknoty chlipiąc na kiełbasy przy każdym branym, wiadomo gdzie, pęcie :))
PS. I nie. Nie przyszedłem tu "naganiać na spadki", żeby się "tanio obkupić" (nie zamierzam w najbliższym czasie papierów spółki kupować, bo nie widzę w tym żadnego sensu w nadchodzących miesiącach). Po prostu tak wpadłem z ciekawości na chwilę po starej znajomości i widzę, że nic się u was nie zmieniło. Po mojemu - dalej, od kwietnia, marnujecie czas i okazje pojawiające się w innych miejscach. Ale co kto tam sobie uważa, jak ktoś lubi się kisić, to niech sobie trzyma ten czy inny papier. Zresztą, znając mentalność takich inwestorów jak wy, to wiadome jest, że (i tu pomijając tych, którzy dali się ubrać na samym szczycie i im za gorąco od tamtej pory, więc śnią po nocach, żeby mogli to ubranko oddać bez strat) nawet gdyby odbiło o tę złotówkę, dwie, albo trzy, czy ile tam jest do ostatniego szczytu, to wy i tak nie skorzystacie z tego, bo będziecie wtedy uważać, że poleci wyżej. A w 9,9 przypadkach na 10 nie poleci. Efekt będzie taki, że przegapicie wtedy kolejną okazję i wirtualny zysk tych kilku złotych w przedziale od 9 do szczytu znów wam zniknie, po czym nastąpią kolejne miesiące kiszenia okraszone tymi samymi tekstami na forach, jakie inwestorzy piszą, odkąd internet powstał. Mechanizmy psychologiczne są u was silniejsze niż rozsądek i obiektywizm. A to bardzo źle. Nie ma co się przywiązywać do jakiegokolwiek papieru, spółki i kierować tzw. myśleniem życzeniowym. Owszem, trzeba mieć trochę optymizmu, pozwalającego zakładać, że dana inwestycja może z jakimś tam dużym prawdopodobieństwem przynieść duży zysk, ale gdy z racjonalnego punktu widzenia widać, że to nie ma miejsca w założonym horyzoncie czasowym (lub, że w ogóle nigdy nie nastąpi), to z pokładu trzeba się jak najszybciej ewakuować, nie oglądając się na nic. Nikt wam czasu nie zwróci i strat (w tym wynikających z utraty innych okazji do inwestycji) też nie, a w czasie, gdy tu, czy gdzie indziej, bezczynnie siedzicie, zarobić możecie w wielu innych miejscach niż na (dowolnie wybranej) "perle", na jakiej się kisicie w nieskończoność i realizacja zysków (kiedyś w końcu trzeba je zrealizować, a chciwość gubi niemal zawsze) czy cięcie (oby jak najmniejszych) strat, to nie jest koniec świata. Tylko trzeba być do tego zdolnym z punktu widzenia własnej psychiki. Nie zarobicie tych swoich setek % to zarobicie 50%, nie 50% to 20%, ale zarobicie, kapitał się nie marnuje, czas nie przecieka przez palce, nerwów się nie traci, pojawią się kolejne okazje - na dłuższy dystans możecie mieć nawet i dużo wyższą stopę zwrotu wynikającą z ciągłych reinwestycji kapitału i zysków, niż z tego czekania latami na te wasze setki procent, które mogą nigdy nie nadejść i na ogół nie nadchodzą. Wiecie, że do połowy maja byłem zdrowy jak koń (nawet prowadziłem bardzo, bardzo zdrowy tryb życia przez całe życie)? Aż tu, ni stąd ni zowąd, przyszło takie ciśnienie, że jeszcze doba, może dwie, i bym już tylko mógł was (a bindola to już w szczególności ;)) straszyć. I teraz mam tzw. chorobę cywilizacyjną, prawdopodobnie genetycznie, obok po prostu wieku, uwarunkowaną, i stały wydatek w postaci tabletek na nadciśnienie. I 100% z was jest w takiej samej sytuacji jak ja (bez względu na to, co was dopadnie; a nerwy z powodu kiszonek czy strat tylko w nadejściu tego pomagają), to jest tylko kwestia czasu, a przy tym wiele różnych rzeczy dopada coraz młodszych. A ten czas ucieka. Non stop. Nie warto się samooszukiwać. Nigdy. Twarde realia i nic poza tym.
No ale wiem... - "naganiam, bo się chcę tanio obkupić"... ;) Nic pewnie nie dotrze.
See ya... ;)