Po ciszy spadków, po cieniu czerwonych świec,
kurs podnosi głowę jak świt po burzy.
Jeszcze wczoraj ważył go strach i ciężar sprzedaży,
dziś w zieleni odnajduje oddech.
Jak sprężyna ściśnięta zbyt długo,
jak serce, które potknęło się, lecz nie zgasło —
odbija się od dna,
niesiony nadzieją i nowym wolumenem wiary.
W wykresie drży obietnica:
że nawet po najniższym ticku
rynek potrafi przypomnieć sobie,
jak smakuje wzrost.