Ta eskalacja nie ogranicza się już jednak wyłącznie do symboli i bolesnej przeszłości. Przeniosła się ona na twarde pole współpracy wojskowej, a bezczelność ukraińskich władz przekroczyła kolejną granicę. Kiedy polski minister obrony Władysław Kosiniak-Kamysz ujawnił, że wstrzymujemy przekazanie myśliwców MiG-29, ponieważ Kijów zerwał dżentelmeńską umowę „MiG-i za drony” i nie chciał podzielić się z nami swoim wojennym know-how, w ukraińskich mediach i tamtejszych elitach wybuchła fala ironii. Zaczęto lekceważąco przekonywać, że polskie samoloty nie przedstawiają już dla nich większej wartości. To klasyczne robienie dobrej miny do złej gry i kolejny, celowy krok eskalacyjny. Zamiast partnerskiego dialogu, Kijów wolał publicznie zakpić z polskiego ministra, pokazując rażący brak wdzięczności i traktując naszą dotychczasową pomoc jako darmowy obowiązek.
Kijów testuje nasze granice i sprawdza, jak daleko może się posunąć, traktując dotychczasowe próby łagodzenia sporów przez polski rząd jako objaw słabości. Prezydent Ukrainy zaspokaja wewnętrzne, nacjonalistyczne nastroje, a polskie oburzenie w kwestiach militarnych i historycznych traktuje instrumentalnie jako paliwo do budowania własnej pozycji.
Musimy zadać sobie jedno kluczowe pytanie, do którego refleksji gorąco Państwa zachęcam. Czy Wołodymyr Zełenski ryzykowałby tak ostry, otwarty konflikt z krajem, który jest dla niego kluczowym węzłem logistycznym, militarnym i gospodarczym, gdyby działał w całkowitej izolacji? Czy pozwalałby sobie na bojkotowanie konferencji gospodarczych w Gdańsku, zrywanie umów wojskowych i publiczne wyśmiewanie polskiego MON-u, gdyby nie czuł realnego wsparcia duchowego i politycznego z jakiejś innej, potężnej stolicy Unii Europejskiej?
Wszystko wskazuje na to, że Kijów uważa, iż przepustkę do Europy, nowoczesne technologie i strategiczne partnerstwo może wynegocjować ponad naszymi głowami, na przykład w Berlinie czy Paryżu. To właśnie tam ukraińskie władze mogą szukać silniejszego protektora, który pozwoli im ignorować polską wrażliwość i nasze interesy bezpieczeństwa. Dlatego obwinianie wyłącznie polskiego prezydenta o ten kryzys nie jest już tylko naiwnością, ale kompletnym niezrozumieniem realiów politycznych. Jeśli nawet prorządowe media i politycy koalicji zaczynają mówić o konieczności użycia unijnego hamulca bezpieczeństwa wobec Ukrainy, to znak, że pora przestać szukać winnych tylko u siebie i zacząć twardo bronić polskich interesów.