Bessa na warszawskim parkiecie trwa już rok. W tym czasie wartość głównego indeksu WIG zniżkowała o 40 proc. Kursy wielu średnich i mniejszych spółek przeceniły się o ponad połowę. Każdy inwestor zadaje sobie pytanie – jak długo jeszcze spadki będą kontynuowane? Szczególnie biorąc pod uwagę pogarszające się otoczenie makroekonomiczne, w tym absurdalnie wysokie ceny ropy naftowej, podwyżki stóp procentowych i spowolnienie dynamiki wzrostu PKB na świecie i w Polsce.
Zmiany krótkoterminowego trendu na warszawskiej giełdzie można oczekiwać prawdopodobnie już w najbliższych tygodniach, z tym jednak założeniem, że powinna je poprzedzić paniczna wyprzedaż akcji, podobna do tej, z którą mieliśmy do czynienia w styczniu. Podczas paniki WIG może znaleźć się nawet na poziomie 36 tys. punktów. Co przemawia za późniejszym odbiciem? Po pierwsze – WIG stracił już od początku roku 30 proc., a więc więcej niż w pamiętnym roku 2001. Ceny akcji są atrakcyjne, a w niektórych przypadkach nawet bardzo atrakcyjne.
Po drugie – udział akcji w otwartych funduszach emerytalnych spadł na koniec czerwca do ok. 29 proc., poziomu nienotowanego od lat, co oznacza, że fundusze te dysponują coraz większymi środkami na zakupy przecenionych walorów.
Po trzecie – ostatnie gwałtowne pogorszenie koniunktury nie pozostanie bez wpływu na podaż nowych akcji. Oferty prywatyzacyjne oraz IPO i SPO zostaną w większości przesunięte na przyszły rok, kiedy sytuacja rynkowa powinna się poprawić.
A zatem powinniśmy uzbroić się w cierpliwość i… czekać na panikę, przesilenie na rynku. Wielu inwestorów, którzy do tej pory nie sprzedali akcji, jest coraz bliżej decyzji o spieniężeniu walorów i odzyskaniu choć części z zainwestowanych środków.
Przed podjęciem pochopnej decyzji o sprzedawaniu w dołku powinna nas uchronić nadzieja na to, że po gorszym czasie na giełdzie zawsze przychodzą lepsze chwile.