Partner biznesowy nie zapłacił mu 80 proc. umówionej kwoty. Inny naciskał na szybką premierę gry, która nie była dopracowana. Potrzeba było kilku bolesnych lekcji, by Paweł Marchewka z Techlandu wziął na siebie całą odpowiedzialność za wydawanie tworzonych przez jego firmę gier.
Jest na 10. miejscu listy najbogatszych Polaków 2020 roku Forbesa, a jego majątek szacuje się na 3 mld zł. Od blisko 30 lat stoi na czele Techlandu, który aktualnie pracuje nad grą „Dying Light 2”. Jej budżet ma wynosić nawet 100 mln dolarów.
W rozmowie z INNPoland.pl Paweł Marchewka opowiada jednak nie o spektakularnych sukcesach, a o porażkach i lekcjach, które z nich wyciągnął. O problemach z partnerami biznesowymi, przyczynach klapy swoich projektów i „prostym myśleniu” przy prowadzeniu biznesu w latach 90.
Początki Techlandu
Czego o biznesie nauczył się osiemnastoletni Paweł Marchewka, gdy kupował gry na giełdzie we Wrocławiu i sprzedawał je potem w Ostrowie Wielkopolskim?
To było tak dawno, że ledwo pamiętam. Na pewno nauczyłem się wtedy, żeby kupować taniej, a sprzedawać drożej. Lepiej nie robić tego w drugą stronę (śmiech). I do dziś wiem, że dbanie o koszty jest bardzo ważne.
To był inny biznes, bardzo prosty. A w Polsce było wtedy dużo mniej możliwości. Dużo ważniejszy był nieco późniejszy okres, gdy zaczęliśmy w Techlandzie robić pierwsze gry.
„Prawo Krwi”, wasza gra z 1995 roku, nazywana była „polskim Mortal Kombat”. O „Exterminacji” z 1999 mówiono, że to “polski StarCraft”. Stworzenie czegoś oryginalnego było zbyt ryzykowne?
My wtedy zupełnie nie wiedzieliśmy, jak się zabrać za zrobienie gry komputerowej. A żeby jeszcze równocześnie, tak jak Hideo Kojima w tamtym czasie, stworzyć nowy gatunek, to już w ogóle było nie do pomyślenia.
Dlatego szliśmy przetartymi już przez innych ścieżkami. Wiedzieliśmy, że są strategie. Chcieliśmy więc zrobić po prostu polską, dobrą strategię, która mogłaby konkurować z Zachodem.