„Lecimy na 20 groszy” to piękna prognoza. Taka z kategorii pewników, które zawsze są stuprocentowe, dopóki nie trzeba ich obronić czymkolwiek poza złą emocją.
A „gniot” to w ogóle cudowne narzędzie inwestycyjne, bo zwalnia z myślenia. Wystarczy napisać „gniot” i cyk, rachunek wyników, bilans i komunikaty przestają istnieć, bo przecież zostały unieważnione przez komentarz. Gdyby giełda działała na tej zasadzie, to połowa spółek miałaby kurs ujemny, a druga połowa notowałaby „płacz inwestorów” jako wskaźnik fundamentalny.
Jak chcesz mówić o 20 groszach, to super, tylko wtedy mówimy o konkretach: co musiałoby się wydarzyć w wynikach, płynności albo strukturze kapitału, żeby taka wycena miała sens. A jeśli jedynym argumentem jest „bo spadnie”, to równie dobrze można powiedzieć „urośnie”, bo oba zdania mają tę samą wartość analityczną, czyli zero.
Jeśli to ma być strategia, to przynajmniej nazwijmy ją uczciwie: nie „lecimy na 20 groszy”, tylko „jestem wkurzony bo kupiłem drogo a sprzedałem tanio i teraz chcę, żeby kurs ukarał wszystkich”. Rynek jednak nie ma obowiązku tego życzenia zrealizować.